Gwiezdny taniec [Stardance - pl]
- Автор: Робинсон Спайдер, Робинсон Джинн
- Серия: Gwiezdny taniec #1
- Год: 1986
- Язык: польский
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gwiezdny taniec [Stardance - pl]». Краткое содержание книги:
— Tak, dobrze nakreśliłeś jego sylwetkę — zgodziła się. — Ale muszę trochę dodać do twego opisu. Jest uprzejmy aż do przesady. Jest filozofem o niewiarygodnej zdolności postrzegania i przenikliwości. I jest twardy jak skała. Głód, brak snu, niebezpieczeństwo — nic z tych rzeczy nie wpłynie w zauważalny sposób na raz obraną przez niego linie postępowania ani na jego poglądy. Jednak zauważyłam, że jego umysł jest dość otwarty na zmiany. Sądzę, że mógłby być mężem stanu z prawdziwego zdarzenia. — Urwała, wzięła głęboki oddech i dokończyła: — Ale też nie wydaje mi się żebym mu ufała. Jak dotychczas.
— Tak — powiedział Tom. — Kwestią otwartą pozostaje czy jest on mężem stanu dla całej ludzkości? Okay, a więc pozostał nam mój podopieczny. Bez względu na to, co jeszcze możecie powiedzieć o pozostałych, to oni prawdopodobnie są tylko pracującymi w polityce. Sheldon Silverman jest politykiem. Piastował już niemal wszystkie stanowiska wybieralne z wyjątkiem prezydenta i wiceprezydenta. Jeśli byłby na tyle głupi, żeby tego chcieć, to tym ostatnim mógł już być wiele razy. Prezydentury nie zdobył tylko przez pewne niewiarygodnie subtelne błędy. Sądzę, że miejsce w tej wyprawie kupił sobie lub załatwił za łapówkę, traktując ją jako swoją ostatnią szansę na zasłużenie sobie na stronice, w podręcznikach historii. Sądzę, że dlatego, iż posiada amerykańskie obywatelstwo widzi siebie na czele delegacji. Gardzę nim. Jeśli o mnie chodzi, to Wertheimer traci za niego ten plus, który zarobił sobie wybierając DeLaTorre. — Zamilkł nagle.
— Sądzę, że na twoją opinie o nim ma wpływ jego przeszłość — powiedziała Linda.
— Masz rację — przyznał.
— No cóż — jest stary. Niektórzy starzy ludzie zmieniają się czasem zupełnie radykalnie. Nieważkość mocno nad nim pracuje; poczekamy, zobaczymy. Powinniśmy go kiedyś wyprowadzić w otwarty kosmos.
— Harry, Raoul — powiedziałem. — Wy zajmowaliście się Siłami Kosmicznymi. — Oczywiście głos zabrał Raouclass="underline"
— Coxa wszyscy znamy albo przynajmniej słyszeliśmy o nim. Pozwoliłbym mu potrzymać ostatnią butle powietrza, sam mając przeciek. Jego zastępczyni jest typem dawnego oficera naukowego NASA.
— Herod — baba — wtrącił Harry. Raoul zachichotał.
— Wiesz, że masz rację? Susan Pha Song będąc dzieckiem straciła podczas wojny wietnamskiej oboje rodziców i wychowywała ją ciotka. Nie pała wielkim sentymentem do Ameryki. Fizyczka. Żołnierz w każdym calu, spuściłaby bombę atomową na Wietnam i zarzuciła płatkami róży Waszyngton — jeśli dostałaby taki rozkaz. Nie lubi ani muzyki, ani tańca. Oraz mnie i Harry’ego.
— Będzie się ściśle stosowała do rozkazów — zapewnił Harry
— Tak. Na pewno. Jest świeżo upieczonym pułkownikiem i w przypadku śmierci Komandora Coxa dowództwo przechodzi na nią, potem przypuszczalnie na Dmirow. Ma licencje pilota. Jest kosmicznym dziwolągiem.
— Jeżeli o mnie chodzi — powiedziałem — to wysiadam gdy do tego dojdzie.
— Chen Ten Li ma pistolet — odezwała się nagle Linda.
— Co? — wykrzyknęło pięć głosów naraz.
— Jaki? — spytał Harry.
