W 20 lat później
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1957
- Язык: польский
- Год: Państwowe Wydawnictwo “Iskry”
- ISBN: 83-207-1207-6
- Переводчик: Stefan Flukowski
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «W 20 lat później». Краткое содержание книги:
— Ponieważ zginałem ramię i w ten sposób opierałem się na łokciu. Czy rozumiesz dobrze, co ci chcę powiedzieć, Raulu?
— Tak, panie. Od owej pory strzelałem sam idąc za pańską radą i wszystko wypadło jak najlepiej.
— Słuchaj — podjął Atos — a jeśli chodzi o szermierkę, nazbyt ostro atakujesz swego przeciwnika. Wiem dobrze, że jest to wada wynikająca z twego wieku. Ale pamiętaj: ruch ciała w ataku wytrąca zawsze szpadę z linii. I jeśli będziesz miał do czynienia z człowiekiem opanowanym, zastopuje cię od pierwszego twojego kroku, po prostu cofając szpadę, a nawet przez cios na wprost.
— To pan czynisz często w ten sposób, ale nie wszyscy posiadają pańską zręczność i odwagę.
— Jakiż chłodny wiatr — rzucił Atos — jest to jeszcze wspomnienie zimy.
Ale wróćmy do rzeczy. Jeśli pójdziesz w ogień, a pójdziesz na pewno, gdyż polecono cię młodemu generałowi, który bardzo lubi zapach prochu, pamiętaj walcząc w pojedynkę, co często zdarza się zwłaszcza nam, kawalerzystom, nie strzelaj pierwszy. Kto strzela pierwszy, rzadko trafia, strzela bowiem w obawie, by nie zostać bezbronnym w obliczu uzbrojonego przeciwnika. Poza tym, jeśli do ciebie będą strzelali, postaw konia dęba; manewr ten dwa czy trzy razy ocalił mi życie.
— Będę go stosował, panie, choćby przez samą wdzięczność.
— Zobacz no, czy to nie kłusowników tam przychwycono? Tak, istotnie... I jeszcze jedna ważna sprawa, Raulu: gdybyś został w szarży ranny i spadł z konia, a miał jeszcze trochę sił, zejdź z linii, którą przeszedł twój oddział. Inaczej w wypadku odwrotu zostaniesz stratowany. W każdym razie, gdybyś był ranny, napisz natychmiast albo każ mnie zawiadomić. Znamy się na ranach — dorzucił Atos uśmiechając się.
— Dzięki, panie — odpowiedział młodzieniec głęboko wzruszony.
— Oto i Saint-Denis — zamruczał Atos.
Rzeczywiście dojeżdżali w tej chwili do bramy miejskiej strzeżonej przez dwóch wartowników. Jeden z nich rzekł do drugiego:
— Jeszcze jeden młody szlachcic, który jak mi się wydaje, jedzie do wojska.
Atos zwrócił się w ich stronę: wszystko, co dotyczyło Raula, nawet nie bezpośrednio, nabierało natychmiast znaczenia w oczach jego opiekuna.
— A z czegóż o tym wnosicie? — zagadnął ich.
— Z postawy, panie — odparł wartownik. — Zresztą jest już w swoich latach. To już dzisiaj drugi.
— Co? Przejeżdżał już dziś rano ktoś podobny do mnie?— spytał Raul.
— Na honor, w samej rzeczy, tęga mina, piękny strój. Wyglądał mi na syna kogoś z wysokiego rodu.
— Będzie moim towarzyszem podróży, panie — podjął Raul, kiedy ruszyli dalej — ale, niestety, nie przyniesie mi zapomnienia o tym, co tracę.
— Nie sądzę, Raulu, byś doń dołączył, gdyż mam ci coś tutaj do powiedzenia, a to, co mam ci rzec, potrwa być może tyle czasu, że ów szlachcic wysforuje się dobrze przed ciebie.
— Jak pan sobie życzy.
Gawędząc w ten sposób, przejeżdżali ulice pełne ludzi z powodu uroczystego święta. Wreszcie dotarli przed starą bazylikę, gdzie odprawiano właśnie pierwszą mszę.
— Zsiądźmy, Raulu — rzekł Atos. — Olivain, popilnuj koni i podaj mi szpadę.
Atos wziął w rękę szpadę, którą mu podał służący, i obaj z Raulem wkroczyli do kościoła.
Hrabia podał młodzieńcowi święconą wodę. W sercach niektórych ojców tli coś z uprzedzającej grzeczności, jaką żywi kochanek dla kochanki.
Młodzieniec dotknął dłoni Atosa, złożył ukłon i przeżegnał się.
Atos powiedział coś jednemu z dozorców, na co tamten skinął głową i skierował się w stronę grobowców.
— Chodź, Raulu, pójdziemy za tym człowiekiem.
