Demony dobrego Dextera [Darkly Dreaming Dexter - pl]
- Автор: Линдсей Джеффри
- Серия: Dexter (pl) #1
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 8324125922
- Переводчик: Jan Krasko
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Demony dobrego Dextera [Darkly Dreaming Dexter - pl]». Краткое содержание книги:
Od razu poczułem się lepiej. Jak to miło, że wreszcie to ustaliłem. Wolałem Deborę żywą i całą, zamiast Debory martwej i w bezkrwawych kawałkach. Urocze. Niemal ludzkie. Ale co dalej? Mógłbym zadzwonić do Rity i zabrać ją do kina czy na spacer do parku. Albo, hm… Albo na przykład… uratować Deborę? Świetnie, fantastycznie, tylko…
Jak?
Oczywiście miałem kilka wskazówek. Znałem sposób jego myślenia, bo ostatecznie sam tak myślałem. Poza tym chciał, żebym go znalazł. Wiadomość była jasna i wyraźna. Gdybym mógł wybić sobie z głowy te głupie i rozpraszające myśli — te wszystkie sny i marzenia o uganianiu się za dobrymi wróżkami rodem z New Age — na pewno bym go namierzył, szybko i logicznie. Przecież nie uprowadziłby Debory, nie podsuwając mi jednocześnie wskazówek, dzięki którym każdy inteligentny potwór łatwo by go znalazł.
A więc dobrze, dzielny Dexterze, znajdź go. Wytrop porywacza. Niechaj twoja nieugięta logika mknie po pustkowiu niczym stado mroźnych wilków. Niechaj twój wielki umysł wrzuci najwyższy bieg. Niechaj rozgrzaną do czerwoności koniugację mejotyczną chromosomów twojego potężnego mózgu ochłodzi wiatr, niechaj twe myśli ułożą się w piękny, jednoznaczny i nieuchronny wniosek. Naprzód, Dexterze! Do boju!
Dexter?
Halo? Jest tam ktoś?
Najwyraźniej nie. Nie czułem ani wiatru, ani swądu rozgrzanych synaps. Byłem pusty jak nigdy dotąd. Nie kłębiły się we mnie żadne uczucia, bo ich po prostu nie mam, mimo to rezultat był zniechęcający. Byłem odrętwiały i wyczerpany, jakbym naprawdę coś odczuwał. Debora. Groziło jej straszliwe niebezpieczeństwo: mogła stać się fascynującym dziełem sztuki performance. A jej jedyną nadzieją na dalszą egzystencję — nie licząc tej w postaci serii zdjęć na tablicy w policyjnym laboratorium kryminalistycznym — był jej bezrozumny, beznadziejny brat. Durny Dexter, który siedział sobie w fotelu, podczas gdy jego mózg kręcił się w kółko, ścigając własny ogon i wyjąc do księżyca.
Wziąłem głęboki oddech. Musiałem być sobą bardziej niż kiedykolwiek dotąd. Skupiłem się, uspokoiłem i kiedy moją czaszkę wypełniła echem cząstka dawnego Dextera, zdałem sobie sprawę, jak bardzo stałem się ludzki i głupi. Nie było tu żadnej tajemnicy. Wprost przeciwnie, rzecz była zupełnie oczywista. Mój demon i przyjaciel zrobił wszystko, co możliwe, nie przysłał mi tylko oficjalnego zaproszenia: „Mam zaszczyt zaprosić Szanownego Pana na wiwisekcję Pańskiej siostry. Serce i dusza nieobowiązkowe”. Lecz ta maleńka iskierka czystej, zdrowej logiki szybko zgasła, gdyż w mojej pulsującej bólem głowie powstała myśl, która wybijając się powoli ponad inne, zatruwała je logiką ohydną i porażającą.
Debora zniknęła, kiedy spałem.
Czy mogło to znaczyć, że znowu zrobiłem to nieświadomie? Bo co, jeśli poćwiartowałem Deborę, poukładałem jej członki w jakiejś małej, zimnej chłodni, a potem…
W chłodni? Skąd ta chłodnia?
Uczucie klaustrofobii. Wrażenie, że pakamera na lodowisku jest w sam raz, taka jak trzeba. Podmuch zimnego powietrza na plecach. Dlaczego to było takie istotne? Dlaczego wciąż do tego powracałem? Bo powracałem przez cały czas, bez względu na to, co się działo. Powracałem do tych samych nielogicznych wspomnień i wciąż nie rozumiałem dlaczego. Co się za tym kryło? I dlaczego, u diabła, mnie to obchodziło? Znaczyło to coś czy nie, musiałem znaleźć miejsce pasujące do moich odczuć i wrażeń, do uczucia klaustrofobii i nieodpartego wrażenia, że to tu. Po prostu nie było innego wyboru: musiałem poszukać jakiegoś małego, zimnego pudła, chłodni albo lodówki. W niej znajdę Deborę albo znajdzie ją tam moje nie ja. Czyż to nie proste?
