Gwiezdny motyl
- Автор: Вербер Бернард
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Gwiezdny motyl». Краткое содержание книги:
Obie istoty ludzkie wczepiły się w fotele. Ekrany wskazywały przegrzanie. Z pyska muszki wydobywał się biały dym.
– Zaraz zginiemy!… – wykrztusiła Elisabeth-15.
Temperatura w statku rosła, żaróweczki kontrolne zaś wybuchały niczym petardy. Wstrząsy stawały się coraz gwałtowniejsze.
Nagle włączył się automatycznie jakiś mechanizm, który sprawił, że z boków wysunęły się małe metalowe skrzydła, po czym zostały uruchomione silniki, przekształcając pojazd kosmiczny w samolot. Mimo to prędkość wciąż była jeszcze za wysoka. Statkowi ciągle brakowało siły nośnej.
Metal zaczął się nagrzewać i trzeszczeć. Na krawędziach skrzydeł pojawiły się płomienie. Całą kabinę napełnił obrzydliwy swąd spalenizny.
Elisabeth-15 zaczęła się dusić. Adrien-18 z rezygnacją zamknął oczy, z trudem łapiąc powietrze.
Po czym drgania nieco ustąpiły. Spadłszy niczym meteoryt, Muszka 2 zaczęła zakreślać łuk. Dym się rozproszył, odsłaniając to, co znajdowało się za ścianą chmur.
Spojrzeli po sobie zdziwieni, że jeszcze żyją. Statek szybował, uczepiony zaś drążka sterowniczego Adrien-18 zaczął panować nad jego lotem.
Przed ich oczami rozciągał się świat w dole. Wszystko było gładkie i lśniące.
Mogliby sądzić, że trafili na lodową planetę, gdyby nie plusk, który usłyszeli.
– Woda. Na tej planecie jest woda.
– Jest nawet wyłącznie woda. Ocean, jak okiem sięgnąć: to ciekła planeta. Już po nas – mruknęła Elisabeth-15.
– Nie pozostaje nam nic innego, jak zamieszkać na statku, na przykład przerobić nasz pojazd na tratwę. Będziemy się żywić rybami, które sami złowimy, tak jak nad naszym jeziorem…
– Łatwo ci mówić. Moim zdaniem Yves zobaczył z daleka atmosferę i wodę, ale nie to, że tu nie ma nic innego. Trzeba było wylądować na satelicie. Tam przynajmniej były kratery, a więc stały ląd.
– Nie, nie było atmosfery. Tak czy inaczej, nie możemy się już wydostać z tej grawitacji. Bez względu więc na to, jakie warunki panują na tej planecie, musimy się do nich przystosować, jeśli chcemy przeżyć.
– Nie lubię ryb – powiedziała Elisabeth, stopniowo odzyskując oddech.
Niestety, jeden z reaktorów został uszkodzony przez wstrząsy wywołane wejściem w atmosferę. Wybuchł po wypluciu odrobiny dymu.
Muszka 2 straciła nośność, ledwie więc zwolnili dzięki metalowym skrzydłom, zaczęli spadać.
– Szybko, wkładaj skafander! – krzyknął, pokazując na srebrzyste kombinezony umieszczone za siedzeniami.
Uwijając się prędko, zdołali wejść w za duże skafandry i z powrotem zapiąć pasy.
– Słyszysz mnie?
Ku ich ogromnemu zdumieniu mimo przezroczystych, hermetycznie zamkniętych hełmów mogli się porozumiewać przez radio na baterie. Przymocowane na plecach butle z tlenem dostarczały powietrza, którym trudno było oddychać i które miało zapach pleśni.
Muszka 2 ciągle spadała.
Właśnie wtedy w oddali przed nimi pojawił się jakiś nieruchomy kształt, który wzięli z początku za ciemną chmurę.
– Tam, spójrz! – zawołała dziewczyna. – Jakaś wyspa!
Metalowe skrzydła znów zajęły się ogniem, tym razem były to wysokie płomienie.
– Zbyt głupio by było, gdyby teraz nam się nie udało! – rzucił z wściekłością Adrien-18, z całej siły ciągnąc dźwignię.
Statek miał jednak jeszcze zbyt dużą prędkość, toteż z przodu Muszki 2 zaczęły się wydobywać szerokie smugi białego dymu, które zasłaniały im widoczność.
– Spróbuj się dostać na wyspę! – wrzasnęła Elisabeth-15.
– Przecież właśnie to robię! – odparł Adrien, ściskając w dłoniach podskakujący uchwyt.
