Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]
- Автор: Ринго Джон
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: ISA
- ISBN: 83-88916-73-4
- Переводчик: Przemyslaw Bielinski
- Жанр: Боевая фантастика
Электронная книга - «Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]». Краткое содержание книги:
Wybraliśmy walkę.
Szczerze wątpię, żeby jeden batalion pancerzy wspomaganych był wart tyle samo, co pięć cholernych dywizji wyszkolonej i zaopatrzonej w sprzęt zmechanizowanej piechoty. Szczerze w to wątpię.
Pod koniec swojej tyrady generał aż się zapienił.
— Cóż, generale… — powiedział Mike i urwał.
Doszedł do wniosku, że w żaden sposób nie może już bardziej zdenerwować tego oficera. Było oczywiste, że należy do tych, którzy odrzucają koncepcję Programu Fortec i GalTechu. Na szczęście Mike nie podlegał mu w hierarchii dowódczej, więc mógł zrobić wszystko, oprócz strzelenia tego nadętego palanta w nos, i nie ponieść za to żadnych konsekwencji.
— Cóż, generale — podjął — to pańska osobista opinia… a zna pan to powiedzenie o opiniach. — Uśmiechnął się zimno i odczekał, żeby obelga zdążyła dotrzeć do adresata. — Obawiam się, że jeszcze przed pierwszą inwazją obaj będziemy mieli wiele możliwości weryfikacji naszych poglądów. Żywię głęboką nadzieję, że to pan ma rację; ogromnie ułatwiłoby mi to zadanie. A teraz wybaczy pan, ale spieszę się na samolot. Poruszono niebo i ziemię, żebym mógł spędzić tydzień z rodziną. A ja chciałbym mieć zarówno ziemię, jak i niebo po swojej stronie.
21
Florida Keys były krainą rodem ze Strefy Cienia.
Ostatnim razem, kiedy Mike jechał o pierwszej w nocy drogą krajową numer jeden — długim pasem asfaltu i betonu, który łączył paciorki wysepek jak nić w koralowym naszyjniku — ruch nadal był duży mimo późnej pory. Mike korzystał wtedy z wiosennej przerwy w nauce. Na drodze tłoczyły się trąbiące samochody i ciężarówki z odkrytymi przyczepami, a od Key Largo do Key West ludzie tłumnie oblegali sklepy i restauracje.
Mike patrzył, jak zbłąkany postrzępiony liść palmy przetacza się przez parking Piggly Wiggly, i myślał o tym, że świat znalazł się na zakręcie. Pasaż handlowy na Big Pine Key nigdy nie tętnił życiem, ale wysepki na północ stąd, gdzie kiedyś roiło się od wypoczywających emerytów i studentów, były teraz tak samo opuszczone. O’Nealowie jechali coraz dalej na południe w poszukiwaniu motelu albo chociaż stacji benzynowej. Zamiast tego przez całą drogę oglądali tylko zamknięte sklepy, opuszczone zakłady i dziczejące rezydencje. Po przekroczeniu Seven Mile Bridge wjechali do miasta duchów.
Cała wycieczka okazała się katastrofą. Szczególnie nieudana była wizyta u rodziców Sharon. Pomimo tego, że Mike zmierzył się z Posleenami w otwartej walce, o czym świadczyły jego blizny, rodzice Sharon odnosili się do jego opowieści z niedowierzaniem, które podzielała duża część społeczeństwa. W głębi serca święcie wierzyli, że zagrożenie jest wymysłem „rządu federalnego”, i nie pozostawiali żadnych wątpliwości co do swojego stanowiska.
Dla nich i im podobnych ziemia była płaska, słońce kręciło się dookoła niej, a inne światy nie istniały. Socjologowie nazywali to „społecznym wyparciem”. Kiedy teść Mike’a po raz trzeci ostrożnie, ale jasno zaprzeczył istnieniu Posleenów, Mike nazwał go kretynem.
