Światło minionych dni [The Light of Other Days - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М., Кларк Артур Чарльз
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7245-544-9
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światło minionych dni [The Light of Other Days - pl]». Краткое содержание книги:
Po kilku dniach znalazła to, czego szukała. Podążyła śladem uzbeckich jeńców, załadowanych na otwartą ciężarówkę ONZ, która odjechała wśród deszczu. Przejechała przez miasteczko Nukus, kontrolowane przez aliantów, i ruszyła dalej w step.
Tam, jak się przekonała Heather, alianci założyli własny obóz jeniecki.
Była to porzucona kopalnia rudy żelaza. Jeńców trzymano w metalowych klatkach, ustawionych rządkiem, jedna na drugiej. Miały metr wysokości, więc ludzie nie mogli w nich wyprostować ani nóg, ani pleców. Trzymano ich tam bez żadnych sanitariatów, bez odpowiedniego pożywienia, ćwiczeń, bez dostępu Czerwonego Krzyża ani jego muzułmańskiego odpowiednika, Merhametu. Nieczystości ściekały przez pręty górnych klatek do tych na dole.
Oceniła, że musi tu być około tysiąca ludzi. Dostawali tylko kubek rzadkiej zupy dziennie. Panowała epidemia żółtaczki, inne choroby także się rozprzestrzeniały.
Codziennie żołnierze wybierali — na pozór całkiem przypadkowo — kilku więźniów, wyprowadzali ich i bili. Trzech lub czterech żołnierzy otaczało każdego i waliło metalowymi prętami, drewnianymi deskami, pałkami. Po jakimś czasie przerywali. Każdy więzień, który mógł jeszcze chodzić, wracał do czekającej grupy i bicie trwało dalej. Potem inni więżniowe odnosili pobitych do klatek.
Taki był ogólny plan dnia. Zdarzały się pojedyncze incydenty, właściwie doświadczenia przeprowadzone na więźniach przez strażników; któremuś nie pozwalano się wypróżniać; innego zmuszono do jedzenia piasku; jeszcze innego do połknięcia własnych fekaliów.
W czasie, gdy Heather obserwowała obóz, sześć osób zmarło. Śmierć była wynikiem pobicia, chorób albo wycieńczenia. Czasami któregoś z więźniów rozstrzeliwano dla przykładu za próbę ucieczki czy oporu. Jednego uwolniono; pewnie po to, żeby przekazał swym towarzyszom wieści o determinacji żołnierzy w błękitnych hełmach, i Heather zauważyła, że strażnicy starali się używać tylko zdobycznej broni, jakby nie chcieli zostawiać śladów swoich działań. Pomyślała, że najwyraźniej do żołnierzy nie dotarły jeszcze wieści o potędze WormCamu; nie przyzwyczaili się do faktu, że mogą być obserwowani wszędzie i zawsze, a nawet z przyszłości.
Ledwie parę miesięcy temu obserwowanie tych okrucieństw byłoby prawie niemożliwe; pozostałyby nieznane, w każdym razie opinii publicznej.
Takie informacje będą jak dynamit wsadzony w tyłek prezydent Juarez, która zdaniem Heather okazała się najgorszą z wywłok zanieczyszczających powietrze w Białym Domu od początku stulecia (a to już coś mówiło). Nie wspominając już o fakcie, że jako pierwsza kobieta prezydent wzbudzała uczucie wstydu w połowie populacji.
A może — Heather pozwoliła sobie na iskierkę nadziei — masowe sumienie drgnie, gdy ludzie zobaczą, jaka naprawdę jest wojna w swej krwawej glorii, tak jak widzieli ją kiedyś tylko przelotnie, kiedy Wietnam stał się pierwszą wojną telewizyjną, a zanim dowódcy ponownie ustanowili nadzór nad mediami.
Miała nawet nadzieję, że zbliżanie się Wormwoodu zmieni uczucia ludzi wobec siebie. Jeśli wszystko ma się skończyć za parę pokoleń, czy mają znaczenie jakieś zadawnione konflikty? Czy rozsądek pozwoli wykorzystać resztkę czasu, pozostałe jeszcze dni ludzkiego istnienia, na zadawanie bólu i cierpienia innym?
Oczywiście wciąż będą wojny, ale niemożliwa będzie już demonizacja i dehumanizacja przeciwnika — nie wtedy, kiedy każdy może postukać w ekran i obejrzeć obywateli dowolnego państwa, które uznano za wrogie. Nie będzie już propagandowych kłamstw o możliwościach, celach i postawie przeciwnika. Jeśli strategia tajemnic ulegnie przełamaniu, żadnemu rządowi nie ujdą na sucho takie kłamstwa. Już nigdy.
