Czasopodobna nieskończoność [Timelike Infinity - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М.
- Год: 1999
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-479-9
- Переводчик: Marcin Krygier
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Czasopodobna nieskończoność [Timelike Infinity - pl]». Краткое содержание книги:
Widać było też i zniszczenia. W mdłym świetle emitowanym przez lampę Poole dostrzegł metalową włócznię szeroką na wiele jardów, przebijającą komorę na wylot, od jednej rozdartej ściany do drugiej: szkielet zatopionego w splinie „Kraba”. Wyściółka komory próbowała jak najszczelniej zacisnąć obie rany, wlotową i wylotową, tak więc cieliste fale obejmowały z obu stron metal …Kraba”. Poole wciąż jeszcze dostrzegał przelotne cienie limfobotów — całych dziesiątek limfobotów — unoszących się wokół kadłuba, błyskających laserami i dyszami silników, usiłujących poniewczasie usunąć monstrualną drzazgę. Poole patrzył w zadziwieniu na ogrom obcego ciała i głębokie rany. Proste linie kadłuba wydawały się wręcz nie na miejscu, zjawiskiem boleśnie i jaskrawię nienaturalnym, w tym delikatnym miejscu zakrzywionych ścian i ciała.
Odczepił od pasa linę i przymocował jeden jej koniec do pulsującej ściany komory. Gdy szczęki zacisku zagłębiły się w ciele, Poole skrzywił się odruchowo, lecz zmusił się do szarpnięcia za zacisk, czując jak jego ostre zęby wdzierają się w ciało splina, zanim odważył się odepchnąć od ściany w ślad za Parzem.
Parz, napędzany miniaturowym silniczkiem korekcyjnym wbudowanym w tylną część swego skafandra, latał po komorze ze sztywnym wdziękiem. Jego skafander lśnił od plamek krwi, sprawiając, że wyglądał nieco obscenicznie niczym nowo narodzona istota.
— To komora żołądka — oznajmił Parz. — Inaczej mówiąc, główna, hmm… ładownia splina. Tu zazwyczaj rezydują qaxowie. Przynajmniej qaxowie okresu okupacji, których panu opisałem. Istoty z bulgoczącej cieczy.
Poole rozejrzał się po ciemnych zakamarkach komory. Teraz wyglądała jak ohydna, cielista katedra.
— Proszę się nie dziwić, że odczuwa pan dyskomfort we wnętrzu splina, panie Poole. To nie jest środowisko przeznaczone dla ludzi. Nigdy nawet nie próbowano dostosować go do ludzkich potrzeb ani wymagań estetycznych. — Jego twarz jakby złagodniała i Poole wysilił się, by coś z niej wyczytać w nikłym świetle. — Wie pan, oddałbym wiele za możliwość ujrzenia splina z przyszłości, zza paru stuleci. To jest z mojej przyszłości — poprawił się odruchowo. — Po obaleniu qaxańskich władz okupacyjnych, kiedy ludzcy inżynierowie zaadaptują spliny do naszych celów. Korytarze żylne o ścianach pokrytych plastikiem, metalowe ściany komór żołądka…
— Po obaleniu władz okupacyjnych? — zapytał pospiesznie Poole. — Parz. co pan wie na ten temat? Parz uśmiechnął się z rozmarzeniem.
— Tylko tyle, ile wyjawił mi gubernator okupowanej Ziemi… to jest drugi gubernator. To, co opowiedział mi o przyszłości, kiedy był przekonany, że umrę, zanim ujrzę innego człowieka.
Poole poczuł krew pulsującą szybko w tętnicach szyjnych.
— Jasoft, pierwszy raz naprawdę się cieszę, że uratowałem pana z tej paranoicznej gałki ocznej.
Parz odwrócił się. Wymachując rękoma, podpłynął do fragmentu ściany żołądka w pewnej odległości od rejonów naruszonych przez „Kraba”. Zatrzymał się przy metalowym pojemniku, skrzyni w kształcie trumny przytwierdzonej do cielistej ściany siecią metalowych nici.
— Co to jest? — zapytał Poole. — Znalazł pan coś? Niezgrabnie przedostał się przez opustoszałą przestrzeń komory i dołączył do Parza.
Obaj pochylili się nad skrzynką, luminosfera zawisła tuż nad nimi. Niewielka otaczająca ich plama światła nadała tej scenie dziwnie intymnego charakteru. Parz szybko przesunął wprawnymi dłońmi po skrzynce, czubkami palców muskając ekrany dotykowe, które, jak dostrzegł Poole, nie chciały się uaktywnić. Michael doskonale widział jego twarz, lecz nie potrafił niczego odczytać z miny Parza.
