Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Miasto i miasto [The City & The City - pl]
Miasto i miasto [The City & The City - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Miasto i miasto [The City & The City - pl]

Электронная книга - «Miasto i miasto [The City & The City - pl]». Краткое содержание книги:

China Miéville stworzył swą najdoskonalszą dotąd powieść — egzystencjalny thriller rozgrywający się w mieście najniezwyklejszym ze wszystkich, realnych czy wyimaginowanych…
Gdy w ponurym, chylącym się ku upadkowi mieście Besźel położonym gdzieś na skraju Europy znaleziono ciało zamordowanej kobiety, wydawało się, że inspektora Tyadora Borlú z Brygady Najpoważniejszych Zbrodni czeka kolejna rutynowa sprawa. W miarę postępów śledztwa Borlú odkrywa jednak dowody wskazujące na spiski znacznie dziwniejsze i groźniejsze niż wszystko, co mógłby sobie wyobrazić. Wkrótce inspektorowi i bliskim mu ludziom zaczyna grozić niebezpieczeostwo. Borlú musi przekroczyć granicę niepodobną do żadnej innej i wyruszyć do jedynego miasta na Ziemi, które jest równie dziwne jak to, w którym mieszka…

Powieść nagrodzona „Arthur C. Clarke Award 2010” oraz „Hugo Award 2010”.
1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 85
Перейти на страницу:

— A więc nie rozgryzłeś jej jeszcze całkowicie?

— Niestety, nie. Moc nie była ze mną.

To naprawdę był dziwnie anonimowy i pozbawiony cech charakterystycznych pokój. Znajdująca się w sąsiednim korytarzu kwatera Yolandy, do której również zajrzeliśmy, wyglądała zupełnie inaczej. Było tam mnóstwo nowomodnych zabawek, powieści, płyt DVD i umiarkowanie kosztownych butów. Komputer zniknął.

Sprawdziłem pokój Mahalii bardzo uważnie, często porównując jego wygląd ze zdjęciami zrobionymi przez milicjantów w chwili, gdy przyszli tu po raz pierwszy, nim jeszcze skatalogowano książki i niektóre inne przedmioty. Pokój był strzeżony i funkcjonariusze nie wpuszczali studentów do środka. Ale wyjrzawszy na korytarz, widziałem niewielki stos wieńców oraz kolegów i koleżanki Mahalii zebranych na obu końcach korytarza — młodych ludzi z małymi odznakami gości noszonymi dyskretnie na ubraniach. Szeptali do siebie. Zauważyłem też, że niektórzy płaczą.

Nie znaleźliśmy żadnych dzienników ani notesów. Dhatt zgodził się pokazać mi kopie podręczników Mahalii. Najwyraźniej miała w zwyczaju robić mnóstwo notatek na marginesach. Leżały teraz na stole w moim pokoju. Człowiek robiący fotokopie musiał się bardzo śpieszyć, bo linijki druku i ręcznego pisma rozłaziły się. Rozmawiając z Corwi, przeczytałem kilka urywków skrótowej dyskusji, jaką Mahalia prowadziła z samą sobą na marginesach Historii ludu Ul Qomy.

— A jaki jest twój kontakt? — zapytała kobieta. — Ulqomański odpowiednik mnie?

— Myślę, że to raczej ja jestem dla niego odpowiednikiem ciebie.

To nie było najzgrabniejsze sformułowanie, ale i tak się roześmiała.

— A jak wyglądają ich biura?

— Podobnie do naszych, ale mają lepszy papier listowy. Zabrali mi pistolet.

Szczerze mówiąc, komisariat różnił się od naszych dość wyraźnie. Miał lepszy sprzęt, ale był wielkim pomieszczeniem bez ścianek działowych, pełnym tablic suchościeralnych i boksów, z których dobiegały głosy rozmawiających ze sobą albo kłócących się funkcjonariuszy militsyi. Choć jestem pewien, że większość z nich poinformowano o moim przybyciu, czułem falę otwartej ciekawości, podążającą za mną, gdy szedłem za Dhattem. Minęliśmy jego pokój — miał wystarczająco wysoką rangę, by zasługiwać na własny — i dotarliśmy do gabinetu jego szefa. Pułkownik Muasi przywitał mnie znudzonym tonem, powiedział, że to dobry znak zapowiadający poprawę relacji między naszymi państwami, zapowiedź przyszłej współpracy i zapytał, czy potrzebuję jakiejś pomocy. Potem kazał mi oddać broń. Tego przedtem nie uzgodniono, dlatego spróbowałem się sprzeciwić, ale szybko ustąpiłem, by nie psuć stosunków na samym początku.

Potem przeszliśmy do następnego pokoju pełnego nieprzyjaznych spojrzeń.

— Cześć, Dhatt — odezwał się ktoś wiele mówiącym tonem.

— Trochę ich drażnię, co? — zapytałem.

— Nie bądź przewrażliwiony — odparł Dhatt. — Jesteś z Besźel, czego się spodziewałeś?

— Skurwysyny! — oburzyła się Corwi. — Naprawdę to zrobili?

— Nie mam ulqomańskiego pozwolenia na broń, jestem tu tylko w charakterze doradcy, i tak dalej.

Spojrzałem na stolik przy łóżku. Nie było na nim nawet Biblii. Nie wiem, czy dlatego, że Ul Qoma była świeckim państwem, czy też chodziło o naciski Templariuszy Światła, którzy zachowali wpływy nawet po ich rozdzieleniu od państwa.

