Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Skrzynia na złoto». Краткое содержание книги:

Założyciel rodu Fandorinów, Cornelius van Dorn, przybył do kraju Moskwitów w XVIII wieku i odnalazł bezcenną bibliotekę Iwana Groźnego. Trzysta lat później jego angielski potomek, sir Nicholas, pojawia się w Rosji, by szukać spadku po przodkach. Ścigany przez mafię i wciąż wpadający w tarapaty, trafia na ślad skarbu Cornelisua, ale to, co znajduje w tatarskiej skrzyni, całkowicie go zaskakuje…
Pomysłowe połączenie kryminału retro i współczesnej powieści sensacyjnej w „klasycznym” klimacie powieści Conan Doyle’a i Agaty Christie, czyli po prostu – nowy Akunin!
1 ... 50 51 52 53 54 55 56 57 58 ... 96
Перейти на страницу:

Potrzymawszy chwilę w ustach solidny haust wódki, kapitan bynajmniej go nie wypluł, lecz przełknął i już sięgał po butelkę, żeby powtórzyć operację, ale Walser nie pozwolił.

– Wystarczy. Chcę, żeby pan miał jasny umysł, gdy będzie mnie pan słuchał. Zamierzam wyjawić panu coś, co odmieni całe pańskie życie.

Aptekarz nerwowo poprawił okulary i bacznie popatrzył von Dornowi w oczy.

– Mam nadzieję, że na lepsze? – zażartował kapitan.

Walser zamyślił się.

– Zanim odpowiem na to pytanie, niech mi pan wyzna, czy jest w pańskim życiu jakaś wielka tajemnica, którą pragnie pan zgłębić?

– Wielka?… Chwała Bogu, nie. – Cornelius uśmiechnął się. – Ma się rozumieć, oprócz samego życia.

– W takim razie może pan uznać, kapitanie, że dotychczas nie żył pan jeszcze naprawdę – rzekł poważnym, nawet uroczystym tonem Walser. – Ludzkie życie tylko wtedy nabiera sensu, gdy zrodzi się w nim wielka tajemnica. Proszę posłuchać. Jest pan pierwszy, przed którym postanowiłem się odsłonić. Gdybym wierzył w Boga, uważałbym, że to On mi was zesłał, kapitanie. Ale Bóg nie istnieje, wszystkim rządzi jedynie ślepy przypadek, a więc to jemu niech będą dzięki.

Von Dorn poczuł, że udzieliło mu się podniecenie rozmówcy, i przeszła mu ochota na żarty – cały zamienił się w słuch.

– Jest pan odważnym, silnym, szlachetnym rycerzem. Ma pan żywe, rozumne spojrzenie. Ludzie bardzo rzadko łączą w sobie te cenne zalety: siłę, szlachetność i rozum. Możliwe, że popełniam niewybaczalny błąd, obdarzając pana zaufaniem, ale przecież gdyby nie rzucił mi się pan tak ofiarnie, z takim poświęceniem na ratunek, i tak byłbym już martwy. – Walser wstrząsnął się. – Mnisi wypatroszyliby mnie żywcem, torturami wyciągnęliby ze mnie moją tajemnicę, a potem rzuciliby moje szczątki krukom na pożarcie.

– Mnisi? A ja myślałem, że to zwyczajni rabusie, którzy narzucili habity, żeby ich nie było widać w ciemnościach.

– Czyżby pan nie poznał Jusupa? – zdziwił się aptekarz. – Staliście tam przecież twarzą w twarz.

– Jakiego Jusupa? Ma pan na myśli tego łajdaka, który wybił mi zęby? Nie, nie widziałem jego twarzy. Księżyc świecił mu w plecy. A więc to ktoś mi znany?

– Przecież to Josif, przyboczny metropolity antiochijskiego!

– Chcecie powiedzieć, panie, że napadli na was ludzie Taisjusza?

Cornelius przypomniał sobie, jak przewielebny szeptał o czymś z czarnobrodym ascetą, który po chwili wymknął się za drzwi. Nie, to po prostu niemożliwe.

– Wykluczone. – Kapitan pokręcił głową. – Taki uczony mąż, sługa boży! Mylicie się, panie.

– Kto jest sługą bożym, Jusup? – Walser roześmiał się. – Nie chciałbym się spotkać z jego bogiem. Jusup to Syryjczyk, haszyszyn, najbliższy zaufany metropolity, wykonawca wszystkich jego ciemnych zamysłów.

– Haszy… Kto?

– Haszyszyn. Istnieje na Wschodzie taki tajny zakon. Jego członków od dziecka przyuczają do morderczego rzemiosła. Ci ludzie wierzą, że mogą się dostać do raju, jeśli będą zabijać na rozkaz swojego imama. Wszystkie skrytobójstwa Lewantu i Maghrebu są ich dziełem, to mistrzowie tej krwawej sztuki. Nie mają ani rodziny, ani normalnych ludzkich uczuć i słabości – dla nich liczy się tylko palenie haszyszu i wierność imamowi.

– Tak, słyszałem coś niecoś o tych fanatykach – przytaknął von Dorn. – Nazywają ich inaczej asasynami [52].

