Miasto i miasto [The City & The City - pl]
- Автор: Мьевилль Чайна
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 978-83-7506-556-5
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Miasto i miasto [The City & The City - pl]». Краткое содержание книги:
Gdy w ponurym, chylącym się ku upadkowi mieście Besźel położonym gdzieś na skraju Europy znaleziono ciało zamordowanej kobiety, wydawało się, że inspektora Tyadora Borlú z Brygady Najpoważniejszych Zbrodni czeka kolejna rutynowa sprawa. W miarę postępów śledztwa Borlú odkrywa jednak dowody wskazujące na spiski znacznie dziwniejsze i groźniejsze niż wszystko, co mógłby sobie wyobrazić. Wkrótce inspektorowi i bliskim mu ludziom zaczyna grozić niebezpieczeostwo. Borlú musi przekroczyć granicę niepodobną do żadnej innej i wyruszyć do jedynego miasta na Ziemi, które jest równie dziwne jak to, w którym mieszka…
Powieść nagrodzona „Arthur C. Clarke Award 2010” oraz „Hugo Award 2010”.
Wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
— Kto to był? — zapytałem chłopaka.
— Doktor UlHuan — wyjaśnił. Czyli drugi z pracujących tu ulqoman. — Znajdziecie winnego? — Mógłbym mu odpowiedzieć zwyczajowymi, pustymi frazesami, ale miał zbyt zrozpaczoną minę. Gapił się na mnie, przygryzając wargę. — Proszę.
— Dlaczego wspomniał pan o Orciny? — zapytałem po chwili.
— Chciałem… — Potrząsnął głową. — Nie wiem. Rozumie pan, ciągle o tym myślę. To niepokojące. Wiem, że to głupota, ale Mahalia zaangażowała się w tę sprawę po szyję, a teraz Yolanda poszła w jej ślady… No wie pan, robiliśmy sobie z niej jaja z tego powodu… — Opuścił wzrok i osłonił oczy dłonią, jakby nie miał siły mrugnąć. — To ja zadzwoniłem do was w sprawie Yolandy. Kiedy nie mogłem jej znaleźć. Nie wiem dlaczego. Sam się temu dziwię.
Nie miał już nic więcej do powiedzenia.
— Coś mamy — powiedział Dhatt. Prowadził mnie chodnikami biegnącymi między barakami ku wyjściu z Bol Ye’an, przerzucając liczne notatki, wizytówki oraz numery telefonów zapisane na skrawkach papieru. — Nie wiem, co, ale coś mamy. Być może. Niech to chuj.
— Dowiedziałeś się czegoś od UlHuana? — zapytałem.
— Słucham? Nie. — Zerknął na mnie. — Potwierdził większość tego, co powiedziała Nancy.
— Wiesz, o jakiej ciekawej sprawie nic nie usłyszeliśmy? — zapytałem.
— Hę? Nie rozumiem — odparł Dhatt. — Naprawdę, Borlú — dodał, gdy zbliżaliśmy się do bramy. — O co ci chodzi?
— To była grupa młodzieży z Kanady, zgadza się…
— W większości. Jeden Niemiec i jedna Jankeska.
— Czyli sami Europejczycy i Północni Amerykanie. Nie oszukujmy się. To może się nam wydawać nieco obraźliwe, ale obaj wiemy, jaka kwestia najbardziej fascynuje cudzoziemców przybywających do Besźel i Ul Qomy. Zauważ, że ani jedno z nich nie wspomniało o niej, w żadnym kontekście.
— O czym… — Dhatt przerwał. — Przekroczeniówka.
— Nikt z nich nawet się nie zająknął o Przekroczeniówce. Jakby się jej bali. Wiesz równie dobrze jak ja, że z reguły to pierwsza i jedyna rzecz, o której cudzoziemcy chcą się czegoś dowiedzieć. Co prawda, ci tutaj są lepiej zasymilowani niż większość ich rodaków, ale to i tak dziwne. — Pomachaliśmy rękami do strażników, by im podziękować za otworzenie bramy, a potem wyszliśmy na zewnątrz. Dhatt pokiwał z namysłem głową. — Gdyby ktoś, kogo znamy, nagle zniknął bez śladu, to jedna z pierwszych rzeczy, która przyszłaby nam na myśl, prawda? — ciągnąłem. — Nawet gdybyśmy bardzo chcieli uniknąć tej myśli. A co dopiero mówić o ludziach, dla których unikanie przekroczenia musi być znacznie trudniejsze niż dla nas.
— Panowie! — To był jeden z ochroniarzy, atletycznie zbudowany młodzieniec z irokezem jak u Davida Beckhama w środkowym okresie kariery. — Proszę panów! — Potruchtał ku nam. — Chciałem was o coś zapytać — wyjaśnił po chwili. — Prowadzicie śledztwo w sprawie Mahalii Geary, prawda? Chciałem się dowiedzieć… Chciałem się dowiedzieć, czy coś znaleźliście. Czy coś już macie? Czy mogli uciec?
— Dlaczego pan pyta? — odezwał się po chwili Dhatt. — Kim pan jest?
