Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Daj Mi Szansę, Tiffany». Краткое содержание книги:

Członkowie rodziny Santinich od początku okazywali Tiffany wrogość, ponieważ uważali, że wyszła za mąż za dużo starszego od siebie Philipa dla jego pieniędzy. Tymczasem Philip ujął ją swoim czarem osobistym, kulturą i dobrocią i pewnie do tej pory żyliby w zgodzie, gdyby nie tragiczny wypadek. Po śmierci męża Tiffany wraz z dziećmi schroniła się w starym domu w Bittersweet, aby znaleźć się jak najdalej od jego rodziny. Nie była więc zachwycona, gdy pewnego dnia odwiedził ją brat nieżyjącego męża. Czyżby przyjechał na przeszpiegi?
1 ... 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49
Перейти на страницу:

– Cześć, tato. To ja.

– Cześć, Jay. Co słychać?

– Chcę się wycofać. Rezygnuję z pracy w firmie.

– Żartujesz. Chyba się przesłyszałem.

– To nie żarty.

– Nie przepracowałeś ze mną nawet pół roku.

– Wiem, ale nie podoba mi się ta robota.

– Dlaczego?

– Z wielu powodów. Przede wszystkim w ogóle nie powinienem się godzić na twoją propozycję. – J.D. zawiesił głos, a potem dodał: – Nie jestem podobny do Philipa, tato.

– Nie musisz mi tego mówić.

– Posłuchaj, tato. Jutro rano wyruszam do Portland. Zamierzam sprzedać swoje akcje, łódź, motor i mieszkanie, żeby spłacić długi Philipa wobec firmy.

– Ale na Boga…

– Tiffany potrzebuje tego domu. Jej dzieci też. Chcę, żeby była wolna i mogła sama o sobie decydować.

– Przecież nie wyrzucam na bruk własnych wnuków – z goryczą powiedział Carlo. – Chciałbym tylko, żeby mieszkały bliżej nas.

– Zapomnij o tym, tato. Tu jest ich dom.

– Nie wiem, co się tam u was dzieje – rzekł z westchnieniem Carlo – ale jeśli ta kobieta zawróciła ci w głowie…

– To co? Co mi chcesz powiedzieć? Że ją zaczniesz szantażować? Że użyjesz argumentów finansowych? Że ją zmusisz, żeby przeniosła się do Portland i żyła na twoim garnuszku?

– A co w tym złego?

– Nic nie rozumiesz, tato. Tiffany stała się osobą niezależną i stanowczą, która postępuje tak, jak sama uzna za stosowne. Ma swoje problemy, ale ma też prawo, żeby je po swojemu rozwiązywać. Nie potrzebuje wyręki ani doradców. Mógłbyś przynajmniej – a to co mówię, dotyczy całej rodziny – zdobyć się na okazanie zaufania.

– Ale…

– Podpisz papiery. Zobaczymy się jutro. Cześć. – J.D. odłożył słuchawkę. Obawiał się, że ojciec natychmiast zatelefonuje i będzie namawiał go na zmianę decyzji, ale, na szczęście, nie zrobił tego. J.D. otworzył okno, aby się ochłodzić. Wychylił się i w tym momencie usłyszał cichą rozmowę, prowadzoną przez dwóch chłopców. Musieli znajdować się w pobliżu wozowni.

– Przysięgam ci, Santini, że jeżeli piśniesz chociaż słówko, to już nie żyjesz – dobiegło z dołu. Jeden z chłopców podniósł głos.

J.D. wychylił się. Dojrzał Stephena, który wraz z drugim chłopcem, wyższym i starszym, stali pod niedawno umocowanym koszem do gry.

– Nic nikomu nie powiem.

– Szczerze ci radzę. Umowa to umowa.

– Wiem o tym, Miles.

Więc ten niechlujnie ubrany, pryszczaty dryblas z tlenionymi blond pasemkami to słynny Miles Dean! Zdaniem J.D. nie wyglądał zbyt groźnie.

– Uważaj, bo już raz skrewiłeś.

– Ta wpadka… nie była z mojej winy.

– Schowałeś przede mną klucze, ty nędzny krętaczu. Gdybyś mi je dał, tak jak obiecałeś, gliny by ich w życiu nie namierzyły.

– A jakbyś się nie zaczął bić, to by nas wtedy nie zwinęli.

– Nie próbuj podskakiwać i siedź cicho. Trzymaj się tego, co było ustalone. Wiesz, co będzie, jak jeszcze raz podpadniesz.

J.D. usłyszał wystarczająco dużo. Doskoczył do drzwi, zbiegł po schodach i w ciągu paru sekund był na dole. Wypadł z domu, pędem pokonał trawnik i zanim chłopcy się zorientowali, już był przy nich. Na widok J.D. Miles odwrócił się, żeby odejść.

– Nie tak szybko, kolego – powiedział J.D., przytrzymując go za ramię.

– Puszczaj pan.

– Najpierw załatwimy parę spraw.

