Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]
Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]

Электронная книга - «Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]». Краткое содержание книги:

Gwiazda Pella, strategiczny punkt w konflikcie zbrojnym Kompanii Ziemskiej i międzygwiezdnych kolonii. Ten, kto kontroluje Stacje Pella, decyduje o zasięgu ziemskich sił obronnych bądź o skali ziemskiej ekspansji w celu odzyskania utraconego imperium. Ale Pell jest zdecydowany utrzymać neutralność za wszelką cenę.
Ludzie z Gwiazdy Pella to obszerna, wielowątkowa i dramatyczna wizja przyszłości, ukazująca charaktery, postawy i ambicje nie odbiegające od naszych. Przez stronice tej powieści przewija się galeria fascynujących postaci, ludzkich i nieludzkich, których losy zależą od wyniku tytanicznych zmagań w skali kosmicznej.
Powieść ta otrzymała nagrodę Hugo w roku 1982.
1 ... 36 37 38 39 40 41 42 43 44 ... 146
Перейти на страницу:

Słuchał idiotycznych programów vid, wertował materiały propagandowe szukając jakichkolwiek wzmianek dotyczących ich sytuacji, wysłuchiwał meldunków o rzekomych dobrodziejstwach świadczonych przez Unię na rzecz swych obywateli, o jej zakrojonych na wielką skalę programach reform wewnętrznych. Chciałby się dowiedzieć czegoś innego — czegoś o zasięgu terytoriów Unii w kierunku przeciwnym do Ziemi, o liczbie bez znajdujących się w ich posiadaniu, o tym, co się działo na zdobytych stacjach, o tym, czy nadal aktywnie rozwijali dalej położone terytoria, czy też wojna skutecznie zaangażowała ich wszystkie zasoby… tego rodzaju informacje były nieosiągalne. Tam samo zresztą jak rzetelne dane dotyczące rozmiarów produkcji ludzi z probówki, stosunku ich liczebności do ogółu populacji albo sposobu traktowania tych osobników. Po tysiąckroć przeklinał krnąbrność Floty, a w szczególności Signy Mallory. Nie miał całkowitej pewności co do słuszności obranej linii postępowania, aby wykluczyć Flotę ze swych planów. Nie wiedział, co mogłoby się stać, gdyby Flota nie podporządkowała się. Znajdowali się teraz tam, gdzie musieli się znajdować, nawet jeśli był to układ białych pokoi, taki sam jak inne układy białych pokoi, które dotąd zamieszkiwali; robili, co do nich należało — bez pomocy Floty, która mogłaby im przysporzyć siły przetargowej w negocjacjach (niewielkiej) albo okazać się w nich straszliwie nieobliczalną stroną trzecią. Upór Pell też nie pomagał; Pell, która postanowiła przypodobać się Flocie. Świadomość posiadania przyczółka w postaci stacji mogła przewrócić w głowach takim jak Mallory.

Ciągle jednak powracało pytanie, czy Flota stawiająca swój interes ponad wszystko da sobie cokolwiek wyperswadować. Maziana i jemu podobnych nie można było w żadnym wypadku kontrolować przez okres potrzebny Ziemi do przygotowania obrony. Oni przecież, przypomniał sobie, nie urodzili się na Ziemi; sądząc z wrażenia, jakie na nim zrobili, niezbyt poważnie traktowali regulaminy. Podobnie jak personel naukowy, który w dawnych czasach na zakazy i wezwania emigracji ziemskiej do powrotu do domu zareagował przeniesieniem się w dalsze rejony Pogranicza. Na stronę Unii. Albo tacy Konstantinowie, którzy od tak dawna utrzymywali się przy władzy w swoim małym imperium, że zapomnieli o związkach z Ziemią.

I — przerażała go sama myśl o tym — nie spodziewał się różnicy, jaką tu zastał, nie spodziewał się takiej mentalności Unii, która zdawała się odchylać ku jakiemuś nieokreślonemu kątowi zachowania, ani zbieżnemu, ani zupełnie przeciwnemu do ich własnego. Unia usiłowała ich złamać… ta dziwaczna gra z Marshem, która na pewno świadczyła o podziałach i współzawodnictwie. Dlatego właśnie nie chciał angażować Marsha. Marsh, Bela i Dias nie dysponowali szczegółowymi informacjami; byli po prostu urzędnikami Kompanii i to, co wiedzieli, nie stwarzało specjalnego zagrożenia. Odesłał z powrotem na Ziemię dwójkę delegatów, którzy, podobnie jak on, wiedzieli za dużo; odesłał ich, żeby przekazali, iż na Flocie nie można polegać i że stacje upadają. Tyle już zrobił. On i towarzyszący mu tutaj ludzie prowadzili grę, którą im narzucono, zachowywali przez cały czas klasztorne milczenie, cierpieli nie komentując częstych zmian kwater i dezorganizacji, co prawdopodobnie miało wyprowadzić ich z równowagi — była to taktyka ukierunkowana na osłabienie ich pozycji w negocjacjach, miał nadzieję Ayres, a nie zapowiedź strasznej ewentualności aresztowania i wszczęcia śledztwa. Poddawali się wszystkiemu bez protestów z nadzieją, że są coraz bliżej sukcesu w rokowaniach.

