Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]
Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]

Электронная книга - «Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]». Краткое содержание книги:

Środowisko Galaktyczne XXI wieku, zamieszkiwane przez uporządkowane i pokojowe międzygwiezdne społeczeństwo, nie było stosownym miejscem dla nieuleczalnych awanturników, ukrytych psychotyków czy bezwzględnych oszustów. Tak więc gdy na Ziemi odkryto jednokierunkowy tunel czasowy prowadzący w przeszłość odległą o sześć milionów lat, niedostosowani społecznie — zgłodniali przygód, romantyki nieznanego ludzie — zapragnęli życia wolnego od dławiących praw Środowiska. Każdy z nich poszukiwał szczęścia takiego, jakie sobie wyobrażał. Ale kto mógłby przewidzieć, co ich tam czeka
1 ... 47 48 49 50 51 52 53 54 55 ... 116
Перейти на страницу:

Zwariowany styl Tudorów — doszedł do wniosku Bryan.

Ludzkość zachowała poczucie humoru pomimo wygnania na sześć milionów lat.

Ludzi nie dostrzegli w ogóle. Ale tu i ówdzie ramapiteki wzrostu małych dzieci, odziane w różnobarwne kaftany, wykonując jakieś tajemnicze polecenia, popychały małe, zakryte wózki. Raz zaś — widok dziwnie uspokajający — przez główną aleję przemknął niewątpliwie syjamski kot i znikł w otwartym oknie pobliskiego domu.

Jeźdźcy zbliżyli się do kompleksu większych budynków nad rzeką. Były zbudowane z materiału przypominającego marmur i oddzielone od reszty miasta dekoracyjnym murem przerywanym co pewien odcinek szerokimi schodami. Szczyt muru zdobiły wazy pełne kwitnących roślin. W przeciwieństwie do swojskich lamp miejskich z ceramiki lub ażurowego metalu dzielnicę Tanów oświetlały pochodnie w ogromnych srebrnych lichtarzach. Na budynkach wisiały festony wielobocznych szklanych latarni rzucających niesamowite zielone i bursztynowe światło kontrastujące z przyjaznym ciepłem lamp oliwnych zewnętrznego miasta. Niewiele było tu znajomych szczegółów: lilie wodne w wyłożonych glazurowanymi płytkami basenach, żółte pnące róże na delikatnych trejażach z ażurowego marmuru, słowik, który zbudzony przejazdem przybyszów wyśpiewał sennie kilka tonów.

Wjechali na dziedziniec otoczony ozdobnymi, zimnymi z wyglądu budynkami. Niespodzianie otworzyły się wielkie drzwi; wylały się z nich potoki złocistego światła. Ramapiteki stały uroczyście dokoła, natomiast ludzcy służący pośpieszyli, by przejąć wodze chalików, otworzyć łańcuchy u nóg więźniów i pomóc im przy zsiadaniu.

Ukazali się Tanowie, dwudziestu, a może trzydziestu. Śmiali się i pozdrawiali głośno Creyna w swym języku, o chrononautach zaś paplali żywo i wylewnie w melodyjnym standardowym angielskim. Byli ubrani w cienkie powłóczyste togi i suknie w żywych, tropikalnych kolorach, mieli na sobie także fantastyczną biżuterię: pokryte emalią i drogimi kamieniami szerokie obręcze na szyjach, z których zwisały z przodu i z tyłu wstęgi z brokatu i klejnotów. Kobiety, z wysokimi fryzurami na drutach, również były obwieszone klejnotami. Tu i ówdzie wśród wysokich kosmitów widać było kilka postaci ludzkich, równie bogato odzianych, lecz noszących srebrne obręcze zamiast, jak Tanowie, złotych. Bryan z zainteresowaniem przyglądał się tym uprzywilejowanym istotom ludzkim. Wydawało się, że społecznie są zupełnie zintegrowane z wyniosłą rasą rządzącą i równie jak jej przedstawiciele chętne do zawarcia znajomości ze śmiertelnie przerażonymi więźniami.

Ze wszystkich nowo przybyłych tylko Aiken czuł się zupełnie swobodnie. W swym usianym kieszeniami, błyszczącym jak płynny metal ubiorze, po prostu skakał po całym dziedzińcu, błazeńsko kłaniając się rozśmieszonym paniom Tanu, z których większość przewyższała go wzrostem o jedną trzecią. Bryan stał samotnie i przyglądał się zebranym. Szlachta z rodu Tanów troszczyła się o wygodę więźniów, żartowała z absurdalności sytuacji i w ten sposób wywoływała u przybyłych wygnańców poczucie, że są tu pożądani i serdecznie witani. Bryan nie miał wątpliwości, że rozmowa myślowa toczy się równie żwawo jak słowna. Zastanawiał się, jaki stymulator psychiczny został uruchomiony na niższych poziomach świadomości, jeśli nawet ponury Raimo i pełna rezerwy Elżbieta powoli się rozchmurzyli i włączyli do wesołego towarzystwa.

— Nie chcemy, Bryanie, żebyś czuł się pozostawiony na uboczu.

Antropolog odwrócił się i ujrzał, że uśmiecha się do niego smukły kosmita w prostej błękitnej todze. Był przystojny, choć oczy miał głęboko zapadnięte, a wokół ust zmarszczki jak Creyn. Bryan pomyślał, że może są to oznaki starczego wieku u tych nieludzko młodzieńczych istot. Tanu miał włosy w kolorze jasnej kości słoniowej, a na nich wąski diadem z materiału przypominającego niebieskie szkło.