— Och, nie wiem. Mały, ręczny pistolet. Taki bardziej kwadratowy. Nie ma długiej lufy.
— W jakich okolicznościach go zauważyłaś? — spytałem.
— Efekt „jasia w pudełku”. Za późno się zorientował.
Efekt „jasia w pudełku” jest jedną z klasycznych niespodzianek stanu nieważkości, możliwą do przewidzenia, ale zaskakującą i ma z nią do czynienia prawie każdy nowicjusz. Każda otwierana szafka, pojemnik czy szuflada wypluwa na otwierającego swą zawartość — o ile nie pomyślało się o umocowaniu tej zawartości na miejscu. Praktyczne możliwości robienia kawałów są niemal niewyczerpywalne. Ale to mi śmierdziało.
— Co o tym sądzisz, Tom?
— Hę?
— Jeśli Chen Ten Li był jednym z głównych orędowników inteligentnego wykorzystania przestrzeni kosmicznej, to czy mógł nie wiedzieć o „jasiu w pudełku”?
— Hmmm. Może i mógł — powiedział w zamyśleniu Tom. — Li jest jednym z tych paradoksów — coś jak odmawiający latania Isaac Asimov. Pomimo całego zrozumienia dla problemów kosmosu, dopiero teraz oddalił się od swej planety na odległość większą, niż jest to możliwe na pokładzie pasażerskiego odrzutowca. W duszy jest szczurem lądowym.
— A jednak — zaoponowałem — „jaś w pudełku” jest standardową, turystyczną anegdotą. Żeby się o tym dowiedzieć wystarczy porozmawiać z jednym z powracających z kosmosu wycieczkowiczów.
— Nie wiem jak wy — wtrącił Raoul — ale ja dysponowałem dużą wiedzą teoretyczną o stanie nieważkości, a jednak po znalezieniu się tutaj popełniłem wiele błędów. Poza tym, jaki cel mógłby mieć Li w pokazywaniu Lindzie, że ma pistolet?
— To mnie właśnie zastanawia — przyznałem. — Na poczekaniu mogę wymienić dwa, albo i trzy powody — i wszystkie sugerują albo wielką niezręczność, albo wielką przebiegłość. Nie wiem, co bym wolał. No nic… czy ktoś jeszcze widział coś podejrzanego?
— Ja nic nie widziałam — powiedziała z namysłem Norrey — ale nie zdziwiłabym się, gdyby również Ludmiła miała jakąś broń.
— Kto jeszcze?
Nikt nie odpowiedział, ale widzieliśmy, że każdy z dyplomatów zabrał ze sobą pokaźne ilości niekontrolowanych bagaży.
— Okay. A więc sytuacja wygląda następująco: utknęliśmy w tunelu metra z szefami trzech rywalizujących ze sobą gangów, dwojgiem glin i jednym miłym staruszkiem. Jest to jeden z tych nielicznych momentów, kiedy jestem rad, że oczy świata są zwrócone na nas.
— O wiele więcej niż tylko oczy świata — poprawiła mnie przytomnie Linda.
— Będzie dobrze — powiedział Raoul. — Pamiętajcie, głównym zadaniem naszych dyplomatów jest niedopuszczenie do zbrojnego konfliktu. Jeśli dojdzie do konfrontacji będą solidarni. Większość z nich jest może szowinistami — ale przypuszczam, że wszyscy są szowinistami ludzkości.
— I o to mi właśnie chodzi — powiedziała Linda. — Ich i nasze interesy wcale nie muszą być zbieżne.
— Co chciałaś przez to powiedzieć, kochanie? Czy my nie jesteśmy ludźmi? — spytał Tom.
— A jesteśmy?
— A jakże by inaczej! — obruszył się Tom. — Ludzie pozostają ludźmi niezależnie od tego czy pływają, czy unoszą się w próżni.
— Jesteś tego pewien? — spytała cicho Linda. — Różnimy się od naszych współbraci, różnimy się w podstawowych względach. Nie chodzi mi tylko o to, że możemy nigdy nie powrócić i nie spotkać się z nimi. Mam na myśli różnice duchowe, psychologiczne. Im dłużej pozostajemy w kosmosie, tym bardziej zmienia się nasz sposób myślenia — nasze mózgi przystosowują się tak samo, jak nasze ciała.