Gwiezdny taniec [Stardance - pl]
- Автор: Робинсон Спайдер, Робинсон Джинн
- Серия: Gwiezdny taniec #1
- Год: 1986
- Язык: польский
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gwiezdny taniec [Stardance - pl]». Краткое содержание книги:
Powtórzyłem im, co powiedział mi przed tygodniem Wertheimer — że choreografujemy jak ludzie, ale nie tak samo jak ludzie.
— Przecież to klasyczna definicja „obcego” Johna Campbella — wtrącił z podnieceniem w głosie Raoul.
— Nasze dusze również się przystosowują — ciągnęła Linda. — Każdy z nas spędza każdy dzień swej pracy spoglądając w obnażone oblicze Boga. Jest to widok, który szczury lądowe mogą tylko symulować monumentalnymi katedrami i strzelistymi meczetami. Mamy większą perspektywę na rzeczywistość niż święty ze szczytu najwyższej góry na Ziemi. W kosmosie nie ma ateistów — a przy naszych bogach owłosieni miotacze piorunów i brodaci paranoicy z Ziemi wyglądają po prostu śmiesznie. Do diabła, Olimpu nie można było dostrzec już ze Studia, a co dopiero stąd.
— To prawda — przyznał Tom. — Na Skyfacu człowiek dobry w otwartym kosmosie był wart tyle miedzi, ile ważył, nawet jeśli marny był z niego pracownik. Nigdy tego nie rozumiałem.
— Ponieważ sam nim jesteś — powiedziała Linda.
— Kim? — spytał zirytowany.
— Człowiekiem Kosmosu — powiedziałem, robiąc przerwę, miedzy tymi słowami, aby podkreślić, że zaczynają się wielką literą. — Tym, który nastanie po Homo habilis i Homo sapiens. Jesteś człowiekiem przemierzającym kosmos. Nie wydaje mi się, by Rzymianie znali na to określenie, a więc najlepszą nazwą łacińską, jaką można ci nadać, będzie chyba Homo novus. Człowiek Nowy. Nowa istota.
Tom prychnął z rozdrażnieniem.
— Bardziej pasowałoby już Homo excastra.
— Nie, Tom — powiedziałem z naciskiem — mylisz się. Nie jesteśmy wyrzutkami. Możemy być dosłownie „poza obozem”, „poza fortecą”, ale określenie „banita” zupełnie do nas nie pasuje. A może żałujesz wyboru, jakiego dokonałeś?
Upłynęła dłuższa chwila, zanim odpowiedział,
— Nie. Nie, kosmos jest środowiskiem, w którym chce żyć. Nie czuje się wypędzony — uważam cały Układ Słoneczny za terytorium człowieka. Ale odnoszę wrażenie, jakbym utracił obywatelstwo największego na nim narodu.
— Tom — powiedziałem poważnie — zapewniam cię, że jest to coś diametralnie przeciwnego utracie czegokolwiek.
— No tak, przyznaje, świat wygląda dziś na zupełnie przegniły. Niewiele stracę.
— Nie zrozumiałeś mnie.
— To wytłumacz mi, co miałeś na myśli.
— Przed startem rozmawiałem o tym trochę z doktorem Panzellą. Jaka jest według ciebie normalna długość życia Człowieka Kosmosu?
Dwa razy zaczynał coś mówić, ale w końcu zrezygnował.
— Racja. Nie ma sensu zgadywać — to zupełnie nowa gra — powiedziałem. — My jesteśmy pierwsi. Pytałem o to Panzelle, a on mi powiedział, żebyśmy wracali jeśli umrze dwoje lub troje z nas. Wszyscy możemy umrzeć w przeciągu miesiąca na skutek zaburzeń w przemianie materii lub jeśli odciski przeniosą się nam na mózgi czy coś w tym rodzaju. Ale Panzellą sądzi, że stan nieważkości wydłuży nasze życie przynajmniej o czterdzieści łat. Spytałem go, skąd może być tego taki pewien, a on zaproponował mi zakład.
Wszyscy zaczęli mówić naraz, co nie wychodzi dobrze przez radio. Ostatnim, który zamilkł był Tom.
— … może spotkał się już z czymś takim? — skończył zakłopotany.
— Właśnie — powiedziałem. — Nie będziemy tego pewni, aż będzie za późno. Ale ta hipoteza ma swoje uzasadnienie. Serce jest mniej obciążone, złogi w żyłach zdają się tworzyć wolniej…
— A więc to nie kłopoty z sercem nas wykończą — zamyślił się Tom — zakładając, oczywiście, że drastyczne zmniejszenie wysiłku wyjdzie sercu na dobre. Ale to przecież tylko jeden z wielu organów.