– Puść go – poprosił Stephen, wyraźnie wystraszony.

– Chwileczkę, musimy porozmawiać. Przypadkiem usłyszałem waszą rozmowę.

Chłopcy milczeli. W ciszy słychać było ożywiające się pod wieczór komary.

J.D. zwrócił się do Milesa:

– Dlaczego groziłeś Stephenowi i co wiesz o zniknięciu Wellsa?

– Nic.

– Nie? To po co łazisz za Stephenem i próbujesz go szantażować? – J.D. wskazał pobladłego bratanka.

– Nie wiem, o czym pan mówi! – warknął Miles.

– Naprawdę? To spróbujemy razem się dowiedzieć. Teraz pójdziesz ze mną grzecznie na policję, a potem zadzwonimy do twojej matki i posłuchamy jej wyjaśnień.

– Nie wolno panu!

– Zobaczymy!

– Nie rób tego! – krzyknął zdesperowany Stephen.

– Dlaczego nie?

– Bo… Bo… – Stephen usiłował przebłagać wzrokiem Milesa, ale ten wyrwał się, korzystając z okazji, że J.D. puścił jego ramię. Przebiegł odległość dzielącą go od płotu, przeskoczył go i znikł w uliczce. J.D. miał początkowo zamiar go gonić, ale zrezygnował.

– Kto cię prosił, żebyś się wtrącał? – spytał Stephen, bliski łez. – To nie twoje sprawy.

– Skoro twoje, to i moje.

– Nie rozumiem.

– Zależy mi na waszej rodzime. – J.D. nie spuszczał oczu z twarzy chłopca.

– Nie jesteś moim tatą! – wykrzyknął oskarżycielskim tonem Stephen. – To, że Chrissie cię polubiła, nie znaczy jeszcze, że ja też muszę. – Stephen zaperzał się coraz bardziej. – Widziałem was razem, mamę i ciebie! Christina jest mała, nic nie rozumie. Co ona wie o życiu? Wydaje ci się, że to dzięki tobie nie ma już nocnych koszmarów, ale nie jesteś Panem Bogiem. Jak stąd wyjedziesz, wszystko się zacznie od nowa i będzie tak samo źle, jak było. – W oczach chłopca płonęło wyzwanie.

J.D. speszył się. Stephen miał rację. Christina bardzo się do niego przywiązała. Z pewnością, kiedy on odjedzie, a ma to nastąpić jutro rano, będzie nieszczęśliwa. Może być jeszcze gorzej, niż przed jego przyjazdem, to fakt. Szkoda, że wcześniej o tym nie pomyślał.

– Nie miałem złych intencji. Jestem twoim stryjem, Stephen, jesteśmy jedną rodziną. Kocham was.

– Tere-fere.

– To prawda, synu.

Stephen stał nieruchomo, z zaciśniętymi pięściami i płonącymi oczami. Ale widać było, że sytuacja go przerasta i zbiera mu się na płacz.

– Opowiedz mi teraz wszystko, co wiesz o Wellsie.

– Nie ma nic do opowiadania – uciął chłopiec.

J.D. ujął go za ramię.

– Najlepiej zacznij od początku. Tym razem ma to być prawdziwa wersja.

– Puść mnie! – Stephen od razu się najeżył.

J.D. zwolnił uścisk.

– Przepraszam. Nie chciałem, żebyś mi uciekł, jak ten twój przyjaciel.

– Miles Dean nie jest moim przyjacielem.

J.D. uznał te słowa za obiecujący początek.

– Skoro tak mówisz… Opowiedz mi o Isaacu Wellsie i jego kluczach.

– Nie mogę – upierał się Stephen.

– Możesz, możesz.

– Posłuchaj – cicho powiedział Stephen, przygryzając dolną wargę – ty nic nie zrozumiesz.

– Zaryzykuj.

– Miles mnie zabije – targował się Stephen.

– Miles nikogo nie zabije.

– Ty go nie znasz. Ani jego… ojca.

– Raya Deana? – J.D. nadstawił uszu. – A co on ma do tego?

– Znów się pojawił w mieście. To jest… bardzo zły człowiek.

– Albo opowiesz tę historię mnie, albo policji. – J.D. żal było chłopca, ale postanowił doprowadzić sprawę do końca i ostatecznie wszystko wyjaśnić. Tym bardziej że zamierzał wyjechać z Bittersweet.

– Ja… nie mogę.

– Dlaczego?

Stephen zaczął się wahać. Niepewnie potarł dłonią łokieć i aż podskoczył ze strachu, gdy w pogoni za ćmą przemknął obok nich Węgielek.

– O Boże!

– Cokolwiek masz do powiedzenia, na pewno się jest to takie straszne.

Stephen obejrzał się przez ramię. W jego szeroko otwartych oczach czaił się paniczny lęk.

– Ty naprawdę nic nie rozumiesz. Gdybym cokolwiek powiedział tobie albo policjantom, oni wtedy zrobią krzywdę mamie i Chrissie.

1 ... 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)