Tomek w krainie kangurów
- Автор: Шклярский Альфред
- Серия: Przygody Tomka Wilmowskiego #1
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Muza S.A.
- ISBN: 978-83-7758-250-3
- Жанр: Другие приключения
Электронная книга - «Tomek w krainie kangurów». Краткое содержание книги:
— Jestem wielorybem, jeśli to nie szanowne emu paradują przed nami. Spójrz tylko!
— Emu, to naprawdę są emu! — ucieszył się Tomek. — Widzę dwie pary!
— Najmądrzej byłoby pognać je na południe do naszego wąwozu pułapki — powiedział bosman.
— One zupełnie nie zwracają na nas uwagi — stwierdził Tomek obserwując strusie.
— Spróbujmy je okrążyć — zaproponował marynarz. — Nigdy nie można przewidzieć, co zrobi takie głupie ptaszysko.
Pognali konie.
— Słyszałem, że w obliczu niebezpieczeństwa strusie zazwyczaj chowają głowę w piasek. Może i te tak uczynią. A w jaki sposób wówczas zarzucimy im pętlę na szyję? — kłopotał się Tomek.
— Zapomniałeś braciszku, że tu nie ma piachu — pocieszył go bosman.
— To prawda, ale mogą pochować głowy w trawę, co na jedno wychodzi.
Przez jakiś czas jechali galopem. Wysokie około dwóch metrów ptaki wyciągały swe długie szyje i wystawiwszy małe, upierzone na czubku głowy, spoglądały na zbliżających się jeźdźców. Obydwaj łowcy przygotowali lassa. Zaledwie jednak przybliżyli się do strusi na kilkadziesiąt metrów, ptaki z pośpiechem ruszyły na północ.
— Szkoda, że nie zabraliśmy soli! — zawołał bosman.
— Do czego przydałaby się nam sól? — mruknął Tomek pochylając się na szyję pony.
— Moglibyśmy posypać ją emu na ogony! — roześmiał się marynarz. — Popatrz, jak uciekają!
Strusie z wyciągniętymi szyjami biegły w kierunku północnym. Odległość między nimi a łowcami zwiększała się z każdą chwilą.
— Jedźmy jeszcze za nimi, może się w końcu zmęczą — zachęcał Tomek. — Przecież pan Clark mówił, że emu umykają szybko jedynie na początku pościgu.
— Tak, tak, a potem biegną niezgrabnie i ociężale jak kaczki. Wystarczy bat i dobry koń — ironizował bosman. — Nie dogonimy ich na tych szkapach!
— Mamy przecież dużo czasu, warto więc próbować, może uda nam się je doścignąć — prosił Tomek.
Około dwóch godzin pędzili za emu, które oglądając się na łowców, umykały na północ.
— Chyba zawrócimy — odezwał się Tomek zniechęconym głosem. Zmęczony jestem. Robi się coraz goręcej.
— Grzeje jak w parówce — przyznał bosman — ale i ptaszyskom musiały już spocić się grzbiety? Widzisz? Jeden z nich pozostaje nieco w tyle.
— Nareszcie, nareszcie! — triumfował Tomek. — To na pewno samiec. Pan Bentley mówił mi, że samce są mniej wytrzymałe. Jedźmy szybciej!
Uderzył pony piętami po bokach, lecz kuc wstrząsnął tylko gniewnie grzywą. Bosman śmignął arkanem, zmusił swego konia do przyspieszenia biegu. Pony podążył za nim. Udało im się nieco przybliżyć do emu. Ptaki spostrzegły, że prześladowcy są już blisko, w panice znów pognały przed siebie.
— Głupie ptaszyska! Wolą uganiać się po stepie, dopóki Clark nie zatłucze ich batem, niż dać złapać się przyzwoitym warszawiakom — rozgniewał się bosman. — Skoro jednak my, jadąc na koniach, odczuwamy tak wielkie zmęczenie, to i z nimi nie musi być najlepiej.
Emu usiłowały zboczyć na wschód. Jeźdźcy z łatwością zagrodzili im drogę, pobiegły więc dalej na północ.
— Uf, jak gorąco! — sapał Tomek.
— Bo też grzeje coraz lepiej! — dodał bosman.
— Hm, nie jest to zbyt dziwne. Przecież zbliżamy się do równika.
— Co też ty pleciesz, brachu? — zniecierpliwił się bosman. — Ten gorący wiatr wali na nas z zachodu.
— To znaczy, że wieje z wnętrza kontynentu.
— Teraz trafiłeś w sedno rzeczy — pochwalił marynarz. — Żar bucha, jakby z rozpalonego pieca. Nawet koniom się to nie podoba. Już niemal ustają.
— Emu zatrzymały się! — krzyknął Tomek. — Teraz schwytamy je na pewno!
