Łaska losu (Nadzieja)
- Автор: Стил Даниэла
- Язык: польский
- Жанр: Современные любовные романы
Электронная книга - «Łaska losu (Nadzieja)». Краткое содержание книги:
Przez pierwszy miesiąc po stracie dziecka Pilar nie mogła otrząsnąć się z przygnębienia. Wzięła urlop, ale nie chciała nikogo widywać, tylko snuła się bez celu po domu w nocnej koszuli. Brad zachęcał ją do spotkań z przyjaciółmi, ale nawet Marinie udało się to dopiero za którymś podejściem.
Przyniosła jej naręcze książek o poronieniach, długotrwałych stanach przygnębienia i wstrząsach psychicznych. Uważała bowiem, że informacja jest najlepszym lekarstwem, ale Pilar była innego zdania.
– Nie chcę dowiadywać się od kogoś, jak się naprawdę czuję czy jak powinnam się czuć!
– Ale może chciałabyś się dowiedzieć, co zrobić, żeby poczuć się lepiej i wrócić do normy? – Marina nie ustępowała.
– O jakiej normie mówisz? Do jakiej normy może wrócić kobieta w średnim wieku, która podejmowała w życiu różne głupie decyzje i przez to nigdy nie będzie mogła mieć dzieci?
– No, no, tylko mi się nie użalaj nad sobą! – Marina ofuknęła ją żartobliwie.
– Chyba mam do tego prawo?
– A jakże, masz, byleby tylko nie przeszło ci to w nawyk. Po myśl o Bradzie, on też ciężko to przeżył. – Wspomniała Brada, bo to on uprosił Marinę, żeby ją odwiedziła. Pilar nie odbierała telefonów i nie podchodziła, gdy ją proszono.
– Cóż takiego przeżywał? On przynajmniej ma swoje dzieci.
– Nawet jeśli nie on, to jest więcej osób, które dobrze znają ten ból. Nie ty jedna poroniłaś, choć teraz może ci się tak wydawać. Są kobiety, które rodzą martwe dzieci, tracą je już w niemowlęctwie albo i później, kiedy zdążyły je lepiej poznać i pokochać. To chyba najgorsze, co może człowieka spotkać.
– Masz rację i dlatego tak się głupio czuję! – przyznała Pilar, wycierając łzy. – Może to śmieszne, ale wydaje mi się, jakbym straciła dziecko, które już znałam i pokochałam… takiego gotowego, małego człowieczka… Tymczasem ono nie żyje i już go nigdy nie poznam.
– Tego już nie, ale możesz mieć inne dziecko. To ci pomoże, chociaż nie wróci życia tamtemu.
– Myślę, że to jedyne, co mi może pomóc – wyznała szczerze Pilar. – O niczym innym nie marzę tak bardzo, jak o tym, żeby znów zajść w ciążę. – Z impetem wydmuchała nos w garść chusteczek higienicznych.
– Może jeszcze tak się stanie… – Marina obdarzyła ją współczującym uśmiechem. Nie lubiła dawać nikomu złudnych nadziei, ale trudno było w tej chwili ocenić, czy Pilar jest zdolna do utrzymania ciąży.
– Może tak, a może nie. I co wtedy?
– Wtedy będziesz żyć dalej i robić swoje. Przedtem radziłaś sobie całkiem nieźle, więc i teraz musisz. Dzieci to jeszcze nie wszystko. – Po chwili przypomniała sobie jednak pewne zdarzenie, o którym chciała opowiedzieć Pilar. – Słuchaj, byłabym za pomniała! Przecież moja matka poroniła dziewiątą ciążę, chyba dwumiesięczną. Wydawałoby się, że przy ośmiorgu dzieciach jedno więcej czy mniej nie robi różnicy, ale trzeba ci było widzieć, jak rozpaczała! Leżała w łóżku i płakała, a pozostała siódemka przewróciłaby dom do góry nogami, gdybym ich nie pilnowała. Mama urodziła potem jeszcze dwoje dzieci, ale nigdy nie przestała wspominać tego, które straciła. Potrafiła godzinami mówić o nim, jakby je znała.
– To jest właśnie to, co czuję! – Pilar ucieszyła się, że nareszcie ktoś ją zrozumiał. Od razu znalazła w dawno zmarłej matce Mariny bratnią duszę.
– To chyba jedna z tajemnic naszego życia, której nikt na prawdę nie zrozumie, dopóki sam przez to nie przejdzie.
– Pewnie tak… – Pilar znowu posmutniała. – Ale to chyba najgorsze, co mogło mnie spotkać. – Mówiła to całkiem szczerze, bo serce jej się krajało za każdym razem, kiedy myślała o dziecku.
– No więc spróbuj pomyśleć o mojej matce. Po tamtym poronieniu urodziła jeszcze dwoje dzieci, a kiedy straciła tamto, miała chyba ze czterdzieści siedem lat.
