Miasto i miasto [The City & The City - pl]
- Автор: Мьевилль Чайна
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 978-83-7506-556-5
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Miasto i miasto [The City & The City - pl]». Краткое содержание книги:
Gdy w ponurym, chylącym się ku upadkowi mieście Besźel położonym gdzieś na skraju Europy znaleziono ciało zamordowanej kobiety, wydawało się, że inspektora Tyadora Borlú z Brygady Najpoważniejszych Zbrodni czeka kolejna rutynowa sprawa. W miarę postępów śledztwa Borlú odkrywa jednak dowody wskazujące na spiski znacznie dziwniejsze i groźniejsze niż wszystko, co mógłby sobie wyobrazić. Wkrótce inspektorowi i bliskim mu ludziom zaczyna grozić niebezpieczeostwo. Borlú musi przekroczyć granicę niepodobną do żadnej innej i wyruszyć do jedynego miasta na Ziemi, które jest równie dziwne jak to, w którym mieszka…
Powieść nagrodzona „Arthur C. Clarke Award 2010” oraz „Hugo Award 2010”.
Kilka metrów od wejścia do herbaciarni był kiosk z papierosami. Nawet nie zauważyłem, że się na niego gapię.
— Nie za bardzo. A właściwie to tak. Z ciekawości. Nie paliłem ulqomańskich papierosów. Chyba nigdy w życiu.
— Zaczekaj.
— Nie, nie wstawaj. Właściwie to rzuciłem palenie.
— Och, daj spokój, to coś jakby etnografia, nie jesteś w domu… Przepraszam, już nie będę. Nie znoszę ludzi, którzy to robią.
— To znaczy co?
— Wciskają różne rzeczy ludziom, którzy się odzwyczaili. A przecież nawet nie palę. — Roześmiał się i pociągnął łyk herbaty. — W przeciwnym razie można by to wytłumaczyć, że jestem na ciebie wkurwiony, bo zdołałeś zerwać z nałogiem. Chyba wkurzasz mnie bez powodu, bo jestem wrednym skurczybykiem.
Znowu się roześmiał.
— Posłuchaj, przepraszam, że, no wiesz, tak się wtrącam…
— Myślę, że po prostu potrzebujemy protokołów. Nie chcę, żebyś pomyślał…
— Rozumiem.
— Dobra, nie ma się czym przejmować. To może ja pogadam z następnym? — zapytał.
Obserwowałem Ul Qomę. Pogoda była zbyt pochmurna na taki ziąb.
— Mówisz, że ten Tsueh ma alibi?
— Ehe. Sprawdzili to dla mnie. Większość tych ochroniarzy jest żonata i żony za nich poręczyły. Wiem, że to gówno warte, ale nie znaleźliśmy żadnych związków między którymś z nich a ofiarą. Najwyżej kłaniali się sobie na korytarzu. Tsueh naprawdę pił tej nocy ze studentami. Jest wystarczająco młody, by się z nimi fraternizować.
— To dogodne. I nietypowe.
— Jasne. Ale nic go nie łączy z tą sprawą. Chłopak ma dziewiętnaście lat. Opowiedz mi o furgonetce. — Powtórzyłem raz jeszcze całą historię. — Światło, czy będę musiał pojechać z tobą do was? — zapytał. — Wygląda na to, że szukamy besźanina.
— Ktoś z Besźel przeprowadził samochód przez granicę, ale wiemy, że zbrodnię popełniono w Ul Qomie. Jeśli nie było tak, że sprawca ją zamordował, a potem popędził do Besźel, ukradł furgonetkę, wrócił, załadował ciało i przewiózł je do Besźel, a moglibyśmy też zapytać, dlaczego porzucił je akurat tam, jeśli więc wykluczymy tę możliwość, musiał zadzwonić za granicę i poprosić o przysługę. To znaczy, że sprawców jest dwóch.
— Mógł przekroczyć.
Poruszyłem się nerwowo.
— Ehe — przyznałem. — To niewykluczone. Ale wszystko wskazuje na to, że zadał sobie sporo trudu, by uniknąć przekroczenia. I zawiadomić nas o tym.
— Ten sławetny film. To ciekawe, że znalazł się akurat w takiej chwili…
Popatrzyłem na Dhatta, ale nie wyczytałem w jego twarzy oznak drwiny.
— Nie sądzisz?
— Och, daj spokój, Borlú, dziwi cię to? Ten, kto to zrobił, był wystarczająco bystry, by wiedzieć, że z granicami trzeba uważać. Dlatego zadzwonił do kumpla po waszej stronie, a teraz robi w portki ze strachu, że dorwie go Przekroczeniówka. A to byłoby niesprawiedliwe. Dlatego znalazł sobie małego pomocnika w Hali Łącznikowej albo w Wydziale Ruchu czy czymś w tym rodzaju, a ten przekazał wiadomość, o której godzinie furgonetka przekroczyła granicę. W końcu besźańscy urzędnicy raczej nie są nieskazitelni.
— Z pewnością.