— Ja? Nikim, proszę pana. Ja tylko… To smutna, straszliwa sprawa i wszyscy, ja i reszta strażników, czujemy się okropnie z tego powodu i chcemy wiedzieć, kto to zrobił…
— Inspektor Borlú — przedstawiłem się. — Jak pan się nazywa?
— Jestem Aikam, Aikam Tsueh.
— Przyjaźnił się pan z ofiarą?
— Jasne, trochę. Nie naprawdę, ale wie pan, znałem ją. Zawsze mówiłem jej „cześć”. Chciałem się tylko dowiedzieć, czy coś znaleźliście.
— Nawet gdybyśmy znaleźli, nie moglibyśmy panu nic powiedzieć, Aikam — odparł Dhatt.
— Nie w tej chwili — dodałem. Starszy detektyw zerknął na mnie znacząco. — Najpierw musimy wszystko uporządkować. Ale czy moglibyśmy zadać panu parę pytań?
Przez jego twarz przemknął cień niepokoju.
— Ja nic nie wiem. Ale jasne, jeśli chcecie. Bałem się, że winni wymkną się militsyi i uciekną z miasta. Czy to możliwe?
Podałem mu notes i zapisał w nim swój numer telefonu, a potem wrócił na stanowisko. Dhatt i ja odprowadzaliśmy go wzrokiem.
— Przesłuchaliście strażników? — zapytałem.
— Oczywiście. Nie powiedzieli nic ciekawego. To prywatni ochroniarze, ale wykopaliskami zarządza ministerstwo, więc pilnują ich nieco staranniej niż zwykle. Większość ma alibi na noc śmierci Mahalii.
— A on?
— Sprawdzę to, ale nie przypominam sobie, żeby przy jego nazwisku postawiono znaczek, więc zapewne je miał.
Aikam Tsueh odwrócił się przy bramie i zauważył, że się mu przyglądamy. Uniósł niepewnie rękę i pomachał nam na pożegnanie.
Rozdział czternasty
Jeśli tylko posadzić go w kawiarni — czy raczej w herbaciarni, bo przecież byliśmy w Ul Qomie — agresywna energia Dhatta rozpraszała się nieco. Nadal bębnił palcami o krawędź stołu w skomplikowanym rytmie, którego nie umiałbym powtórzyć, ale patrzył mi w oczy i nie wiercił się na krześle. Słuchał mnie i zgłaszał przemyślane propozycje dalszych kroków. Odwracał głowę, by czytać moje notatki. Odbierał wiadomości z komendy. W sumie całkiem nieźle sobie radził z ukrywaniem faktu, że mnie nie lubi.
— Chyba musimy ustanowić jakiś protokół dotyczący przesłuchań — oznajmił, gdy tylko usiedliśmy. — Mamy za dużo kucharek.
Wyszeptałem niezobowiązujące przeprosiny. Personel kawiarni nie chciał od Dhatta pieniędzy, a on nie upierał się, że zapłaci.
— Upust dla militsyi — wyjaśniła kelnerka. W lokalu nie było wolnych miejsc. Dhatt gapił się na stolik ustawiony przy frontowym oknie, aż wreszcie siedzący tam mężczyzna zauważył jego spojrzenie i wstał. Za oknem mieliśmy widok na stację metra. Wśród wielu plakatów wiszących na ścianie był jeden, który zobaczyłem, by zaraz go przeoczyć. Nie byłem pewien, czy to nie ten, który kazałem rozwiesić, by zidentyfikować Mahalię. Nie wiedziałem, czy mam rację, czy ściana jest alteracją, w całości znajdującą się w Besźel, czy może jest przeplotowa i pokrywa ją mieszanina informacji z różnych miast.
Ulqomanie wychodzący ze stacji wzdychali, poczuwszy chłód, i otulali się szczelniej w polary. Wiedziałem, że w Besźel ludzie noszą teraz futra, choć starałem się przeoczać besźańskich obywateli’wychodzących z dworca naziemnej kolejki Yanjelus, odległego tylko o kilkadziesiąt metrów od podziemnej ulqomańskiej stacji. Wśród tłumu widziałem ludzi wyglądających na Azjatów albo Arabów, a nawet kilku Afrykanów. Było ich tu znacznie więcej niż w Besźel.
— Polityka otwartych drzwi?
— Bynajmniej — zaprzeczył Dhatt. — Ul Qoma potrzebuje ludzi, ale wszystkich, których widzisz, starannie sprawdzono. Musieli zdać testy i wiedzą, jak się zachować. Niektórzy nawet mają tu dzieci. Ulqomańskie murzyniątka! — Zaśmiał się z zachwytem. — Mamy ich więcej niż u was, ale nie dlatego, że jesteśmy zbyt pobłażliwi.
Miał rację. Któż chciałby emigrować do Besźel?
— A co z tymi, którzy się nie dostali?
— Och, mamy obozy, tak samo jak wy, rozrzucone tu i ówdzie na przedmieściach. ONZ nie jest z tego zadowolona. Amnesty International również nie. Wam też suszą głowę o warunki w obozach? Masz ochotę zapalić?