Demony dobrego Dextera [Darkly Dreaming Dexter - pl]
- Автор: Линдсей Джеффри
- Серия: Dexter (pl) #1
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 8324125922
- Переводчик: Jan Krasko
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Demony dobrego Dextera [Darkly Dreaming Dexter - pl]». Краткое содержание книги:
Chwileczkę, Dexterku, wróć.
A któż to do mnie szeptał? Kto mruczał te ciche słowa do smętnego, samotnego Dextera? Kto za mną siedział? Kto tak chichotał? I dlaczego? Jaka wiadomość tłukła się w mojej pustej, pozbawionej mózgu czaszce?
Kontenery.
Chłodzone kontenery.
Ale dlaczego akurat kontenery? Z jakiego powodu miałbym zainteresować się nagle stertą zimnych, ciasnych, klaustrofobicznych pudeł?
No tak. Jeśli ująć to w ten sposób…
Czy to możliwe, żeby mieściło się tu w przyszłości muzeum narodzin Dextera? Takie z eksponatami naturalnej wielkości, gdzie pokazywano by jakże rzadko widywaną wiwisekcję jego jedynej siostry?
Szarpnąłem kierownicą i zajechałem drogę bmw z bardzo głośnym klaksonem. Choć raz zachowując się jak na mieszkańca Miami przystało, pokazałem kierowcy środkowy palec i zjechałem z autostrady.
Okręt stał po lewej stronie. Plac z kontenerami był po prawej, za wysokim ogrodzeniem zwieńczonym ostrym jak brzytwa drutem kolczastym. Zmagając się z narastającą falą pewności i coraz głośniejszym chórem czegoś, co brzmiało jak pieśń bojowa Mrocznego Pasażera, dojechałem do drogi dojazdowej. Na końcu drogi stała budka. Był tam również szlaban, przed którym leniuchowało kilku umundurowanych dżentelmenów i pod którym nie sposób było przejechać, nie odpowiadając na serię kłopotliwych pytań. Przepraszam, czy mógłbym się tu rozejrzeć? Widzi pan, myślę, że mój przyjaciel ćwiartuje tu moją siostrę.
Dziesięć metrów przed szlabanem zawróciłem między pomarańczowymi pachołkami i pojechałem z powrotem. Statek miałem teraz po prawej. Tuż przed mostem na stały ląd skręciłem w lewo i wjechałem na olbrzymi plac z terminalem portowym po jednej stronie i z ogrodzeniem po drugiej. Ogrodzenie było ozdobione wesołymi znakami ostrzegawczymi Amerykańskiego Urzędu Celnego, które groziły surową karą każdemu, kto zbłądzi na ten teren, i ciągnęło się skrajem dużego, pustego o tej porze parkingu.
Jechałem i patrzyłem na kontenery. Przypłynęły zza granicy i czekały na kontrolę, dlatego dobrze ich pilnowano. Trudno tam było wejść, a jeszcze trudniej wyjść, zwłaszcza z podejrzanym ładunkiem poćwiartowanych zwłok czy czegoś w tym rodzaju. Nie, musiałem poszukać innego miejsca albo przyznać, że poleganie na niejasnych przeczuciach po serii szyderczych snów i po zabawie skąpo ubraną lalką Barbie jest czystą stratą czasu. Im szybciej przyznam, że nie miałem racji, tym większe będę miał szansę na odnalezienie siostry. Bo tu jej nie było. Nie było też żadnego powodu, żeby miała być.
Nareszcie logiczna myśl. Od razu poczułem się lepiej i na pewno by mnie to ucieszyło, gdybym w tej samej chwili nie zobaczył znajomej furgonetki, która parkowała tuż za ogrodzeniem w taki sposób, że zobaczyłem również widniejący na jej drzwiczkach napis: ALLON-zo BROTHERS. Prywatny chór w suterynie mojego umysłu zawył tak głośno, że nie usłyszałbym nawet własnego śmiechu, dlatego szybko zjechałem na bok i zaparkowałem. Inteligentna część mojego ja zapukała do frontowych drzwi mózgu i wrzasnęła: „Szybko! Szybko! Naprzód!” Ale ponieważ jednocześnie z tyłu wypełzła na okno oślizgła jaszczurka z czujnie wysuniętym rozdwojonym językiem, minęło sporo czasu, zanim wreszcie wysiadłem.