— Pozwól, bym cię powitał. Jestem Bormol, podobnie jak ty badacz kultury, ty zaś jesteś moim gościem. Jakże niecierpliwie wyczekiwaliśmy przybycia drugiego wyszkolonego analityka! Ostatni antropolog przyszedł do nas prawie trzydzieści lat temu h niestety, był słabego zdrowia. A my tak pilnie potrzebujemy twojej wiedzy! Mamy tak wiele do nauczenia się na temat interakcji naszych dwóch ras, jeśli społeczeństwo Wygnania ma kwitnąć dla naszego wzajemnego pożytku. Dzięki wiedzy społeczeństwa Środowiska Galaktycznego możemy się nauczyć wielu rzeczy, które pomogą nam pozostać przy życiu. Chodź, w domu czekają na ciebie i twoich przyjaciół smaczne potrawy i napoje. Podziel się z nami pierwszymi wrażeniami z naszego Wielobarwnego Kraju. Opowiedz o początkowych reakcjach!

Bryan zmusił się do niewesołego śmiechu.

— Pochlebiasz mi, Lordzie Bormol. I zawstydzasz uprzejmością. Jak dotąd nie mam zielonego pojęcia o niczym, co dotyczy twojego kraju. Ostatecznie dopiero przybyłem. I wybacz mi, ale po tym przeklętym dniu, po tym szoku jestem tak zmęczony, że gotów byłbym paść tutaj trupem.

— Wybacz. Zupełnie zapomniałem, że nie nosisz naszyjnika. Nie skorzystałeś z odświeżenia umysłu, jakiego mój naród tak szczodrze dostarcza twoim towarzyszom. Jeśli chcesz, możemy…

— Nie, dziękuję!

Pojawił się Creyn i ironicznie uśmiechnął się na widok nagłego przerażenia antropologa.

— Bryan wołałby wykonywać swoją pracę bez pociechy ze strony obręczy… Prawdę mówiąc, postawił taki warunek współpracy.

— Nie musicie wywierać na mnie presji — rzekł gniewnie Bryan.

— Ależ źle mnie zrozumiałeś! — zaprotestował zasmucony Bormol. Wyciągnął rękę w kierunku więźniów prowadzonych z wszelkimi oznakami wzajemnej przyjaźni do wnętrza domu. — Czy ktoś zmusza twoich przyjaciół? Naszyjnik nie jest symbolem niewoli, lecz jedności.

Bryan poczuł, jak narasta w nim gniew i straszliwe znużenie. Ale odpowiedział spokojnym głosem:

Wiem, że macie dobre intencje. Ale wśród nas, ludzi, jest wielu, można powiedzieć, że w moim świecie przyszłości większość takich, większość normalnych przedstawicieli ludzkości, którzy woleliby umrzeć, niż poddać się władzy waszych obręczy. Mimo wszystkich pociech jakie daje. A teraz wybaczcie mi. Przepraszam, że was rozczaruję, ale nie jestem przygotowany w tej chwili do żadnej dyskusji naukowej. Chciałbym pójść do łóżka.

Bormol skłonił głowę. Podbiegł jeden ze służących, ludzi, z bagażem Bryana.

Spotkamy się ponownie w stolicy — oznajmił Bormol. — Mam nadzieję, Bryanie, że do tego czasu zmienisz o nas swoją surową ocenę… To jest Joe Don, który natychmiast zaprowadzi cię do pokoju wypoczynkowego. Śpij spokojnie.

Bormol i Creyn odpłynęli. Prawie wszyscy już opuścili dziedziniec.

— Prosto tędy, sir — powiedział Joe Don z jowialną pewnością siebie równą tej, jaką odznaczali się portierzy w szykownych hotelach Starego Świata. — Mamy dla pana przygotowany piękny pokój. Ale wielka szkoda, że nie będzie pan na przyjęciu.

Poszli korytarzami ozdobionymi w błękicie, złocie i bieli. W przelocie Bryan dostrzegł nieprzytomnego Steina niesionego na noszach przez czterech ludzkich służących.

— Jeśli w tym domu jest lekarz, Joe Donie, temu człowiekowi przydałaby się pomoc. Spałowano go fizycznie i umysłowo.

— Proszę się nie martwić, sir. Lady Damone… pani Bormolowa… jest lepszym lekarzem niż nawet Creyn. Mnóstwo typów zupełnie rozbitych przechodzi tędy, i nie dziwota po takim szoku jak brama czasowa. Ale większość poszkodowanych naprawiają tu całkiem dobrze. Ci Tanowie to ferajna, która nie ma nic podobnego do basenów regeneracyjnych, znanych nam od dzieciństwa, ale pomimo tego całkiem nieźle sobie radzą. Sami są cholernie odporni, a obrożami potrafią wyleczyć większość ran i chorób. Lady Damone da pańskiemu kumplowi kroplówkę i pozlepia go do kupy. Nazajutrz będzie jak nowy. Ale góra mięśni, co? Pewno go wystawią do Wielkiej Bitwy.

1 ... 47 48 49 50 51 52 53 54 55 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)