Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]
- Автор: Перес-Реверте Артуро
- Язык: польский
- Переводчик: Filip Lobodzinski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]». Краткое содержание книги:
Pérez-Reverte po raz kolejny dowodzi swojej pomysłowości i erudycji. Szachownica flamandzka to powieść detektywistyczna, w której dochodzenie prowadzone jest na kilku płaszczyznach; to jak rozwiązywanie łamigłówki wymagające dobrej znajomości sztuki, szachów i psychologii. Ale tym razem autor chyba przekombinował. Fabuła jest nazbyt wymyślna i skomplikowana, za to bohaterowie nie dość przekonujący, aby uwiarygodnić tę historię. Zainteresowały mnie dzieje obrazu i postaci na nim przedstawionych, ale jakoś nie potrafiłam się przejąć niebezpieczeństwem grożącym Julii i jej przyjaciołom.
– Jeśli chodzi o van Huysa, zobaczysz, zgarniemy mnóstwo kasy.
– A co robimy z Montegrifem?
W galerii było niewielu klientów – dwie panie w dojrzałym wieku, dyskutujące przy dużym oleju marynistycznym o klasycznej fakturze, oraz jakiś ciemno ubrany mężczyzna, który przeglądał teczki z grafikami. Menchu oparła dłoń na biodrze niczym na kaburze pistoletu, zatrzepotała teatralnie rzęsami i powiedziała cicho:
– Nie będzie miał wyboru, maleńka.
– Sądzisz?
– Mówię ci. Albo się zgodzi, albo wojna między nami – zaśmiała się władczo. – Mamy twoje badania historyczne, mamy wspaniały scenariusz o księciu Ostenburga i tej czarnej owcy, jego ślubnej. Przy takiej historii w Sotheby’s czy w Christie's witają nas z otwartymi ramionami. A Paco Montegrifo ma dobrze pod kopułą… – Nagle coś sobie przypomniała. – Racja, dziś wieczorem jesteśmy z nim umówione na kawę. Zrób się na bóstwo.
– Jesteśmy?
– Ty i ja. Dzwonił rano, słodziutki jak karmelek. Ma skubaniec nosa.
– Mnie w to nie mieszaj.
– Ja cię wcale nie mieszam. Sam nalegał, żebyś przyszła. Nie wiem, coś ty mu zrobiła, dziewczyno. Taka mizerotka.
Obcasy ręcznie szytych, potwornie drogich, ale dwa centymetry za wysokich butów Menchu zostawiały na beżowej wykładzinie nieprzyjemne ślady. W jej galerii, na wielkich przestrzeniach spowitych odbitym od ścian światłem, panoszyła się – jak to określał Cesar – sztuka prostacka: głównie akryle i gwasze połączone z kolażami, płócienne płaskorzeźby na zmianę z zardzewiałymi kluczami francuskimi albo plątaniny plastikowych rur zlepione z kierownicami pomalowanymi na błękitno. I tylko gdzieniegdzie, w dalszych zakątkach, pojawiał się bardziej konwencjonalny portret czy pejzaż, sprawiając wrażenie nieproszonego gościa, który jednak służy jako dowód szerokich gustów pretensjonalnej gospodyni. Mimo to galeria przynosiła Menchu pieniądze. Sam Cesar musiał to niechętnie przyznać, wspominając z rozrzewnieniem czasy, kiedy byle gmina nie mogła się obejść w swojej sali konferencyjnej bez uczciwego obrazu comme il faut [17], adekwatnie spatynowanego, w grubej, złoconej ramie. Następne pokolenia, które wprowadziły się do tych samych gabinetów po uprzednich wizytach najmodniejszych, kosztownych dekoratorów, wolały już obłędne wymysły postindustrialne, zgodne z duchem epoki: plastikowe pieniądze, plastikowe meble, plastikowa sztuka.
Ot, paradoksy życia. Menchu i Julia przyglądały się teraz dziwnej kombinacji czerwieni i zieleni, ilustrującej wydumany tytuł Uczucia, która wyszła kilka tygodni wcześniej spod pędzla Sergia, najnowszego oblubieńca Cesara. Był to obraz, który antykwariusz sam im zarekomendował, aczkolwiek, trzeba przyznać, spuścił uczciwie wzrok, kiedy o nim mówił.
– Tak czy inaczej sprzedam go – westchnęła z rezygnacją Menchu, gdy już obydwie się nań napatrzyły. – W sumie wszystko da się sprzedać. Nie uwierzysz, co?
– Cesar jest ci bardzo wdzięczny – powiedziała Julia. – Ja też.
Menchu potarła z wyrzutem nos.
– To mnie właśnie denerwuje. Że jeszcze się wstawiasz za tą całą zgrają twojego antykwariusza. Ta stara ciota mogłaby się już nieco ustatkować.
