Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Skrzynia na złoto». Краткое содержание книги:

Założyciel rodu Fandorinów, Cornelius van Dorn, przybył do kraju Moskwitów w XVIII wieku i odnalazł bezcenną bibliotekę Iwana Groźnego. Trzysta lat później jego angielski potomek, sir Nicholas, pojawia się w Rosji, by szukać spadku po przodkach. Ścigany przez mafię i wciąż wpadający w tarapaty, trafia na ślad skarbu Cornelisua, ale to, co znajduje w tatarskiej skrzyni, całkowicie go zaskakuje…
Pomysłowe połączenie kryminału retro i współczesnej powieści sensacyjnej w „klasycznym” klimacie powieści Conan Doyle’a i Agaty Christie, czyli po prostu – nowy Akunin!
1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 ... 96
Перейти на страницу:

Cornelius był wstrząśnięty. Renegat! Odstępca od wiary! A zdawałoby się, że taki z niego poczciwy staruszek.

– Oburzyło to pana? – Adam Walser uśmiechnął się. – Niepotrzebnie. Nie przywiązuję wagi do tych głupstw. Człowiek ma tylko jednego Boga – rozum. Cała reszta to zwyczajne przesądy.

– Miłość do Chrystusa to przesąd? – nie wytrzymał von Dorn. – I dziesięcioro przykazań? I zbawienie duszy?

Nie wdawałby się w teologiczne spory, ale aptekarz jakoś zbyt łatwo wyrzekł się swojej wiary. Walser odparł z przekonaniem:

– Przesądem jest myśleć, że zbawienie duszy zależy od tego, jak człowiek się modli czy żegna. Duszę – czyli, w moim pojęciu, rozum i moralność – zbawić można, jedynie czyniąc dobro innym. W tym zawiera się i miłość bliźniego, i dziesięcioro przykazań. I co z tego, że nie chodzę do cerkwi i nie wierzę w diabła? Za to, mój dzielny panie von Dorn, darmo leczę biedaków i nie odmawiam wsparcia bezdomnym, głodnym sierotom. Koło moich wrót zawsze stoi skrzynka pełna czerstwego chleba.

– Dlaczego czerstwego? – zdziwił się Cornelius.

– A dlatego, że kto syty, nie weźmie, a kto naprawdę głodny, ukontentuje się nawet stwardniałą przylepką.

Dalej szli w milczeniu. Von Dorn rozważał w myślach to, co usłyszał od aptekarza. Przekonania Herr Walsera mimo jego heretyckiej postawy wydawały się słuszne. W rzeczy samej, cóż to za radość dla Pana z człowieka, który żegna się znakiem krzyża świętego tysiąc razy na dzień, a dla najbliższych jest tyranem i dręczycielem? Wszak wokół niemało można znaleźć takich fałszywych świętoszków. Tak, trzeba okazywać ludziom dobroć i miłosierdzie, a stosunki z Panem Bogiem to już osobista sprawa każdego człowieka, nikogo nie powinny obchodzić. To samo mówił starszy brat Andreas, sługa boży.

Cornelius nie żałował teraz, że z powodu staruszka aptekarza wdał się w niepotrzebną bijatykę – zwłaszcza iż w miejsce wybitych zębów Walser wkrótce wstawi mu nowe, o czarodziejskich właściwościach.

Aptekarz zatrzymał się na środku ciemnej ulicy, wzdłuż której ciągnął się jedynie długi szereg wysokich, szczelnych parkanów, i zapytał:

– Widzicie ten dach, kapitanie? To właśnie mój dom. – Zaśmiał się i poprawił zapotniałe okulary. – Nie zauważył pan nic osobliwego?

Von Dorn spojrzał w tamtą stronę. Ogrodzenie z desek, wysokie na półtora człowieczego wzrostu, za nim duża budowla z bierwion ze spadzistym dachem. Ciemne okna. Nic osobliwego, wszędzie dookoła stały takie same domy.

– Proszę policzyć okna.

Cornelius policzył wąskie prostokąty i mimo woli się przeżegnał. Diabelski tuzin!

– Czemu akurat tyle? – spytał cicho.

Walser otworzył kluczem zmyślny zamek przy furtce i przepuścił kapitana przodem.

– Na dole, na pierwszej kondygnacji, która jest zbudowana z kamienia, też jest trzynaście. Sprytna sztuczka! Pośród tutejszych mieszkańców i tak uchodzę za czarownika – no, jak to? Niemiec, medyk, zielarz. A trzynaście okien chroni mnie lepiej niż najostrzejsze psy i stróże. Złodzieje omijają mój dom z daleka, boją się.

Roześmiał się z zadowoleniem i zamknął furtkę na zasuwę.

– Nie mam teraz sług. Ci dwaj, których miałem, leżą martwi tam, na śniegu – westchnął z goryczą Walser. – Para tępych osiłków, byle się najeść i wyspać, a jednak człowiekowi żal. Jeden to przybłęda, drugi ma matkę staruszkę, która mieszka na podgrodziu. Dam jej trochę pieniędzy na pochówek syna i na życie. Trudno będzie teraz nająć nowych strażników. Cała nadzieja w panu, Herr von Dorn.