Nie. Nie proste, tylko prostacko-naiwne. Nie było żadnego sensu zwracać uwagi na upiorne wskazówki napływające ze snów. Sny nie mają nic wspólnego zjawą i to wcale nieprawda, że Freddy Krueger zostawiał na niej ślady swoich szponów. Nie, nie mogłem wypaść z domu i w psychicznym dołku zacząć jeździć bez celu po mieście. Byłem istotą rozumującą chłodno i logicznie. Dlatego jako istota rozumująca chłodno tudzież logicznie, zamknąłem drzwi na klucz i ruszyłem do samochodu. Wciąż nie wiedziałem, dokąd pojadę, jednak silny, wewnętrzny przymus szarpnął cuglami i skierował mnie na parking. Ale sześć metrów od mojego wiernego wozu przystanąłem tak gwałtownie, jakbym nadział się na niewidzialny mur.
W samochodzie paliło się światło.
Na pewno go nie zapaliłem. Parkowałem za dnia, poza tym sprawdziłem, czy dobrze zamknąłem drzwiczki. A przypadkowy złodziej zostawiłby je otwarte, żeby uniknąć niepotrzebnego hałasu.
Podszedłem bardzo powoli, nie wiedząc, co tam znajdę i czy na pewno chcę to zobaczyć. Z odległości półtora metra na fotelu kierowcy nie zobaczyłem niczego. Ostrożnie obszedłem samochód i czując nerwowe mrowienie na karku, zajrzałem z drugiej strony. No i proszę. Leżała tam, a jakże.
Barbie. Znowu. Jeszcze trochę i stanę się właścicielem sporej kolekcji.
Ta była w marynarskiej czapeczce, bluzce bez brzucha i w obcisłych, różowych szortach. W rączce ściskała walizeczkę z napisem CUNARD.
Uchyliłem drzwiczki, wziąłem lalkę, wyjąłem jej z ręki walizeczkę i otworzyłem ją. Coś z niej wypadło i potoczyło się po podłodze. Małe, okrągłe coś. Do złudzenia przypominało szkolny sygnet Debory, bo na wewnętrznej stronie miało wygrawerowane dwie litery: „D” i „M”. Jej inicjały.
Opadłem na fotel z rączką Barbie w dłoni. Odwróciłem ją na plecy. Zgiąłem jej nogi. Pomachałem rękami. Co wczoraj robiłeś, Dexterku?
Och, bawiłem się lalkami, podczas gdy mój przyjaciel ćwiartował moją siostrzyczkę.
Nie traciłem czasu na zastanawianie się, jak ta mała, marynarska dziwka trafiła do mojego samochodu. Wiedziałem, że jest to jakaś wiadomość — a może wskazówka? Ale wskazówki zwykle coś wskazują, tymczasem ta chciała mnie najwyraźniej zwieźć. Mój demon uprowadził Deborę, to było pewne. Ale CUNARD? Co pasażerskie linie żeglugowe miały wspólnego z ciasnymi, zimnymi pomieszczeniami do wiwisekcji i ćwiartowania zwłok? Nie dostrzegałem w tym żadnego związku. W Miami było tylko jedno miejsce, gdzie związek taki mógł zaistnieć.
Z Douglas skręciłem w prawo, do Coconut Grove i musiałem zwolnić, żeby nie przejechać któregoś z rozradowanych debili tańczących między sklepami i kawiarniami. Zdawało się, że mają za dużo czasu i pieniędzy i za mało oleju we łbie, ale ponieważ było ich naprawdę dużo, jechałem bardzo powoli, o wiele wolniej, niż powinienem — z drugiej jednak strony, po co miałem się denerwować, skoro i tak nie wiedziałem, dokąd jadę. Wiedziałem tylko, że dokądś, przed siebie. Bayfront Drive, Brickle, śródmieście. Wszędzie widziałem olbrzymie neony z błyskającymi strzałkami i zachęcającymi słowami: „Na wiwisekcję!” Mimo to jechałem dalej i wreszcie dotarłem do American Airlines Arena i do autostrady MacArthura. Zerknąłem w stronę areny i tuż za nią zobaczyłem nadbudówkę okrętu pasażerskiego przy nabrzeżu Government Cut. Nie była to naturalnie nadbudówka statku linii Cunard, mimo to wytężyłem wzrok w poszukiwaniu jakiegoś znaku czy wskazówki. Było oczywiste, że mój demon nie chce skierować mnie na statek pasażerski; na statku było za dużo ludzi, za dużo wścibskich urzędasów. Ale na pewno chodziło mu o coś takiego, o coś zbliżonego, a skoro tak, musiało mu chodzić o… Tu skończyły mi się pomysły. Patrzyłem na okręt tak intensywnie, że jeszcze trochę i stopiłbym wzrokiem nadbudówkę rufową, lecz na próżno. Debora nie wyskoczyła z ładowni i nie zbiegła na ląd, tańcząc po trapie.
Rozejrzałem się. Za statkiem, niczym porzucone rekwizyty z Gwiezdnych Wojen, strzelały w niebo portowe dźwigi. Nieco dalej, w cienistym mroku za dźwigami, stały ledwo widoczne z tej odległości kontenery, mnóstwo bezwładnie rozrzuconych stalowych pudeł przypominających gigantyczne klocki, które znudzony chłopczyk wysypał z pudełka; niektóre z nich były chłodzone. A za kontenerami…