Julia potrząsnęła zaciśniętą pięścią przed nosem przyjaciółki.
– Daj mu spokój. Wiesz dobrze, że Cesar to święty człowiek.
– Wiem, wiem. Ciągle nic, tylko Cesar to, tamto, siamto, od kiedy cię znam… – popatrzyła udręczona na obraz Sergia. – Powinniście oboje iść do psychoanalityka i zabić mu klina. Już was widzę razem na kozetce, jak nawijacie mu tę freudowską gadkę: “Widzi pan, panie doktorze, od dzieciństwa nie chciałam posuwać się z ojcem, wolałam tańczyć walca z antykwariuszem. Który notabene jest pędzlem, ale mnie uwielbia…” Zwątpiłby, dzidzia.
Julia patrzyła na przyjaciółkę, ale nie zdobyła się nawet na uśmiech.
– Jesteś bezczelna… Przecież wiesz, na czym polega nasza przyjaźń.
– A kto was tam wie…
– Idź do diabła. Wiesz aż za dobrze… – zamilkła i prychnęła, wściekła na samą siebie. – To jakiś absurd. Za każdym razem, kiedy mówisz o Cesarze, zaczynam się usprawiedliwiać.
– Bo jest w was coś nienormalnego. Przypomnij sobie, nawet jak byłaś z Alvarem…
– Zostaw Alvara. Zajmij się swoim Maxem.
– Mój Max przynajmniej daje mi to, czego mi trzeba… No właśnie, a co z tym szachistą, którego wyciągnęliście z kapelusza? Marzyłabym, żeby rzucić na niego okiem.
– Na Muńoza? – teraz Julia nie mogła powstrzymać uśmiechu. – Oj, rozczarowałby cię. Nie jest w twoim typie… Ani w moim – zamyśliła się. Nigdy nie sądziła, że będzie go musiała opisać. – Wygląda jak urzędnik z czarno-białych filmów.
– Ale van Huysa ci rozwiązał – Menchu zamrugała szelmowsko z szacunku dla szachisty. – Jakieś zdolności posiada.
– Na swój sposób potrafi być bardzo inteligentny… Ale nie zawsze. Czasem patrzysz i widzisz, że jest bardzo pewny siebie, że rozumuje jak maszyna, i nagle dosłownie gaśnie w oczach. Wtedy dostrzegasz wytarty kołnierzyk koszuli, prostackie rysy i podejrzewasz, że na pewno jedzie mu ze skarpetek.
– Żonę ma?
Julia wzruszyła ramionami. Patrzyła w dal, gdzieś poza wystawione w oknie obrazy i zdobne ceramiki.
– Nie wiem. Nie należy do tych, co ci się zwierzają – zastanowiła się nad własnymi słowami, bo zdała sobie sprawę, że to pytanie nie przyszło jej nawet do głowy. Muńoz interesował ją nie jako istota ludzka, lecz jako ktoś, kto przyda się przy rozwiązywaniu zagadki. Dopiero poprzedniego dnia, na krótko przedtem, nim znalazła fiszkę w domofonie, nim mieli pożegnać się na zawsze, zdołała co nieco poznać jego życie wewnętrzne. – Przypuszczam, że raczej ma żonę. Albo miał… Nosi jakieś rany, które tylko my, kobiety, potrafimy zadać.
– A co Cesar na niego?
– W porządku. Pewnie go trochę śmieszy. Cesar odnosi się do Muńoza z wielką galanterią, czasem podszytą ironią… Na przykład kiedy Muńoz w błyskotliwy sposób objaśnia jakieś posunięcie szachowe, Cesara jakby kłuła zazdrość. Ale kiedy tamten odwraca oczy od szachownicy, od razu kapcanieje, a Cesar się uspokaja.
Przerwała zaskoczona. Ciągle spoglądała przez szybę na ulicę i właśnie zobaczyła po drugiej stronie, przy krawężniku, dziwnie znajomy samochód. Gdzieś go przedtem już widziała…
Nadjechał autobus i zasłonił zaparkowany wóz. Miała lęk wypisany na twarzy, co zaniepokoiło Menchu.
– Coś się dzieje?
Pokręciła niepewnie głową. Za autobusem pojawił się dostawczak i zatrzymał na światłach, więc trudno było stwierdzić, czy tamten samochód ciągle stoi. Ale widziała go na pewno. To był ford.
– Ej, co jest?
Menchu popatrywała to na nią, to na ulicę, nic nie rozumiejąc. Julia poczuła pustkę w żołądku, niemiłe wrażenie, które ostatnio zdołała poznać aż za dobrze. Stała nieruchoma i skupiona, jakby umiała wysiłkiem woli przeniknąć wzrokiem przez blachę ciężarówki i sprawdzić, czy samochód jeszcze tam jest. Niebieski ford.