— Skurwysyny. A więc nie masz mi nic do powiedzenia?

— Zawiadomię cię.

Zerknąłem na listę haseł, które uzgodniliśmy: „Brak mi besźańskich klusek = Mam kłopoty”, „Pracuję nad pewną teorią = Wiem, kto jest winny”. Żadne z nich nie pasowało.

— Czuję się kurewsko głupio — wyznała Corwi, gdy pracowaliśmy nad tymi hasłami.

— Zgadzam się — potwierdziłem. — Ja też. Ale nigdy nic nie wiadomo.

Nie mogliśmy ślepo uwierzyć, że nasze rozmowy nie będą podsłuchiwane przez tajemnicze czynniki, które przechytrzyły nas w Besźel. Czy bardziej głupio i dziecinnie byłoby założyć istnienie spisku, czy jego nieistnienie?

— Pogoda jest tu taka sama jak w domu — powiedziałem wreszcie. Roześmiała się. Uzgodniliśmy, że ten banalny dowcip oznacza: „Nie wydarzyło się nic istotnego”.

— I co teraz? — zapytała.

— Pojedziemy do Bol Ye’an.

— Natychmiast?

— Niestety nie. Chciałem to zrobić jeszcze dzisiaj, ale nie zdążyli tego zorganizować, a teraz jest już za późno.

Wziąłem prysznic, zjadłem posiłek, a potem pokręciłem się trochę po bezbarwnym pokoiku, zastanawiając się, czy potrafię rozpoznać urządzenie podsłuchowe, nawet jeśli je zobaczę. Po chwili postanowiłem zadzwonić pod numer, który podał mi Dhatt. Udało mi się dopiero za trzecim razem.

— Hej, Tyador — odezwał się. — Próbowałeś się do mnie dodzwonić? Przepraszam, byłem okropnie zajęty. Musiałem nadgonić parę spraw. W czym mogę ci pomóc?

— Chciałem się dowiedzieć, co z tymi wykopaliskami…

— O cholera. Prawda. Posłuchaj, Tyador, dziś wieczorem nie damy rady.

— Czy nie powiedziałeś im, żeby się nas spodziewali?

— Powiedziałem, że mogą się nas spodziewać. Posłuchaj, na pewno się ucieszą, że mogą iść do domu, a jutro wybierzemy się tam z samego rana.

— A co słychać w sprawie tej Rodriguez?

— Nadal nie jestem przekonany, czy naprawdę… nie, tego nie wolno mi powiedzieć, prawda? Nie minęło zbyt wiele czasu. Ale przyznaję, że jeśli jutro nadal się nie zjawi, nie będzie odbierała telefonów ani odpowiadała na e-maile, sprawa zacznie wyglądać poważniej. Przekażemy sprawę Wydziałowi Osób Zaginionych.

— I…?

— I posłuchaj. Dzisiaj nie dam rady do ciebie wpaść. Czy możesz… Masz coś do roboty, prawda? Przepraszam. Przekażę ci przez kuriera mnóstwo materiałów, kopie naszych notatek, te informacje o Bol Ye’an i uniwersyteckich kampusach, o które prosiłeś, i tak dalej. Masz komputer? Możesz się podłączyć do sieci?

— Ehe.

Miałem służbowego laptopa, a hotel oferował połączenie eternetowe za dziesięć dinarów na dobę.

— W takim razie w porządku. Jestem też pewien, że w hotelu można zamówić filmy, więc nie będziesz się czuł samotny — dodał ze śmiechem.

* * *

Zacząłem czytać Między miastem a miastem, ale po pewnym czasie poczułem się znudzony. Połączenie historycznej i źródłowej pedanterii z tendencyjnym wnioskowaniem było nużące. Potem włączyłem telewizor. W ulqomańskiej telewizji najwyraźniej nadawano więcej filmów niż u nas, podobnie jak teleturniejów, które w dodatku były bardziej hałaśliwe. Na wielu kanałach znajdowałem też jednak wiadomości, w których wyliczano sukcesy prezydenta Ul Maka i jego pakietu Nowych Reform: wizyty w Chinach i w Turcji, handlowe umowy z państwami europejskimi, pochwały MFW i niezadowolenie Waszyngtonu. Ulqomanie mieli obsesję na punkcie ekonomii. Trudno było jednak mieć do nich o to pretensje.

— Czemu by nie, Corwi?

Wyjąłem plan, upewniłem się, że mam w kieszeni wszystkie dokumenty, legitymację policzai, paszport i wizę, wpiąłem w klapę odznakę gościa i wyszedłem na zewnątrz.

Tym razem ujrzałem neony. Ze wszystkich stron otaczały mnie ich zwoje i sploty, przyćmiewające blade światła mojej odległej ojczyzny. Słyszałem też ożywione dźwięki illitańskiego. Nocą to miasto było ruchliwsze niż Besźel. Teraz przekonałem się o tym na własne oczy, gdyż wreszcie mogłem przyjrzeć się krążącym w mroku sylwetkom, do tej pory będącym dla mnie niewidzialnymi cieniami. Wolno mi było zobaczyć bezdomnych, którzy spali w bocznych zaułkach. W Besźel musieliśmy traktować ulqomańskich kloszardów jak wtargi, które trzeba było omijać.

1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 85
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)