— „Spójrzcie na me dzieło, o potężni, i zapłaczcie” — powiedział Parz.
— Co takiego?
— To jest qax — uderzył w skrzynkę okrytą rękawicą dłonią. — Gubernator Ziemi. Martwy, nieszkodliwy…
— Jak to?
— Qaxowie woleli kierować splińskimi statkami bezpośrednio przy użyciu swej świadomości towarzyszącej świadomości splina.
— Raczej niezbyt przyjemne dla samego splina — zmarszczył się Poole.
— Splin nie miał wiele do powiedzenia w tej sprawie odparł Parz. — To skuteczna metoda pilotażu. Ale nie pozbawiona ryzyka. Gdy zderzenie z pańskim statkiem zniszczyło wyższe funkcje nerwowe splina. qax być może mógł jeszcze się rozłączyć. Ale nie uczynił tego. Powodowany nienawiścią — i zapewne zadufaniem, aż do samego końca — pozostał zamknięty wewnątrz ośrodka zmysłów splina. Więc kiedy statek umarł, qax umarł wraz z nim.
Poole w zamyśleniu przesunął palcami po metalowej siatce.
— Ciekawe, czy tego splina dałoby się jeszcze jakoś uratować. Koniec końców, sam napęd superprzestrzenny wart jest stuleci badań. Może udałoby się nam podłączyć sztuczną inteligencję „Kraba” do pozostałości funkcji nerwowych splina.
— Lecz jeśli metoda stosowana przez qaxów może posłużyć za wzorzec — zmarszył się Parz — od pańskiej strony potrzebna byłaby skomplikowana, świadoma istota, coś, co potrafiłoby połączyć się z resztkami… osobowości splina. Pojmuje pan?
Poole pokiwał głową, uśmiechając się.
— Tak sądzę. I znam świadomą istotę, która doskonale by się do tego nadawała.
Parz milczał przez chwilę. Niemalże czule gładził palcami w rękawicy powierzchnię metalowego pojemnika, wydawał się kołysać w przód i w tył w gęstym, jelitowym powietrzu. Poole przysunął się, usiłując zinterpretować wyraz jego twarzy. Jednak ukryte w półcieniu oblicze, przykryte zamrożoną przez desenektyzację maską starości, było beznamiętne jak zawsze.
— Jasoft? O czym rozmyślasz?
Parz podniósł na niego wzrok.
— A co? — zapytał z nutką zaskoczenia w głosie. — Chyba go opłakuję.
— Opłakujesz qaxa? I dodał w myślach: Istotę, której pobratymcy zamienili ziemskie miasta w szklane tafle — która, gdyby tylko nieco bardziej się jej poszczęściło, starłaby ludzkość z powierzchni wszystkich planet Układu Słonecznego, zanim większość jego mieszkańców zdążyłaby poznać nazwę swych niszczycieli — i która zamieniła Parza w kolaboranta, człowieka niezdolnego nawet do stawienia czoła swej prawdziwej naturze… — Jasoft, oszalał pan?
Parz powoli pokręcił głową. Przezroczysty skafander sfałdował się na jego karku.
— Poole, pewnego dnia ludzie spowodują zniszczenie macierzystej planety qaxów. Niemal doprowadzimy do zagłady całego gatunku. Każdy z nich jest unikalny. Istnieje ich — zawsze istniało zaledwie kilkuset. A jednak w każdym z nich tkwi zalążek nieśmiertelności potencjał długowieczności umożliwiającej oglądanie gwiezdnych resztek świecących wskutek rozpadu protonów. Poole, to drugi qax. którego śmierć dane mi było oglądać Parz pochylił głowę nad metalową skrzynią, jakby chciał zajrzeć do środka. Tak — powiedział. Tak, opłakuję go.
Poole pozostał u jego boku w milczącym wnętrzu martwego splina.
Miriam Berg w towarzystwie Jaara wkroczyła do zdewastowanego centrum Stonehenge.
Ziemia została rozdarta, zbita w grube bruzdy; trawa trzymała się przeoranej gleby niczym włosy ciała. Starożytne głazy natomiast zostały pokruszone, obrócone w drobny gruz pieszczotliwymi muśnięciami grawitonowych promieni gwiazdołamaczy.
Jarr dotknął jej ramienia i wskazał na niebo, w stronę kręgu Jowisza.
— Spójrz tam — powiedział.
Miriam z wytężeniem powiodła wzrokiem wzdłuż linii wyznaczonej przez jego długie ramię, mrużąc oczy z wysiłku. Dostrzegła cień: sylwetkę nierównego kwadratu na tle wesołego różu Jowisza, obracającą się powoli w miarę oddalania się od ziemios tatku.