Cornelius nie bardzo zrozumiał, co Walser ma na myśli, ale o nic nie pytał. Pragnął tylko, żeby medyk czym prędzej zajął się jego zębami.

Dom stał na białej kamiennej podmurówce, do połowy wpuszczonej w ziemię i zlewającej się niemal z grubą warstwą śniegu. Zszedłszy trzy stopnie w dół, Walser otworzył kute metalowe drzwi i tym razem, idąc przodem, prowadził Corneliusa.

– Uwaga, kapitanie! – rozległ się w ciemnościach jego głos. – Niech się pan nie przestraszy!

Ale już było za późno. Von Dorn zrobił krok przed siebie, podniósł latarnię i stanął jak skamieniały – z mroku spoglądał na niego czarnymi oczodołami ludzki szkielet.

– To do badań anatomicznych – wyjaśnił Walser, który zdążył tymczasem zapalić świecę. – Nazywa się tak samo jak ja, Adam. Trzymam go w sieni jako dodatkową ochronę przed złodziejami, bo może któryś z najbardziej zdesperowanych nie przestraszy się diabelskiego tuzina albo, dajmy na to, nie potrafi zliczyć do trzynastu. Proszę wejść z łaski swojej, zapraszam.

Zapalił jeszcze kilka świec i teraz można było obejrzeć dokładnie przestronną komnatę, która zajmowała chyba większą część dolnej kondygnacji. Było tu całe mnóstwo najrozmaitszych osobliwości, jedna dziwniejsza od drugiej.

Na ścianie, nad tablicą przedstawiającą schemat ludzkich wnętrzności, wisiał olbrzymi żółw o wypolerowanej skorupie. Po lewej stronie – ogromna zębata jaszczurka (krokodyl, jak się domyślił Cornelius). Na półkach stały pożółkłe ludzkie czaszki i szklane naczynia, gdzie w przezroczystej cieczy pływały kawałki jakichś organów – chyba także ludzkich. Na sznurach rozwieszono wszędzie pęki suchych ziół, wianuszki grzybów, korzonki. Ani ikony, ani krucyfiksu Cornelius nigdzie nie zauważył, chociaż specjalnie rozglądał się po wszystkich kątach.

– To mój gabinet lekarski i apteka – wyjaśnił gospodarz, ustawiając pomiędzy czterema kandelabrami dziwny fotel ze skórzanymi paskami na podłokietnikach.

– Po co to? – von Dorn bojaźliwie zerknął na sprzęt, który kojarzył się raczej z izbą tortur.

– Żeby moje pacjentki nie wymachiwały rękami i nie szarpały się – powiedział Walser. – Ale was, kapitanie, oczywiście, nie będę przywiązywał. Zarówno dla dzielnego żołnierza, jak i dla filozofa ból to błahostka niezasługująca na uwagę. Po prostu zwykłe podrażnienie rozedrganych nerwów. Proszę usiąść i szeroko otworzyć usta. Doskonale!

Cornelius przygotował się na niemal nieznośne cierpienie, ale palce medyka były zręczne i delikatne – nie dotykały, lecz muskały, nie urażały, lecz łaskotały.

– Bardzo dobrze. Cios był tak silny, że oba korzenie są rozchwiane. Usunę je bez trudu… Cóż za wspaniałe, białe zęby – zupełnie jak u młodego lwa. Prawdziwy z pana śmiałek, kapitanie. Ja, wie pan, jestem człowiekiem słabym, natura poskąpiła mi męstwa. Ludzie odważni tak lekkomyślnie, nierozważnie ryzykują własne życie, zupełnie nie biorąc pod uwagę konsekwencji! Przecież wystarczy popełnić najmniejszy błąd – i koniec, po wszystkim. Mrok, niebyt, pustka. Dziewięć miesięcy w łonie matki, długie i trudne dorastanie, szczęśliwe uniknięcie dziesiątków chorób i innych niebezpieczeństw – i co? Może to wszystko unicestwić i przekreślić jedno jedyne nierozsądne posunięcie. Ginie wówczas cały świat uczuć i myśli, dany człowiekowi! Ów człowiek umiera – i nie dowie się nigdy, co się stanie jutro, za rok, za dziesięć lat. Nigdy więcej nie ujrzy wiosennego poranka, jesiennego wieczoru, zielonej łąki, trawy przyginanej powiewem wiatru! Och, jakże jesteśmy niewybaczalnie, karygodnie głupi, szaleńczy śmiałkowie! A jednak zachwyca mnie ten wasz brak rozsądku! Jakaż wspaniała jest owa nieokiełznana fantazja, która pozwala człowiekowi dla kaprysu, błahostki, niedorzecznej zachcianki odrzucić wszelkie dary życia, a nawet życie samo! Zaprawdę jedynie władca wszechświata zdolny jest do gestu takiego królewskiego marnotrawstwa! Szerzej usta, szerzej!

Cornelius jęknął przeciągle, gdyż medyk nagle uchwycił – jak mu się wydawało – całą jego szczękę w jakieś stalowe obcęgi i pociągnął żelastwo do siebie.

– Jeden już wyrwałem. R-raz! A oto i drugi. Proszę przepłukać usta wódką i odpluć do miski.

1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 ... 96
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)