A może jest po prostu idealistką.
Pracowała dalej, zdeterminowana, zaangażowana. Nieważne jednak, jak bardzo starała się być obiektywna — sceny były dla niej nieznośną udręką: widok nagich, wyczerpanych ludzi, wijących się w agonii u stóp żołnierzy w błękitnych hermach, z czystymi, surowymi amerykańskimi twarzami.
Zrobiła sobie przerwę. Przespała się chwilę, wykąpała, a potem Przygotowała coś do zjedzenia (śniadanie — o trzeciej po południu).
Wiedziała, że nie jest jedyną obywatelką, która w ten sposób wykorzystuje nowe możliwości.
Słyszała, że w całym kraju poszukiwacze prawdy łączyli się w grupy, korzystając z WormCamu i Internetu. Niektóre z tych grup były zaledwie czymś więcej niż strażą sąsiedzką. Ale jedna z organizacji, zwana Strażnikami Glin, rozpowszechniała instrukcje, jak nadzorować pracę policji, aby każde ich działanie miało świadków. Podobno już teraz działalność ta wpływała znacząco na jakość pracy policjantów. Brutalnych i skorumpowanych funkcjonariuszy — na szczęście i tak rzadko spotykanych — ujawniano niemal natychmiast.
Grupy konsumentów zyskały nagle władzę, codziennie ujawniając malwersacje i oszustów. W większości stanów publikowano szczegółowe plany finansowe kampanii, w niektórych przypadkach po raz pierwszy. Sporo uwagi ściągały nie całkiem jawne działania Pentagonu i jego tajny budżet. I tak dalej.
Heather odpowiadała idea zatroskanych obywateli, uzbrojonych w WormCamy i własną podejrzliwość, tłoczących się wokół ludzi skorumpowanych i przestępców niczym białe ciałka wokół rany. Jej zdaniem istniał prosty łańcuch przyczynowo-skutkowy, motywujący podstawowe swobody obywatelskie: z jawności wynikała odpowiedzialność, a z niej z kolei wolność. Techniczny cud — albo przypadek — oddał w ręce osób prywatnych najpotężniejsze narzędzie śledcze.
Jefferson i Franklin byliby pewnie zachwyceni, choćby nawet oznaczało to rezygnację z własnej prywatności…
Z pracowni doszedł jakiś dźwięk. Stłumiony chichot.
Heather boso podkradła się do uchylonych drzwi. Mary z przyjaciółką siedziały przy jej biurku.
— Patrz na tę ofermę — mówiła Mary. — Ręka mu się ześlizguje z czubka.
Heather poznała koleżankę. Sasha, o jedną klasę wyżej od Mary, znana była w miejscowej mafii rodzicielskiej jako Zły Wpływ. Powietrze było aż gęste od dymu ze skręta — prawdopodobnie z zapasów Heather.
Obraz z WormCamu ukazywał nastoletniego chłopca. Heather poznała go także, chodził do tej samej szkoły — Jack? Jacques? Był w sypialni, spodnie miał opuszczone do kostek, siedział przed ekranem i masturbował się, przejawiając przy tym więcej entuzjazmu niż kompetencji.
— Gratulacje — powiedziała cicho Heather. — Widzę, że jednak przebiłaś się przez nianię.
Mary i Sasha aż podskoczyły. Sasha machnęła ręką, bezskutecznie próbując rozwiać obłok dymu marihuany. Mary odwróciła się do ekranu.
— Dlaczego nie? Ty się przebiłaś.
— Z ważnego powodu.
— Czyli tobie wolno, a mnie nie. Jesteś hipokrytką, mamo. Sasha wstała.
— Ja wychodzę.
Tak, wychodzisz — rzuciła Heather w stronę jej pleców. — Mary, nie sądziłam, że zrobisz coś takiego. Szpiegujesz sąsiadów jak jakiś obleśny podglądacz.
— A co jeszcze można robić? Przyznaj, mamo, że sama robisz się trochę wilgotna.
— Wynoś się stąd.
Śmiech Mary zmienił się w demonstracyjne parsknięcie. Wyszła z pokoju.
Wstrząśnięta Heather usiadła przed ekranem i spojrzała na chłopca. Jego ekran także pokazywał widok z WormCamu — nagą dziewczynę, która też się masturbowała, lecz uśmiechała się przy tym i mówiła coś do chłopca.
Heather zastanawiała się, ilu jeszcze widzów ma ta para. Może o tym nie pomyśleli. Nie można założyć podsłuchu na WormCam, ale trudno też wciąż pamiętać, że oznacza on powszechny dostęp dla każdego. Absolutnie wszyscy mogli oglądać zabawę tych dzieciaków.