– Przynajmniej ty dajesz mi nadzieję! – Pilar prawem kontrastu pomyślała o swojej matce. Nie poinformowała jej o tym, co się stało, bo wcześniej nie chwaliła się ciążą. I dobrze, bo teraz matka nie omieszkałaby jej przypomnieć, że zawczasu ją uprzedzała i że w jej wieku za późno już na dziecko. W tej chwili zresztą Pilar gotowa była przyznać jej rację.
Rozpaczała tak jeszcze przez kilka tygodni, przyprawiając Brada nieomal o utratę zmysłów. W pracy Alice i Bruce przejęli jej sprawy, terminy rozpraw odroczono, a klientów poinformowano, że pani mecenas jest chora. Toteż wszyscy martwili się stanem jej zdrowia.
Nancy próbowała ją nieco rozerwać, ale przyniosła ze sobą małego Adama, czym jeszcze pogorszyła sprawę, bo Pilar dostała ataku histerii. Kiedy Brad wrócił do domu, napadła na niego, żądając, aby Adam nie pokazywał się w ich domu, póki nie do rośnie, bo nie może patrzeć na żadne dziecko.
– Daj spokój, Pilar – mitygował ją Brad, który miał już tego serdecznie dość. – Tak nie można!
– Niby dlaczego? – Wiedziała przecież, że od dłuższego czasu niedojadała i niedosypiała, schudła o dziesięć funtów i wyglądała o pięć lat starzej.
– Bo tylko sobie szkodzisz, a w przyszłym miesiącu zaczynamy od nowa. Musisz wziąć się w garść, kochanie.
Cóż, kiedy nie mogła! Cały czas czuła się tak, jakby dźwigała na barkach ciężkie brzemię, chwilami wręcz odechciewało się jej żyć. Brad, chcąc ją trochę rozruszać, wyciągnął ją na weekend do San Francisco i trzeba trafu, że właśnie wtedy dostała okres. Mąż rozśmieszał ją przypomnieniami, że za dwa tygodnie mają wyznaczoną wizytę u doktor Ward, gdzie znów będą oglądać świńskie filmy i „nadziewać indyka”. Do końca pobytu żartował, że zabierze ją na Broadway, aby dokupić trochę utensyliów do kolekcji pani doktor.
– No wiesz, Bradfordzie, jesteś chyba zboczony! – Udawała, że się gorszy. – Gdyby przewodniczący sądu wiedział o twoich kosmatych myślach, wylałby cię z pracy!
– I dobrze, wtedy mógłbym kochać się z tobą przez cały dzień! – Śmiał się, niezrażony, ale w tym okresie Pilar takie żarty nie śmieszyły. Próbowała opisać swój stan ducha zarówno Bradowi, jak psychoterapeucie. Uważała bowiem, że poronienie dowiodło jej nieprzydatności do roli matki. „Stracić dziecko” oznaczało dla niej to samo, co zostawić je w autobusie czy w parku.
Trudno było z nią dyskutować, gdyż nie używała argumentów racjonalnych, tylko emocjonalne. Rozsądek podpowiadał jej to samo, co powtarzał Brad – że powinni próbować do skutku. Ale serce przepojone było wyłącznie żalem po stracie tego dziecka, którego tak pragnęła i o którym nie umiała myśleć bez bólu.
Diana nie chciała kusić losu, kiedy wrócili z Andym z urlopu. Spędzili ze sobą cudowne dni na Hawajach, a do domu przyjechali wyraźnie odmienieni. Mając świadomość, jak wyboistą drogę przebyli, Diana wolała nie prowokować zadrażnień. Postanowiła przez jakiś czas nie widywać swojej rodziny, aby nie narażać się na kłopotliwe pytania. Z Samantą nie rozmawiała prawie od dwóch miesięcy, ale czuła, że nie mogłaby znieść widoku jej dziecka.
W pracy szło jej dobrze i znów zaczęła odczuwać satysfakcję. Od czasu do czasu chętnie plotkowała z Eloise, choć stosunki między nimi wyraźnie się ochłodziły. Eloise liczyła, że z czasem wrócą do dawnej poufałości, ale Diana wciąż zamykała się w sobie, unikając zwierzeń na temat życia i małżeństwa. Przez pierwszy tydzień po powrocie z wycieczki chętnie wracała z pracy do domu, gdyż spieszno jej było do Andyego. On też wydzwaniał do niej z biura trzy lub cztery razy dziennie. Wspólny wyjazd zbliżył ich do siebie, życie biegło im leniwie i spokojnie, bo Diana jeszcze nie czuła się na siłach przyjmować gości. Andy zresztą nie nakłaniał jej do tego, a Bili i Denise też nie odzywali się już od miesięcy. Andy wytłumaczył Billowi, że Dianie trudno byłoby znieść widok ciężarnej kobiety. Chyba to zrozumiał, gdyż obaj panowie nadal grywali razem w tenisa, choć rzadko mieli na to czas.