— Coś mi to wszystko kiepsko pachnie — zafrasował się bosman. — Patrz, brachu, powietrze drga z gorąca!
— Tak jakoś dziwnie się zrobiło. Spróbujmy jeszcze zbliżyć się do emu. One nie mogą już chyba uciekać zbyt długo.
Konie przynaglone ruszyły szybciej, lecz w tej chwili gorący wiatr przybrał na sile. Na zachodnim widnokręgu ukazał się czerwony obłok. Odległość między jeźdźcami i strusiami zmniejszyła się do kilkunastu metrów.
— Złapiemy je! — cieszył się Tomek.
Emu, jakby wstąpiły w nie nowe siły, ruszyły nagle w kierunku bliskich już wzgórz. Po kilku minutach pozostawiły zdumionych łowców daleko za sobą.
— Wystrychnęły nas na dudków — powiedział gniewnie bosman. — Nigdy ich nie złapiemy. Czy wiesz, co to wszystko znaczy? Te, niby głupie, ptaszyska uciekają po prostu przed nadciągającą burzą piaskową.
Bosman nie mylił się. Od zachodu nadchodziła gęsta mgła. Olbrzymim półksiężycem szybko zbliżała się do jeźdźców. To gorący wiatr gnał z głębi lądu całe chmury drobniutkiego, czerwonawego pyłu. Zaledwie burza piaskowa dopadła obydwóch niefortunnych łowców, natychmiast pojęli grozę swego położenia. Drobny pył oślepiał wierzchowce, zasypywał jeźdźcom oczy, wdzierał się do nosów, uszu, przenikał przez ubranie do ciała. Konie zaczęły chrapać z przerażenia i wysiłku. Czerwonawe chmury pyłu zasnuły całe niebo. Mrok spowił step, stało się naraz bardzo duszno. Teraz gwałtowny wicher uderzył w konie i jeźdźców.
— Uciekajmy za emu, jeśli mamy wyjść stąd cało! — krzyknął bosman i pochylając się na szyję konia, uderzył go mocno arkanem.
Było to wszakże niepotrzebne. Konie, jakby zrozumiały ogrom niebezpieczeństwa, rzuciły się pędem w kierunku wzgórz, wśród których zniknęły szybkonogie emu.
Bosmana ogarnął straszny niepokój. Na morzu czuł się, jak u siebie w domu. Wiedział, co należy czynić w czasie sztormu, potrafił walczyć z cyklonami i tajfunami, lecz nie orientował się zupełnie, w jaki sposób uchronić siebie i chłopca przed straszliwym pyłem niesionym przez wiatr z Centralnej Australii.
Tymczasem konie z wielkim trudem zbliżały się do wzgórz. Gryzący pył wirował w powietrzu, zmuszał ludzi i zwierzęta do zamykania powiek, toteż wierzchowce potykały się co chwila na twardej, popękanej z gorąca ziemi. W końcu jednak bieg koni stał się równiejszy i szybszy. Bosman otworzył oczy. Ku swej radości stwierdził, że znajduje się już w małym parowie, który osłaniał ich trochę przed natarczywym pyłem niesionym przez wiatr. Zaraz pocieszył swego towarzysza:
— No, brachu, głowa do góry! Chyba przycupniemy tu gdzieś pod skałą i przeczekamy burzę. Że też nie ma z nami twego ojca lub choćby Bentleya. Oni wiedzieliby przynajmniej, jak trzeba zachować się w takiej sytuacji.
— A pan Smuga? — zapytał Tomek drżącym głosem, dotykając dłonią obolałych oczu.
— A co chcesz od pana Smugi? — zniecierpliwił się bosman.
— Chciałem jedynie zapytać, czy pan Smuga również wiedziałby, co należy teraz uczynić.
— Och, ten na pewno zwąchałby od razu, co w trawie piszczy — odparł bosman markotnym tonem.
— A pan nie wiedział?
— Ano, bracie, co tu wiele gadać! Nie wiedziałem! Najlepiej chyba zrobimy, jeśli przeczekamy burzę w tym parowie.
— Oczywiście, że musimy przeczekać tutaj burzę — przytaknął Tomek. — Słyszałem, że na Saharze burze piaskowe zasypują niekiedy całe karawany. Najlepiej byłoby znaleźć jakąś pieczarę. Mam wszędzie pełno pyłu. Tak gorąco i duszno. To prawdopodobnie tutaj Sturt ginął z pragnienia i upału.
Bosman przerwał wycieranie oczu chusteczką i zapytał z niepokojem:
— Co to był za jegomość ten Sturt?
— To jeden z odkrywców australijskich. Opowiedział mi o nim pan Bentley. Sturt nie mógł się nawet uczesać, gdyż rogowe grzebienie popękały z gorąca. Na szczęście ja mam blaszany grzebyk!