Podszedłem do ogrodzenia i stanąłem przed nim jak aktor grający epizodyczną rolę w filmie o obozie jenieckim z czasów II wojny światowej, który z palcami kurczowo zaciśniętymi na siatce, tęsknym wzrokiem patrzy na to, co znajduje się ledwie kilka niemożliwych do pokonania metrów za nią. Byłem pewien, że łatwo można się tam dostać, że stworzenie tak cudownie inteligentne jak ja bez trudu znajdzie jakiś sposób, jednak za nic nie mogłem połączyć jednej myśli z drugą, co mówiło, w jakim byłem stanie. Musiałem tam wejść i nie mogłem. Dlatego stałem przed siatką i patrzyłem na furgonetkę, doskonale wiedząc, że tam, ledwie kilka kroków dalej, są wszystkie najważniejsze odpowiedzi. Patrzyłem na nią i myślałem, lecz ilekroć mój gigantyczny umysł rzucał jakąś myśl, myśl ta odbijała się od furgonetki jak kamień od ściany i wracała do mnie bez żadnego rozwiązania. Mózg lubi wychodzić na przechadzkę w najbardziej nieodpowiednich chwilach, prawda?
Na tylnym siedzeniu samochodu zaterkotał budzik. Musiałem odejść, i to natychmiast. Była noc, a ja łaziłem po dobrze strzeżonym terenie. Któryś ze strażników mógł w każdej chwili zainteresować się młodym, przystojnym mężczyzną wypatrującym czegoś przez płot. Tak, musiałem odjechać i poszukać wejścia. Cofnąłem się, posławszy furgonetce ostatnie tęskne spojrzenie. I wtedy… Tuż pod nogami, dokładnie w miejscu, gdzie przed sekundą stałem, dostrzegłem ledwo widoczną dziurę. Siatka była przecięta akurat na tyle, żeby przecisnął się przez nią człowiek, a nawet jego sobowtór, taki jak ja. Przecięta, odchylona i przygnieciona kołami furgonetki, żeby nie odskoczyła, nie wróciła z trzaskiem na miejsce i niczego nie zdradziła. Ktoś musiał ją przeciąć niedawno, tej nocy, zaraz po przyjeździe furgonetki.
Miałem przed sobą oficjalne zaproszenie.
Cofnąłem się powoli jeszcze dalej i niby-roztargniony wykrzywiłem twarz, maskując się nieobecnym uśmiechem z cyklu: Dzień dobry, witam, sierżancie. Właśnie wyszedłem na spacer. Uroczy wieczór, prawda? W sam raz na małą wiwisekcję. Patrząc na wiszący nad wodą księżyc i wesoło pogwizdując pod nosem, szparkim krokiem wróciłem do samochodu, wsiadłem i odjechałem. Nikt nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi, nie licząc radosnego chóru głosów w głowie. Ruszyłem w kierunku biura linii okrętowych jakieś sto metrów od mojej małej, ręcznie zrobionej bramy do raju. Stało tam kilka samochodów i mój na pewno nie będzie rzucał się w oczy.
Ale kiedy zaparkowałem, tuż obok zaparkował błękitny chevrolet z kobietą za kierownicą. Przez chwilę siedziałem bez ruchu. Ona też. Wreszcie otworzyłem drzwiczki i wysiadłem.
Wysiadła również detektyw LaGuerta.
25
Zazwyczaj umiałem wybrnąć z niezręcznych sytuacji towarzyskich, — ale muszę przyznać, że ta mnie zaskoczyła. Nie wiedziałem, co powiedzieć i bardzo długo patrzyłem na nią bez słowa; to znaczy, na LaGuertę. Ona patrzyła bez słowa na mnie, nie mrugając i lekko obnażając kły, jak dzika kocica, która zastanawia się, czy zjeść cię, czy się z tobą pobawić. Nie przychodziło mi do głowy nic, co mógłbym powiedzieć bez zająknięcia, a wyglądało na to, że ją interesuje tylko patrzenie. Tak więc, staliśmy naprzeciwko siebie, patrzyliśmy i milczeliśmy. Wreszcie przerwała ciszę dowcipnym pytaniem:
— Co tam jest? — Ruchem głowy wskazała ogrodzenie sto metrów dalej.
— Pani detektyw! — wykrzyknąłem, chyba z nadzieją, że zapomni o swoim pytaniu.
— Jechałam za tobą. Co tam jest?
— Tam? — powtórzyłem. Wiem, riposta była beznadziejna, ale naprawdę wyczerpałem już cały zasób inteligentnych i ciętych, zresztą trudno było oczekiwać, żebym w tej sytuacji wymyślił coś ładnego.
Przekrzywiła głowę, wysunęła czubek języka i oblizała dolną wargę, tak powoli, z lewej strony do prawej i z prawej do lewej.
— Masz mnie za idiotkę — powiedziała. Oczywiście myśl ta kilka razy mi zaświtała, lecz niepolitycznie było o tym wspominać. — Tylko pamiętaj, że ja jestem detektywem, a to jest Miami. Jak myślisz, jakim cudem awansowałam?
— Dzięki urodzie? — rzuciłem z oszałamiającym uśmiechem; komplement nigdy nie zaszkodzi, zwłaszcza w rozmowie z kobietą.
Pokazała mi swoje piękne ząbki, które w świetle parkingowych reflektorów były jeszcze bielsze niż zwykle.