– Przed wieloma laty Taisjusz wykupił Jusupa z rąk antiochijskiego paszy, ratując go od straszliwej kaźni – obdarcia żywcem ze skóry. Od tamtej pory Jusup uważa metropolitę za swego imama i jest mu wierny jak pies. Wie pan, jak Taisjusz doszedł do swej obecnej godności? Otóż wszyscy jego przeciwnicy i rywale dziwnym sposobem przenieśli się na tamten świat. Wystarczyło, żeby Taisjusz zapragnął zostać biskupem w Salonikach, a natychmiast utworzył się wakat – archijerej nieszczęśliwie skręcił sobie kark, spadłszy nocą z łóżka. W podobny sposób dostała się Grekowi mitra arcybiskupia, a potem godność metropolity. O, wiem bardzo dużo o sprawkach tych dwóch łotrów – Taisjusza i Jusupa! Kiedy Taisjusz chce osiągnąć jakiś cel, nie cofnie się przed niczym. Dla Liberii ta drapieżna bestia gotowa jest rozerwać mnie na strzępy. A przecież nie wie jeszcze o Zamoleusie!

– Liberia? Zamoleus? – Cornelius sposępniał, słysząc te nowe dla siebie słowa. – Kto czy też co to takiego?

Adam Walser zmieszał się, potarł palcami czoło.

– Wybacz, przyjacielu. Przeskakuję z tematu na temat i tylko mieszam ci w głowie. Chwileczkę, zaraz się uspokoję i opowiem wszystko po kolei. Wie pan co, kapitanie? Będę mówił i jednocześnie przygotowywał dla pana zęby – to mi pomoże zachować konsekwencję i porządek narracji. Zacznę jednak od tego, że mowa będzie o największym skarbie ze wszystkich, jakie zna historia ludzkości.

Ten wstęp mądry aptekarz zrobił niewątpliwie po to, by kapitan z odpowiednią uwagą wysłuchał jego opowieści.

Fortel się udał – Cornelius aż się cały podał do przodu, taką ciekawość rozbudził w nim gospodarz.

– O największym skarbie? – zapytał von Dorn, nie tylko szepleniąc, ale jeszcze jakoś nagle ochrypłszy. – Mówi pan o złocie?

Walser roześmiał się – ale nie wesoło, raczej z goryczą.

– Myśli pan, kapitanie, że na świecie nie istnieje nic cenniejszego niż złoto?

– Nie, dlaczego. Choćby drogie kamienie. Diamenty, szafiry, szmaragdy.

– Cóż – aptekarz wziął do ręki jakieś kościane widełki i uśmiechnął się tajemniczo – są tam i drogie kamienie, a złota tyle, ile dusza zapragnie.

– Ile dusza zapragnie? – upewnił się podniecony Cornelius.

– Ależ tak. Jaka ilość by pana w pełni zadowoliła – pud, sto pudów, tysiąc?

Von Dorn groźnie ściągnął brwi. Czyżby Herr Walser chciał sobie z niego zakpić? Aptekarz jednak, widząc, jak muszkieter zmienił się na twarzy, wybuchnął cichym śmiechem – ale nie szyderczym, raczej tryumfalnym.

– Niech pan nie rusza głową, mój młody przyjacielu, utrudnia mi pan zadanie. Proszę siedzieć spokojnie i cierpliwie słuchać, bo muszę zacząć, jak to się mówi, od pieca.

Włożył Corneliusowi do ust kościane rozpórki, co sprawiło, że od tej chwili dialog zamienił się w monolog.

– Przed ośmioma laty objąłem katedrę profesora farmakologii i ziołolecznictwa na fakultecie medycznym heidelberskiego uniwersytetu. Słyszał pan z pewnością o tej szacownej uczelni.

Von Dorn zamyczał niewyraźnie – w Heidelbergu, tyle że na wydziale teologicznym, studiował jego brat Andreas.

– Proszę nie kręcić głową i siedzieć spokojnie… Warunkiem mojej umowy z rektoratem było, że w czasie wolnym od wykładów i zajęć w laboratorium będę miał swobodny dostęp do uniwersyteckich archiwów. Skłaniając się wówczas do metod terapeutycznych Galena, badałem lecznicze właściwości antymonu i miałem nadzieję, że znajdę pożyteczne informacje o tej zadziwiającej substancji w notatkach słynnych alchemików z poprzednich stuleci. W czasie swych poszukiwań natrafiłem po drodze na mnóstwo ciekawych dokumentów, niezwiązanych wprawdzie z przedmiotem moich naukowych dociekań, wszakże człowiek o przenikliwym umyśle zawsze powinien mieć oczy szeroko otwarte, nigdy bowiem nie wiadomo, gdzie nagle zabłyśnie zbawcze światełko wiedzy. I oto któregoś dnia natknąłem się na zapiski pewnego pastora, niejakiego doktora Saventusa, człowieka wielce uczonego, znawcy wszelakich mądrości starożytnych Greków i Hebrajczyków. Żył sto lat wcześniej.

Von Dorn jęknął – z bólu.

– Jeszcze chwila cierpliwości, tu, w dziąśle, został mały odłamek zęba. Już! Więcej nie będzie bolało… Otóż ów duchowny był proboszczem w Inflantach i w czasie wojny dostał się do moskiewskiej niewoli. Po licznych przygodach, których nie będę teraz panu opisywał, Saventus trafił na Kreml, gdzie stanął przed obliczem samego cara Iwana – tego, którego potem nazwano Groźnym. Pastor pisze, że monarcha rozmawiał z nim łaskawie i powiedział, iż od dawna poszukuje uczonego męża, który pomógłby uporządkować stary księgozbiór, odziedziczony przez niego po przodkach. Dalej autor szczegółowo przedstawia dzieje owej carskiej biblioteki, którą zwie Liberią. Niech pan przepłucze usta wódką, tylko błagam, proszę jej nie łykać…

вернуться

[52] Skrajna muzułmańska sekta izmailitów, założona ok. 1090 r., w czasie wojen krzyżowych pozostająca na usługach Seldżuków i dokonująca mordów polityczno-religijnych (przyp. tłum.).

1 ... 50 51 52 53 54 55 56 57 58 ... 96
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)