Miasto i miasto [The City & The City - pl]
- Автор: Мьевилль Чайна
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 978-83-7506-556-5
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Miasto i miasto [The City & The City - pl]». Краткое содержание книги:
Gdy w ponurym, chylącym się ku upadkowi mieście Besźel położonym gdzieś na skraju Europy znaleziono ciało zamordowanej kobiety, wydawało się, że inspektora Tyadora Borlú z Brygady Najpoważniejszych Zbrodni czeka kolejna rutynowa sprawa. W miarę postępów śledztwa Borlú odkrywa jednak dowody wskazujące na spiski znacznie dziwniejsze i groźniejsze niż wszystko, co mógłby sobie wyobrazić. Wkrótce inspektorowi i bliskim mu ludziom zaczyna grozić niebezpieczeostwo. Borlú musi przekroczyć granicę niepodobną do żadnej innej i wyruszyć do jedynego miasta na Ziemi, które jest równie dziwne jak to, w którym mieszka…
Powieść nagrodzona „Arthur C. Clarke Award 2010” oraz „Hugo Award 2010”.
W nocy, gdy byłem daleko, mogłem zajrzeć na teren parku, ale z bliska płot zasłaniał widok. Z zewnątrz strzegła go militsya, a od środka ochroniarze. Odznaka Dhatta pozwoliła nam bezzwłocznie wejść na teren małego kompleksu złożonego z prowizorycznych budynków. Miałem listę wykładowców i studentów. Najpierw poszliśmy do gabinetu Bernarda Rochambeaux. Profesor był żylastym mężczyzną około piętnastu lat starszym ode mnie. Mówił po illitańsku z silnym quebeckim akcentem.
— Wszyscy jesteśmy zdruzgotani — oznajmił nam. — Rozumiecie, panowie, nie znałem tej dziewczyny osobiście. Znam tylko opinie o niej. I czasami widywałem ją w klubie. — Jego gabinet mieścił się w przenośnym baraku, na prowizorycznych półkach stały książki i teczki z papierami, a na ścianie wisiały zdjęcia profesora zrobione na różnych wykopaliskach. Z zewnątrz dobiegały głosy przechodzących obok młodych ludzi. — Oczywiście udzielimy wam wszelkiej możliwej pomocy. Nie znam blisko zbyt wielu studentów. Mam w tej chwili trójkę doktorantów, jeden jest w Kanadzie, a pozostała dwójka powinna być tam. — Wskazał na największy wykop. — Ich znam.
— A co z Yolandą Rodriguez? — Popatrzył na mnie z brakiem zrozumienia. — Czy ona była jedną z pańskich studentek? Zna ją pan?
— Nie, nie była jedną z tych trojga, inspektorze. Obawiam się, że nie mogę wam powiedzieć zbyt wiele. Czy… ona zaginęła?
— Tak. Co pan o niej wie?
— O mój Boże. Zaginęła? Nic o niej nie wiem. O Mahalii Geary oczywiście słyszałem, ale nigdy nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa poza uroczystym powitaniem studentów przed kilkoma miesiącami.
— To było trochę dawniej — poprawił go Dhatt. Rochambeaux popatrzył na niego ze zdziwieniem.
— Sam pan widzi, jak trudno jest śledzić bieg czasu. Naprawdę? Wszystko, co mógłbym wam o niej powiedzieć, z pewnością już wiecie. Jej promotorka z pewnością będzie dla was bardziej użyteczna. Rozmawialiście już z Isabelle?
Kazał sekretarce wydrukować listę wykładowców i studentów. Nie powiedziałem mu, że już taką mamy. Dhatt nie podał mi kartki, dlatego wziąłem ją sobie sam. Sądząc po nazwiskach, pracowało tu dwóch ulqomańskich archeologów, zgodnie z wymogami prawa.
— Ma alibi na czas zabójstwa Geary — poinformował mnie Dhatt, kiedy wyszliśmy. — Jako jeden z nielicznych. — No wiesz, to była późna noc, więc jeśli chodzi o alibi, większość ma przesrane. On akurat miał wtedy telekonferencję z kolegą po fachu z niedogodnej strefy czasowej. Sprawdziliśmy to.
Gdy szukaliśmy gabinetu Isabelle Nancy, ktoś zawołał mnie po nazwisku. Szczupły, sześćdziesięcioparoletni, siwobrody mężczyzna w okularach biegł ku nam między prowizorycznymi barakami.
— Inspektor Borlú? — zapytał. Zerknął na Dhatta, ale zobaczył ulqomańskie insygnia i przeniósł spojrzenie z powrotem na mnie. — Słyszałem, że może się pan tu zjawić. Cieszę się, że udało mi się pana złapać. Jestem David Bowden.
— Miło mi pana poznać, profesorze Bowden. — Uścisnąłem mu dłoń. — Właśnie czytam pana książkę.
Potrząsnął głową z wyraźnie niezadowoloną miną.
— Jak rozumiem, mówi pan o pierwszej. O drugiej nikt nigdy nie wspomina. — Wypuścił moją dłoń. — Mogą pana za to aresztować.
Dhatt obrzucił mnie zdziwionym spojrzeniem.