— Sam widzisz. Od razu masz weselszą minę. — Jego sugestia znaczyłaby, że mamy do czynienia ze spiskiem zakrojonym na mniejszą skalę niż w innych rysujących się na horyzoncie teoriach. Ktoś wiedział, jakich furgonetek szukać. Ktoś sprawdził całą kupę nagrań. Co jeszcze? W tak pogodny, choć mroźny dzień, gdy kolory Ul Qomy blakły od zimna, zmieniając się w bardziej codzienne odcienie, dopatrywanie się w każdym kącie Orciny wydawało się absurdem. — Zacznijmy od początku — ciągnął Dhatt. — Nic nie osiągniemy, próbując wytropić kierowcę tej pierdolonej furgonetki. Mam nadzieję, że wasi ludzie nad tym pracują. My nie mamy nic poza opisem pojazdu, a kto w Ul Qomie przyzna, że w ogóle zauważył besźańską furgonetkę, nawet jeśli miała pozwolenie na wjazd? Dlatego cofnijmy się do punktu wyjścia. Co naprowadziło cię na ślad? — Przyjrzałem mu się z uwagą, zastanawiając się nad biegiem wydarzeń. — Kiedy ofiara przestała być Nieznanym Ciałem Numer Jeden? Od czego to się zaczęło?
W hotelu zostawiłem notatki z rozmowy z państwem Geary. Ich adres e-mailowy i numer telefoniczny miałem w notesie. Nie zabrali ze sobą ciała córki i nie mogli po nie wrócić. Mahalia Geary leżała w lodówce i czekała. Można powiedzieć, że na mnie.
— Od telefonu.
— Tak? Od informatora?
— W pewnym sensie. Ten telefon doprowadził mnie do Drodina.
Zauważyłem, że Dhatt przypomina sobie akta, w których opisano to inaczej.
— Co ty… Kto to był?
— Na tym właśnie polega problem… — przerwałem na dłuższą chwilę. Spojrzałem na blat i zacząłem rysować palcem w rozlanej herbacie. — Nie jestem pewien, jak to… To był telefon stąd.
— Z Ul Qomy? — Skinąłem głową. — Jak to, kurwa? Od kogo?
— Nie przedstawił mi się.
— Dlaczego zadzwonił?
— Widział nasze plakaty. Tak. Nasze plakaty rozlepione w Besźel.
Dhatt pochylił się nad blatem.
— Nie pierdol. Kto to był?
— Zdajesz sobie sprawę, że to stawia mnie…
— Pewnie, że tak. — Był skupiony i mówił szybko. — Pewnie, że tak. Daj spokój, jesteś policjantem, chyba nie myślisz, że cię zakapuję? To zostanie między nami. Kto to był?
To nie była drobna sprawa. Jeśli byłem współwinny przekroczenia, on stanie się wspólnikiem współwinnego. Nie sprawiał jednak wrażenia, by się tym przejmował.
— Myślę, że to był unif. No wiesz, unifikacjonista.
— Tak powiedział?
— Nie. Chodzi o to, co mówił i jakich sformułowań używał. Wiedziałem, że to całkowicie poufna rozmowa, ale w ten sposób trafiłem na właściwy ślad… Co jest?
Dhatt wyprostował się na krześle. Bębnił teraz palcami szybciej i nie patrzył na mnie.
— Kurwa, wreszcie coś mamy. Nie potrafię uwierzyć, że wcześniej o tym nie wspomniałeś.
— Spokojnie, Dhatt.
— Dobra, potrafię… no wiesz, rozumiem, w jakiej sytuacji cię to stawia.
— Nie mam pojęcia, kto to był.
— Mamy jeszcze czas. Może uda się nam przekazać sprawę i wyjaśnić, że po prostu trochę się spóźniłeś…
— Co chcesz przekazać? Nic nie mamy.
— Mamy skurwysyńskiego unifa, który coś wie. Ruszajmy.
Wstał, pobrzękując kluczykami samochodu.
— Dokąd chcesz jechać?
— Pora wziąć się do pieprzonej roboty!
— No jasne, niech to szlag — mruknął Dhatt, pędząc na sygnale przez ulice Ul Qomy. Zakręcał co chwila, wrzeszcząc na umykających mu z drogi ulqomańskich obywateli, omijał bez słowa besźańskich pieszych i samochody. Na jego twarzy malował się nieokreślony lęk przed międzynarodowym incydentem. Gdybyśmy teraz przejechali besźanina, czekałby nas biurokratyczny koszmar. Przekroczenie nie pomogłoby nam nawet w najmniejszym stopniu.
— Yari, mówi Dhatt — zawołał do komórki. — Wiesz, gdzie może teraz być kwatera główna unifów? Świetnie, dziękuję. — Zamknął klapkę. — Wygląda na to, że coś mamy. Wiedziałem, że gadałeś z besźańskimi unifami. Czytałem twój raport. Ależ ze mnie dureń — walnął się dwa razy w czoło otwartą dłonią — że nie przyszło mi do głowy pogadać z miejscowymi, mimo że te skurwysyny, akurat te bardziej niż jakiekolwiek inne, a skurwysynów u nas, Tyad, nie brakuje, wszystkie ze sobą rozmawiają. Wiem, gdzie można ich spotkać.