Wreszcie Sharon skróciła wizytę i pojechali w kierunku wysepek Key. Miejsce to miało dla nich szczególe znaczenie. Spędzali tu krótkie wakacje w szkolnych czasach i wtedy właśnie po raz pierwszy coś do siebie poczuli. Kiedy los pozwolił im się później spotkać, ich wzajemna sympatia szybko rozkwitła, czego efektem były Michelle i Cally.
Teraz, kiedy pojawiła się możliwość wspólnego wyjazdu, od razu pomyśleli o Keys. Pokusa czterogwiazdkowych hoteli, basenów i nurkowania była nieodparta. Mike wiedział, że Cally bardzo się tu spodoba; będą inne dzieci, z którymi będzie się mogła pobawić, i czyste, zielone morze, w którym będzie mogła pływać. Do pełni szczęścia brakowało im tylko obecności Michelle. Ale on była przynajmniej bezpieczna w podróży na Adenast. Cokolwiek stanie się na Ziemi, przynajmniej jeden członek ich rodziny przeżyje.
Ale wakacje zdawały się właśnie dogorywać. Przejechali przez opuszczone wysepki, na próżno wypatrując noclegu. Albo chociaż stancji benzynowej, żeby zatankować samochód. Chewolettahoe sporo palił.
Mike wziął ze sobą narzędzia potrzebne do tankowania ze zbiorników w bazach wojskowych, ale bak nie miał dużej pojemności.
Nabrali paliwa w Fort Worth, na pomoc od Miami, i teraz nie mieli go dość, żeby dojechać do Key West, gdzie — Mike był pewien — mogliby zatankować w reaktywowanej bazie marynarki wojennej. Gdyby zawrócili, udałoby im się dotrzeć do Miami, ale to oznaczałoby koniec ich wycieczki.
Mike rzucił na podłogę bezużyteczną mapę i spojrzał na żonę.
Pomimo trudów wakacji wyglądała jak gwiazda niskobudżetowego filmu katastroficznego. Włosy miała w lekkim nieładzie, oczy lekko zasmucone, a twarz gładką i poważną. Sharon prawie nie opowiadała o swojej pracy we Flocie, ale Mike czuł, że nie ma tam lekko. Niepokoiło go to. Odchrząknął.
— Możemy zaryzykować i jechać dalej albo wracać.
Sharon kiwnęła głową i kolejny raz rozejrzała się po okolicy.
Krajobraz raczej nie zaskakiwał. Był to jeden z „szarych, prażących dni”, które na Florydzie od czasu do czasu się zdarzały. Zimny front przesunął się na północ, ale na niebie pozostały gęste chmury, zasłaniające słońce, lecz nie chroniące przed jego żarem. Efektem tego było rażące, rozproszone światło i suchy wiatr. Zupełnie jak w Kansas, tyle że tu rosły palmy i szumiał zielony ocean.
Sceneria pasowała do pogody. Pasaż składał się z typowe dla takiego miejsca lokali: sklepu spożywczego, kiosku z artykułami żelaznymi, zakładu medycyny niekonwencjonalnej i salonu fryzjerskiego. Urozmaiceniem w tym przypadku była nieduża restauracja, specjalizująca się w „kuchni Keys”. Obwieszczał to szyld, który teraz huśtał się w podmuchach suchego, gorącego wiatru.
Sharon spojrzała na ten sam liść palmy, który przyciągnął wcześniej uwagę Mike’a, i parsknęła śmiechem.
— Nie wygląda to dobrze, co? — zapytała.
Mike bez końca opowiadał jej o swojej kompanii. Chwalił podkomendnych, dowództwo i szkolenie. Co znaczyło, że jego sytuacja jest tak samo parszywa, jak jej. Wiedziała, że powinna z nim o tym porozmawiać; mógłby jej jakoś pomóc, bo przecież służył w Siłach Uderzeniowych o kilka lat dłużej. Ale to by zabrzmiało jak narzekanie, a Sharon nie chciała jeszcze pogarszać nastroju.
Wycieczka i bez tego zaczynała się jawić jako zupełna katastrofa.