— Gdzie jest pański gabinet, profesorze? — zapytał. — Jestem starszy detektyw Dhatt. Chciałbym z panem porozmawiać.
— Nie mam gabinetu, starszy detektywie. Spędzam tu tylko jeden dzień w tygodniu. I nie jestem profesorem, tylko zwykłym doktorem. Zresztą wystarczy David.
— Jak długo dziś pan tu będzie, doktorze? — zapytałem. — Czy moglibyśmy zamienić z panem słówko?
— Oczywiście, inspektorze, jeśli tylko zechcecie, ale, jak już mówiłem, nie mam gabinetu. Na ogół spotykam się ze studentami we własnym mieszkaniu. — Podał mi wizytówkę. Gdy Dhatt uniósł brwi, wyciągnął drugą dla niego. — Jest tam mój numer. Jeśli chcecie, mogę tu zaczekać. Zapewne znajdziemy jakieś miejsce na rozmowę.
— To znaczy, że nie przybył pan tu specjalnie po to, by spotkać się z nami?
— Nie, to przypadek. Właściwie nie powinno mnie tu dziś być. Moja doktorantka wczoraj się nie zjawiła i pomyślałem, że może znajdę ją tu dzisiaj.
— Pana doktorantka?
— Tak. Pozwalają mi tylko na jedną — wyjaśnił z uśmiechem. — Dlatego nie potrzebuję gabinetu.
— A jak się ona nazywa?
— Yolanda. Yolanda Rodriguez.
Był przerażony, kiedy mu oznajmiliśmy, że jej nie znajdzie. Zająknął się, próbując coś powiedzieć.
— Zniknęła? Po tym co się przydarzyło Mahalii, teraz jeszcze Yolanda? O mój Boże. Czy prowadzicie…
— Zajęliśmy się tą sprawą — przerwał mu Dhatt. — Proszę nie wyciągać pochopnych wniosków.
Bowden wyraźnie był wstrząśnięty. Jego koledzy reagowali podobnie. Rozmawialiśmy kolejno z czworgiem uczonych obecnych na miejscu, w tym również z Thau’tim, starszym z dwóch uczestniczących w wykopaliskach ulqoman. Był młodym, małomównym mężczyzną. Tylko Isabelle Nancy, wysoka, dobrze ubrana kobieta nosząca dwie pary różnych okularów zawieszone na łańcuszkach na szyi, słyszała o zniknięciu Yolandy.
— Cieszę się, że panów poznałam, inspektorze i starszy detektywie. — Uścisnęła nam dłonie. Czytałem przedtem jej zeznania. Twierdziła, że w chwili śmierci Mahalii była w domu, ale nie potrafiła tego udowodnić. — Zrobię, co w mojej mocy, żeby wam pomóc — powtarzała co chwila.
— Niech nam pani opowie o Mahalii. Mam wrażenie, że wszyscy ją tu znali, oprócz pani szefa.
— Ostatnio trochę mniej. Kiedyś, być może. Czy Rochambeaux powiedział, że jej nie znał? Trochę… minął się z prawdą. Niektórych nieźle poirytowała.
— Na tej konferencji w Besźel — wtrąciłem.
— Zgadza się. Był na niej. Większość z nas była. Ja, David, Marcus, Asina. Zresztą Mahalia wywoływała awantury też na innych konferencjach, pytała o dissensi, o Przekroczeniówkę i inne takie rzeczy. To właściwie nie jest zabronione, ale trochę wulgarne, rozumiecie panowie? Takie rzeczy słyszy się w hollywoodzkich filmach, a nie z ust prawdziwych badaczy zajmujących się Ul Qomą, przedrozłamową historią, a nawet Besźel. Można było zobaczyć, że ważne szychy przychodzące na otwarte wykłady, ceremonie i tak dalej, robią się nagle ostrożne. A potem zaczęła bredzić o Orciny. David rzecz jasna był załamany. Uniwersytet okrył się wstydem i omal jej nie wyrzucili. Niektórzy besźańscy politycy narobili mnóstwo krzyku.
— Ale jakoś się wybroniła? — zapytał Dhatt.
— Ludzie chyba doszli do wniosku, że jest jeszcze młoda. Ktoś na pewno przemówił jej do rozsądku, bo wyraźnie się uspokoiła. Myślę, że ulqomańscy dygnitarze, którzy tam się zjawili, podzielali oburzenie swych besźańskich odpowiedników. Kiedy się dowiedziałam, że ma u nas robić doktorat, zdziwiłam się, że ją wpuścili. Najwyraźniej jednak wyrosła już ze swych ekscentrycznych poglądów. Składałam już zeznania w tej sprawie. Powiedzcie, czy wiecie, co się stało z Yolandą?
Dhatt i ja popatrzyliśmy na siebie.
— Nawet nie jesteśmy pewni, czy w ogóle coś się stało — odpowiedział starszy detektyw. — Badamy sprawę.
— To zapewne nic — powtórzyła kilka razy. — Ale z reguły zawsze ją tu widuję, a teraz nie zjawiła się już od kilku dni. Dlatego… chyba już wspominałam, że Mahalia zniknęła jakiś czas przed tym, nim ją znaleziono?
— Znały się z Mahalią? — zapytałem.
— Były najlepszymi przyjaciółkami.