Ludzie i gwiazdy
- Автор: Булычев Кир, Черна Йожеф
- Год: 1976
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Pozna
- Переводчик: Кшиштоф Малиновский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Ludzie i gwiazdy». Краткое содержание книги:
Jak już wspomniałem, książka ta została wydana w czasach dość zamierzchłych, bo w roku 1973 — co może działać deprymująco na czytelników lubujących się w dość poczytnych, aczkolwiek pisanych nieco na siłę powieściach — a tych, jak wiadomo, pełno dziś na półkach księgarni. Niemniej publikacja o dość tajemniczym, intrygującym tytule „Ludzie i gwiazdy” wydaje się pozycją godną uwagi każdego miłośnika fantastyki (bez względu na przedział wiekowy).
Cóż w takim razie jest ciekawego w tej dość opasłej i bogatej w treść merytoryczną książce? Co sprawia, że odpowiedź na pytanie dotyczące wartości książki — bez trudu nasunie się czytelnikowi już po lekturze kilku utworów w niej zawartych? Otóż zbiór opowiadań „Ludzie i gwiazdy”, mimo iż wydany w czasach wszechobecnej cenzury i inwigilacji, wziętej niemal z powieści „Nova Express” W.S. Burroughsa, niewiele tylko straciwszy na świeżości przekazu, nadal zaskakuje siłą wyobraźni autorów, wielotorowością, wieloaspektowością nurtu fantastyki i wieloma innymi cechami, których na próżno szukać u niektórych twórców.
Puk! Puk!
Matej cicho jęknął. Każde uderzenie boleśnie odzywało się w jego mózgu. Podniósł nieco powieki i ujrzał tuż obok policzka podłogę pokrytą grubą warstwą melenu. Chciał się podnieść, lecz odrętwienie uwięziło jego członki w puszystych obręczach najeżonych milionem igieł.
Puk! Puk! Puk!
Stukanie dochodziło z kabiny sprężającej parę… Larsson!
Niedawne wspomnienia nagle skłębiły się w głowie Mateja. „Bill i profesor czekają na mnie… a może już nie czekają. Wentylatory przestały działać?”
Ledwo powstał, osłabienie ogarnęło go ponownie jak zdradziecka toń, z której wydobył się największym wysiłkiem. Po dziecinnemu przytknął ucho do ścianki działowej i nasłuchiwał z zapartym tchem. Nic, tylko tętnienie krwi w żyłach. „Może zemdlał… Powinienem otworzyć! A jeśli się zaczaił?”
Zawrócił i rozejrzał się po kabinie jakby w poszukiwaniu jakiejś wskazówki. Wzrok jego spoczął na tablicy rozdzielczej i zatrzymał się na trójkątnym guziku. Z mroków pamięci wyłoniły się zdania wykute kiedyś na blachę. „W razie uszkodzenia głównego steru w kabinie pilota, kosmonauci mogą się posłużyć sterem pomocniczym, umieszczonym w kabinie kontrolnej. Na tablicy znajdują się w tym samym układzie: 1. drążek sprzęgła silnika atomowego, 2. trójkątny guzik, który uruchamia silniki pomocnicze…”
Matej drgnął. „Tylko jeden ruch i… Wcale by nie cierpiał, bo ciśnienie pary zmiażdżyłoby go w mgnieniu oka.”
Oderwał wzrok od trójkątnego guzika i nagle oprzytomniał. Poprzednia myśl wydała mu się potwornością. Znów ujrzał przed sobą gładkie czoło inżyniera pochylonego nad szachownicą i jego długie palce, bębniące na stoliku w czasie, gdy Matej biedził się nad znalezieniem wyjścia z beznadziejnej sytuacji. Przypomniał sobie noc spędzoną wspólnie na tarasie obserwatorium astronomicznego, kiedy marzyły się im obu niesamowite pejzaże marsjańskie.
Zniecierpliwiło go własne niezdecydowanie. „Przede wszystkim trzeba uwolnić tamtych. Wspólnie się naradzimy, co zrobić z Larssonem.” „A jeśli później nie zastaniesz go przy życiu? — odezwał się głos sumienia. — Może wdycha już ostatek tlenu?” „Tym lepiej! — zawziął się Matej. — Wszystko to z jego winy!” Ale pod koniec tego wewnętrznego dialogu ręka jego jakby mimo woli ześliznęła się na mechanizm podnoszący klapę.
Metalowa pokrywa zaczęła wsuwać się w ścianę, podczas gdy powietrze z kabiny kontrolnej przedostawało się do sąsiedniego pomieszczenia. Zmagając się z niewidocznym strumieniem, Matej o ułamek sekundy za późno zobaczył inżyniera. Uniosło się okrągłe wieko dyszy, miał przed sobą kask i zniekształcone przez strój ochronny ręce Szweda. W prawej dłoni błysnął rewolwer, jego ciemne oko patrzyło w źrenice Mateja. Instynktownie pochylił głowę, naciskając jednocześnie guzik zamykający klapę. Ciemne oko błysnęło groźnie. Gdzieś w tyle kula trafiła w metal.
Matej ponownie ocknął się na podłodze. Ściany jakby się nad nim schylały, powietrze ciążyło ołowiem i paraliżowało ruchy.
Kula trafiła w trójkątny guzik.
Epilog
W świetle palącej się na kasku żarówki Matej dostrzegł lśniącą drzazgę wbitą w kadłub „Albatrosa”, pozostałą tam po przejściu statku przez ławicę meteorytów. Wyrwał ją i schował troskliwie do kieszeni kombinezonu. Na pewno profesor Gromow będzie mu wdzięczny za pierwszy okaz do jego kolekcji minerałów pozaziemskich.