A Marsh był cały czas wśród nich; zasiadał na ich naradach, spoglądał po nich, gdy byli sami, zastraszonym, roztargnionym wzrokiem, nie znajdując u nich moralnego wsparcia… bo pytania o przyczyny lub pocieszenie oznaczały złamanie zasady milczenia będącej ich murem obronnym. Dlaczego? napisał raz Ayres na plastikowym blacie obok ręki Marsha. Pisał palcem, bo ufał, że kreślonych tak liter nie wychwyci żadna kamera. I kiedy nie wywołano żadnej reakcji, dopisał jeszcze: Co? Marsh starł oba słowa, nie napisał nic i spojrzał w inną stronę. Jego usta drżały, jakby za chwilę miał wybuchnąć płaczem. Ayres więcej o nic go nie pytał.

Teraz wstał wreszcie, podszedł do drzwi pokoju Marsha i rozsunął je bez pukania.

Marsh, całkowicie ubrany. siedział na łóżku obejmując się ramionami i patrząc na ścianę, a może gdzieś poza nią.

Ayres podszedł i nachylił się do jego ucha.

— W paru słowach — powiedział najcichszym z szeptów, nie mając nawet pewności, że tamten usłyszy — co tu się według ciebie dzieje? Wypytywali cię? Odpowiedz mi.

Minęła chwila. Marsh wolno potrząsnął głową.

— Odpowiedz — powtórzył Ayres.

— Wciąż są jakieś opóźnienia — wyszeptał zająkując się Marsh. — Moje przydziały nigdy nie są w porządku. Zawsze coś się nie zgadza. Każą mi godzinami siedzieć i czekać. Tak to wygląda, proszę pana.

— Wierzę ci — powiedział Ayres.

Nie był o tym całkowicie przekonany, ale mimo wszystko powiedział, że wierzy i poklepał Marsha po ramieniu. Marsh nie wytrzymał i zaczął płakać. Łzy płynęły mu po twarzy, która usiłowała zachować normalny wyraz. Te cholerne kamery, których istnienie podejrzewali… wiecznie żyli’ pod wrażeniem, że są obserwowani przez kamery.

Ayres był wstrząśnięty. Nasunęło mu się podejrzenie, że oni sami, na równi z Unią, są dręczycielami Marsha. Wyszedł z pokoju Marsha ma patio. Czerwony ze złości zatrzymał się pośrodku i podniósł wzrok na skomplikowaną, kryształową oprawę oświetleniową, którą przede wszystkim podejrzewał o skrywanie aparatury monitorującej.

— Ja protestuję — rzucił ostrym tonem — przeciwko temu celowemu i nieuzasadnionemu prześladowaniu.

Potem odwrócił się, usiadł i dalej oglądał program prezentowany na ekranie. Jedyną reakcją jego towarzyszy było podniesienie głów. Znowu zapadła cisza.

W rozkładzie dnia przyniesionym następnego ranka przez uzbrojonego w karabin manekina nie było żadnego potwierdzenia tego incydentu.

Posiedzenie 0800, zawiadomił ich. Dzień rozpoczynał się wcześnie. Nie znaleźli żadnych innych informacji ani o temacie, ani z kim, ani gdzie, nie było nawet zwykłej wzmianki o spodziewanej porze lunchu. Marsh wyszedł ze swego pokoju z podkrążonymi oczyma, jakby wcale nie spał.

— Nie mamy wiele czasu na śniadanie — oznajmił Ayres; dostarczano je zwykle do ich kwater o 0730 i do tej godziny pozostało zaledwie kilka minut. Lampka przy drzwiach zamigotała po raz drugi. Otworzono je od zewnątrz i zamiast śniadania ujrzeli trójkę manekinów-strażników.

— Ayres — rzucił jeden z nich krótko, nie bawiąc się w kurtuazję. — Chodź z nami.

Zdusił odpowiedź, którą miał już na języku. Z nimi nie było sensu dyskutować; tak pouczał swoich ludzi. Wszedł do pokoju i naciągnął kurtkę prowadząc dalej tę samą grę, grę na zwłokę oraz na nerwach tych, którzy na niego czekali. Uznawszy, że ociąga się już wystarczająco długo, aby dopiąć swego, podszedł do drzwi i oddał się pod opiekę młodych strażników.

Marsh, nie mógł przestać o nim myśleć. O co chodziło w grze tamtych z Marshem?

Poprowadzili go korytarzem do windy; przesiadając się kilka razy i przechodząc przez sale bez oznakowań i nazw, dotarli w końcu do poziomu zajmowanego przez sale konferencyjne i biura, co rozwiało jego początkowe obawy. Weszli do znajomego pomieszczenia, a stamtąd do jednego z trzech pokoi przesłuchań, w których byli częstymi gośćmi. Tym razem wojsko. Klapkę kieszeni czarnego munduru siwowłosego mężczyzny zasiadającego za małym okrągłym stołem obciągało tyle żelastwa, że wystarczyłoby go do obdzielenia wyższymi stopniami kilku oficerów, z którymi rozmawiał ostatnio, wziętych razem. Zwariowany wzór insygniów. Nie wiadomo było dokładnie, co przedstawiają te pogmatwane symbole… z drugiej strony zabawne, że Unia rozwinęła tak skomplikowany system medali i odznaczeń, jakby cały ten złom miał wywierać wrażenie. Ale mimo wszystko świadczył o autorytecie i władzy, a to wcale nie było zabawne.

1 ... 36 37 38 39 40 41 42 43 44 ... 146
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)