— Zastanów się, Tom. Kosmos jest środowiskiem sterylnym. I przy rozsądnym korzystaniu z niego zawsze takim będzie. Twój system immunologiczny staje się tak samo zbyteczny jak piąte koło u wozu — a nie zdajesz sobie nawet sprawy ile energii pochłania zwalczanie przez twój organizm tysięcy wędrujących infekcji. Ta energia może być wykorzystywana na konserwacje i naprawy. A może nie dostrzegasz, że poziom twojej energii spada, gdy znajdziesz się na Ziemi?
— No tak — powiedział — ale to tylko…
— … grawitacja, chciałeś powiedzieć? Czy nie rozumiesz o co mi chodzi? Teraz jesteśmy zdrowsi psychicznie i fizycznie niż kiedykolwiek na Ziemi. Czy w kosmosie miałeś kiedyś katar? Kiedy ostatnio przeżywałeś głęboką depresje, przygnębienie? Jak to jest, że wszyscy niemal nie miewamy złych dni, chandry i takich tam sensacji? Do diabła, słowo depresja wiąże się ściśle z grawitacją. A samo słowo grawitacja okazuje się być synonimem ponuractwa. Jeśli można wymienić dwa czynniki, które przyspieszają twoją śmierć, to są to depresja i brak poczucia humoru.
Przypomniałem sobie swoje życie w l g z uszkodzoną nogą. Depresja i zanikające poczucie humoru. Wydało mi się to tak odległe w czasie. Czy naprawdę byłem kiedyś tak zrozpaczony?
— W każdym razie — ciągnąłem — Panzella twierdzi, że ludzie spędzający dużo czasu w stanie nieważkości — nawet ludzie przebywający długo na Księżycu, w jednej szóstej normalnego ciążenia, ci górnicy nie mogący powrócić na Ziemie — wykazują mniejszą skłonność do zapadania na choroby serca i płuc. I twierdzi on również, że występuje u nich mniejsza, niż to wynika z normy statystycznej podatność na wszelkiego rodzaju nowotwory.
— Nawet przy podwyższonych poziomach promieniowania? — spytał sceptycznie Tom. — Podczas każdego wybuchu na Słońcu widzimy wszyscy przez jakiś czas zielone cętki, bo nasze gałki oczne atakuje dodatkowe promieniowanie i to bez względu na to czy znajdujemy się akurat w pomieszczeniu zamkniętym, czy w otwartej przestrzeni.
— Tak — zgodziłem się z nim. — Wyjście spod koca atmosfery było największym ryzykiem dla zdrowia, jakie ponieśliśmy wyruszając w kosmos — ale wygląda na to, że się opłaciło. Wydawało się, że przebywanie w otwartym kosmosie będzie grozić nabawieniem się choroby nowotworowej, ale na razie nic na to nie wskazuje. Nie pytajcie mnie dlaczego. A mniejsze kłopoty z płucami wynikają z oczywistych przyczyn — oddychamy prawdziwym powietrzem. Do diabła, gdybyś dysponował wszystkimi pieniędzmi, jakie wydrukowano dotąd na Ziemi, nie mógłbyś kupić za nie zdrowszego, bardziej odpowiadającego ci środowiska.
— To prawie tak, jakby życie w kosmosie było nam przeznaczone — powiedziała ze zdziwieniem Linda.
— W porządku — krzyknął ze złością Tom. — W porządku, poddaje się. Zakrzyczeliście mnie. Wszyscy dociągniemy do stu dwudziestu lat. Zakładając, że obcy nie zdecydują, że jesteśmy smaczni. Ale nadal twierdze, że z tym „nowym gatunkiem”, to nonsens, błąd w rozumowaniu, niania wielkości. Po pierwsze nie ma żadnej gwarancji, że będziemy się prawidłowo rozmnażali — albo jak podkreślił Charlie, że w ogóle będziemy się rozmnażali. Ale co ważniejsze: Homo novus jest .gatunkiem bez naturalnego środowiska ! Nie jesteśmy samowystarczalni, przyjaciele! Jesteśmy całkowicie uzależnieni od Homo sapiens tak długo aż nauczymy siejami wytwarzać dla siebie powietrze, wodę, pożywienie, metale, tworzywa sztuczne, narzędzia, kamery,.. O ile kiedykolwiek to nastąpi.
— Co się tak wściekasz? — spytał Harry.
— Wcale się nie wściekam! — wrzasnął Tom.
Rozproszyliśmy się wtedy wszyscy, ale Tom był na tyle przyzwoity, żeby po chwili do nas dołączyć.
— No dobrze — powiedział — jestem zły. Naprawdę nie wiem dlaczego. Lindo, masz na to jakąś radę?
— No cóż — powiedziała w zamyśleniu — pojęcia „złość” i „strach” stają się niemal synonimami.