Chwycił Nową planetę: instrukcję obsługi i przejrzał ją gorączkowo, po czym pociągnąwszy za kilka dźwigni, oświadczył, przekrzykując hałas panujący w kokpicie, w którym dym coraz bardziej gęstniał:
– Procedura lądowania na nieznanej planecie rozpoczęta.
Muszka 2 zbliżała się do lądu z ogromną szybkością, pilot zaś nie potrafił zapanować nad płonącym pojazdem. W końcu odnalazł mechanizm otwierający spadochrony, ale było już za późno. One także natychmiast zajęły się ogniem.
– Spalimy się na popiół! – krzyknęła Elisabeth-15, zamykając oczy.
Adrien odnalazł dźwignię, która otworzyła następne spadochrony bezpieczeństwa, dzięki czemu prom nieco zwolnił, ląd nadal jednak zbliżał się z dużą prędkością. Zbyt dużą prędkością.
Znów udało mu się podnieść dziób Muszki 2, która znalazła w sobie dość siły nośnej, by zakreślić łuk. Ląd pędził ku nim. Uderzenie.
Pasy bezpieczeństwa pękły.
Wyrwało ich z foteli i rzuciło o szybę Muszki 2, przez którą przelecieli z hukiem rozbitego szkła.
65. POPIÓŁ
Słup czarnego dymu. Na ciemnej skale tkwiła rozpłaszczona mechaniczna mucha.
Z jej ogromnego oka-kokpitu ulatniała się szara para, a stopione do połowy metalowe skrzydła nadal płonęły. Ze skrzydeł płóciennych pozostały jedynie zwęglone strzępy.
Porzucone nieco dalej drobne, skulone sylwetki również dymiły.
Otworzywszy wreszcie oczy, Elisabeth stwierdziła ze zdumieniem, że żyje.
Pod skafandrem wszystko było mokre i ciepłe. W ustach czuła smak krwi. Ogłuszał ją własny oddech. Wykonała kilka ruchów, aby się przekonać, czy nie jest ranna, po czym z ulgą odkryła, że mimo kilku bolących miejsc na plecach, ramionach i pośladkach może poruszać kończynami. Dostrzegłszy w oddali skafander swojego towarzysza, zaczęła się czołgać ku niemu. – Ej!
Bez odpowiedzi. Potrząsnęła nim.
– Ej, Adrien! Adrien!
Wreszcie w słuchawkach rozległ się szum. Oddech. Zaczął kasłać. Uściskała go mocno, uspokojona.
Przyjrzeli się powierzchni obcej planety przez nietknięte szyby hełmów.
Wszystko było szare. Szara planeta, szara gleba, jasnoszara atmosfera, ciemnoszary ocean. Miejscowe słońce z trudem przebijało się przez gęstą mgłę.
Znajdująca się z tyłu Muszka 2 ciągle dymiła, lecz poza stłuczoną przednią szybą jej kadłub wydawał się nietknięty.
Pierwsza podniosła się Elisabeth. Chwiała się na nogach. To była „choroba ziemska”.
Kiedy tylko odzyskali równowagę, spojrzeli jak najdalej przed siebie, chcąc wypatrzyć szczegóły krajobrazu otaczającej ich wyspy.
Ani śladu roślin. Uświadomili sobie wówczas, że udało im się wylądować na planecie charakteryzującej się glebą i atmosferą. I że żyją.
Ocaleli jako jedyni spośród stu czterdziestu czterech tysięcy pasażerów po trwającej tysiąc dwieście pięćdziesiąt jeden lat podróży na odległość dwudziestu tysięcy miliardów kilometrów.
– W porządku, gotowe – westchnęła, nie zdając sobie sprawy, że słowa te pochodzą z bardzo daleka, z dawnej pamięci zapisanej na dnie jej komórek.
Popatrzyli na siebie przez szyby w skafandrach i wreszcie się uśmiechnęli.
Po czym wybuchnęli śmiechem, który rozbrzmiał w wewnętrznych głośnikach pod hełmami.
Adrien-18 ciągle odczuwał bóle w stawach, toteż Elisabeth-15 podtrzymała go w samą porę. Dał jej znak, że może go puścić.
Zrobiła krok. Pierwszy krok. Potem następny.
Każdy gest wydawał jej się ociężały, jakby dźwigała na plecach wór kamieni, wiedziała jednak, że to zasługa grawitacji, która była wyższa niż na Gwiezdnym Motylu.