Wprowadzony na właściwy tor „Albatros” leciał w stronę Marsa. Dookoła panowała gęsta, przytłaczająca, namacalna ciemność. W tym bezkresnym mroku znajdowało się gdzieś ciało Larssona. Automatyczny pilot przejął sterowanie i przeprowadził statek wśród meteorytów.
Inżynier pozostał sam wśród lśniących gwiazd. Miał wiecznie błądzić po ścieżkach Kosmosu, jeśli jakaś spadająca gwiazda nie zetrze go na proch i nie strąci w otchłań, której bezkres go przeraził.
Matej z westchnieniem ruszył do kabiny—śluzy. Klapa zewnętrzna zamknęła się, przez szpary płynęło życiodajne powietrze. Potem odsunęła się bezszelestnie metalowa pokrywa i w prostokącie światła ujrzał postacie tych, którzy na niego czekali.
Przetłumaczyła Danuta Bieńkowska
Stanisław Lem
Ananke
Wypchnęło go coś ze snu — w ciemność. Zostawił za sobą — gdzie? — czerwonawy, zadymiony obrys — miasta? pożaru? — i przeciwnika, gonitwę, wyważenie skały, która była tamtym — człowiekiem? Gonił jeszcze odpływające wspomnienie, już z rezygnacją, i pozostała mu tylko znana dobrze z takich chwil refleksja, że w snach bywa dana rzeczywistość silniejsza i bardziej bezpośrednia od jawy; wyzbyta słów i przy całej swojej nieobliczalnej kapryśności rządzona prawem objawiającym się jako oczywistość, ale tylko tam, w koszmarze. Nie wiedział, gdzie jest, nic nie pamiętał. Wystarczyło rękę podnieść, aby się przekonać, ale miał ten bezwład za złe własnej pamięci i usiłował zdopingować ją do zeznań. Sam siebie oszukiwał: w bezruchu, przecież chciał po konsystencji posłania rozpoznać, gdzie się znajduje. W każdym razie nie była to koja. Błysk: lądowanie; iskry na pustyni; tarcza — jak gdyby fałszywego, powiększonego Księżyca; kratery — ale w pyłowej zamieci; prądy brudnej, rudej wichury; kwadrat kosmodromu, wieże.
Mars.
Leżał dalej, rozważając już teraz całkiem rzeczowo, czemu się zbudził. Miał zaufanie do własnego ciała; nie ocknęłoby się bez żadnego powodu. Prawda, że lądowanie było dość kłopotliwe, a on potężnie zmęczony, bo po dwóch wachtach bez chwili wypoczynku: Terman złamał rękę, kiedy automat dał ciąg i rzuciło go na ścianę. Spaść z sufitu, przy przejściu na ciąg, po jedenastu latach latania — co za osioł! Trzeba będzie odwiedzić go w szpitalu. Czy przez to…? Nie.
Zaczął sobie teraz po kolei przypominać wypadki poprzedniego dnia, od chwili lądowania. Siedli w burzy. Atmosfery tyle co nic, ale przy dwustu sześćdziesięciu kilometrach na godzinę prawie nie ustoisz — przy tym nędznym ciążeniu. Pod podeszwami żadnego tarcia; idąc, trzeba się wkopywać butami w piasek, dopomagać sobie grzęznącymi kostkami. I ten pył z lodowatym sykiem szorujący po kombinezonie, włażący w każdą fałdkę, ani specjalnie czerwony, ani rudy, zwykły piasek, tyle że drobny. Zdążyło go zmielić przez kilka miliardów lat. Nie było tu kapitanatu, bo i normalnego portu nie było; Projekt Marsa, w drugim roku, wciąż jeszcze cały w prowizorkach, co zbudowali, to im zasypywało, ani hotelu, ani hoteliku — nic. Kopuły dotlenione, pod linami, ogromne, każda jak dziesięć hangarów, pod promienistym parasolem stalowych lin zakotwiczonych do kloców betonowych, mało co widocznych spod wydm. Baraki, falista blacha, stosy i stosy pak, kontenerów, pojemników, butli, skrzyń, worów, miasto z ładunków, które waliły się z pasów transportera. Jedyne całkiem przyzwoite miejsce, dopięte, uporządkowane — to był stojący poza „kloszem” budynek kontroli lotów, dwie mile od kosmodromu, w którym właśnie leżał, po ciemku, w łóżku dyżurnego kontrolera Seyna. Usiadł i bosą stopą, po omacku, poszukał pantofli. Zawsze je woził z sobą; zawsze rozbierał się do snu; jeśli się nie ogolił jak należy i nie umył, nie czuł się na wysokości zadania. Nie pamiętał, jak wygląda pokój, więc na wszelki wypadek prostował się ostrożnie; łeb można sobie rozbić przy tej oszczędności materiałów (cały projekt trzeszczał od owych oszczędności; wiedział coś o tym). Teraz znów gniewało go to, że zapomniał, gdzie są wyłączniki. Jak ślepy szczur… Macał rękami — zamiast kontaktu dotknął zimnego pokrętła. Pociągnął. Strzeliło lekko i ze słabym zgrzytem otwarła się irysowa okiennica. Był ciężki, zamulony, głuchy przedświt. Stojąc przed oknem, podobnym raczej do okrętowego bulaja, dotknął szczeciny na policzku, skrzywił się i westchnął; wszystko było nie tak, chociaż nie wiadomo właściwie — dlaczego. Zresztą gdyby się zastanowił, może i przyznałby, że wie. Nie znosił Marsa.