Dozorca otworzył kratę prowadzącą do grobów królewskich i zatrzymał się na najwyższym stopniu, podczas gdy Atos i Raul schodzili w dół. W głębi schody grobowców oświetlone były srebrną lampą płonącą na ostatnim stopniu. Pod lampą znajdował się katafalk na dębowych kozłach, przykryty wielką kapą z fioletowego aksamitu, zdobnego w złote lilie.
Młodzieniec, przygotowany do tej sytuacji zarówno stanem swego serca wypełnionego smutkiem, jak i majestatem kościoła, przez który przechodzili, zeszedł w dół krokiem powolnym i uroczystym. Stał teraz z odkrytą głową przed szczątkami ostatniego króla, który miał dołączyć do swoich przodków dopiero wówczas, kiedy z kolei do niego dołączy jego następca. Szczątki te zdawały się tam pozostawać, ażeby mówić ludzkiej pysze, tak skłonnej na tronie do uniesień:
— Prochu ziemski, czekam cię!
Nastała chwila ciszy.
Po czym Atos podniósł rękę i wskazując na trumnę, rzekł:
— Ten tymczasowy grobowiec należy do człowieka słabego i pozbawionego wielkości, którego panowanie było mimo to pełne doniosłych wydarzeń. Nad królem bowiem czuwał umysł drugiego człowieka, podobnie jak ta lampa czuwa nad trumną i oświeca ją. Faktycznym królem, Raulu, był tamten. Ten był tylko powłoką, którą tamten wypełniał swą duszą. A jednak człowiek ów nie dostąpił zaszczytu, by mieć grobowiec choćby u stóp tego, dla którego sławy sterał swoje życie. Tak wielka u nas jest potęga królewskiego majestatu. Zapamiętaj to sobie, Raulu, że jeśli ów człowiek uczynił króla małym, to królestwo uczynił wielkim, i jeszcze to, że pałac w Luwrze mieści w sobie zawsze dwie rzeczy: króla, który umiera, i królestwo, które nie umiera. To panowanie przeminęło już, Raulu. Minister, który napełniał swego pana obawą, strachem, nienawiścią, zstąpił już do grobu, pociągając za sobą króla, bo nie chciał go zapewne pozostawić samego z obawy, by król nie zniszczył jego dzieła. Król bowiem buduje tylko wówczas, gdy ma przy sobie bądź Boga, bądź ducha bożego. Jednakże w owym czasie wszyscy widzieli w śmierci kardynała wyzwolenie, ja zaś sam — jakże współcześni są zaślepieni — po prostu pokrzyżowałem kilkakroć zamiary tego wielkiego człowieka, który dzierżył w swych dłoniach Francję i zależnie od tego, czy je zaciskał, czy rozwierał, dusił ją bądź pozwalał jej do woli zaczerpnąć tchu. Jeśli w swym straszliwym gniewie nie starł mnie i moich przyjaciół na pył, to niewątpliwie dlatego, abym dziś mógł ci powiedzieć: naucz się, Raulu, odróżniać zawsze króla od królestwa; król to tylko człowiek, królestwo to duch boży. Jeśli będziesz miał wątpliwości nie wiedząc, komu masz służyć, porzuć materialne pozory dla tej niewidzialnej zasady, gdyż to ona jest wszystkim. Tylko że wolą Boga było uczynić ją namacalną, wcielając w człowieka. Wydaje mi się, Raulu, że jakby przez mgłę widzę twoją przyszłość. Wierzę, że będzie lepsza od naszej. Będziesz miał lepszą sytuację od nas; my mieliśmy ministra bez króla, podczas gdy ty będziesz miał króla bez ministra. Będziesz mógł więc służyć królowi, kochać go i szanować. Jeśli ten król jest tyranem, gdyż wszechwładza kryje w sobie zawsze szał popychający ją ku tyranii, wówczas kochaj, szanuj i służ królestwu — tej sprawie niezawodnej, to znaczy duchowi bożemu na ziemi, to znaczy tej iskrze niebiańskiej, co czyni z pyłu rzecz tak wielką i świętą, że my, jakkolwiek szlachta wysokiego rodu, jesteśmy równie mali wobec tego ciała leżącego na ostatnim stopniu schodów, jak ono przed tronem Stwórcy.
— Będę kochał Boga, panie, i szanował królestwo. Będę służył królowi i jeśli umrę, to chciałbym umrzeć za króla, za królestwo, za Boga. Czy dobrze cię, panie, zrozumiałem?
Atos uśmiechnął się i rzekł:
— Jesteś szlachetny, weź tę szpadę.
Raul przyklęknął.
— Nosił ją mój ojciec, prawy szlachcic. Z kolei nosiłem ją ja i kiedy rękojeść tkwiła w mej dłoni, a pochwa zwisała u boku, przysporzyłem jej kilkakroć honoru. Jeśli ręka twoja, Raulu, jest jeszcze zbyt słaba, aby władać tą szpadą, tym lepiej: będziesz miał więcej czasu, ażeby się nauczyć trzymać ją w pochwie, póki nie nadejdzie jej dzień.