Tomek w krainie kangurów
- Автор: Шклярский Альфред
- Серия: Przygody Tomka Wilmowskiego #1
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Muza S.A.
- ISBN: 978-83-7758-250-3
- Жанр: Другие приключения
Электронная книга - «Tomek w krainie kangurów». Краткое содержание книги:
— Wydaje mi się, że do naszego dołu również wpadł jakiś dingo — dodał Tomek.
— Prawdopodobnie, chociaż zachowuje się zupełnie cicho — potaknął Wilmowski.
W odległości kilkudziesięciu metrów huknęły strzały. Powstało nieopisane zamieszanie. Owce rozbiegły się we wszystkich kierunkach, uciekając jak najdalej od ogrodzenia, a łowcy strzelali bez przerwy.
— Uważaj! — krzyknął Wilmowski.
Zanim Tomek zorientował się w sytuacji, jego ojciec strzelił trzykrotnie w kierunku cienia pomykającego tuż przy ogrodzeniu. Inny ciemny kształt przemknął o kilka metrów od nich. Wilmowski strzelił jeszcze raz.
— Trafiony! — cieszył się Tomek.
— Na pewno mylisz się, lecz dingo chyba wpadł do pułapki — stwierdził Wilmowski.
— Zabiłeś go? — pytał Smuga, nadbiegając na czele grupki mężczyzn.
— Wcale nie miałem tego zamiaru — odrzekł Wilmowski. — Dingo wystraszony biegł tuż przy ogrodzeniu prosto na naszą pułapkę. Strzelałem jedynie na postrach, aby go zdezorientować. Jeżeli się nie mylę, wpadł do dołu.
— Zaraz sprawdzimy — powiedział Lorenc.
Pobiegł do szałasu. Wrócił po chwili z ręczną latarnią. Zapalił ją; wszyscy zbliżyli się do zapadni trzymając broń w pogotowiu. Lorenc wysunął rękę z latarnią poza krawędź dołu. Wśród połamanych gałęzi resztek rusztowania błyszczały dwie pary ślepi.
— Są! Są, aż dwa na raz! — zawołał Tomek.
Chwycił ojca za rękę i pochylony nad pułapką ciekawie przyglądał się dzikim psom. Dingo oślepione światłem latarni wcisnęły się pod gałęzie leżące na dnie dołu. Po chwili duży, płowy łeb wychynął z zieleni. Para żółtych ślepi błysnęła złowrogo. W nocnej ciszy rozbrzmiało przeciągłe wycie... Tomek mimo woli cofnął się za ojca.
“Brr! Nie chciałbym spotkać się z nim w stepie” pomyślał.
Noc minęła już bez dalszych niespodzianek. Z nastaniem dnia sprawdzono resztę zapadni. Na jednej z nich znaleziono zniszczone częściowo rusztowanie, lecz dół był pusty. Łowcy starannie zbadali ślady pozostawione wokół i stwierdzili, że przebiegły drapieżnik zdołał ominąć zamaskowaną zapadnię i przedostał się na pastwisko, a potem dopiero, zupełnie przypadkowo, wpadł w inną pułapkę, w której już siedział uprzednio złowiony dingo.
Rano łowcy przywieźli z farmy skrzynie, aby uwięzić w nich schwytane psy. Na widok ludzi dingo rzucały się gniewnie i jeszcze bardziej plątały sieć.
Tomek nie mógł nadziwić się, że cała praca poszła tak sprawnie. Najpierw wydobyli sieć z omotanymi nią drapieżnikami. Potem Wilmowski ostrożnie rozchylił rzemienie, wtedy Smuga błyskawicznie opasał arkanem pysk szczerzący kły. Pętla zacisnęła się na grubej szyi psa. Mimo gwałtownego oporu wpakowano go do klatki. Potem wystarczyło zluźnić sznur, aby oszołomione zwierzę strząsnęło go z siebie. Taki sam los spotkał jego towarzysza niedoli.
Także przez następne dwie noce ponawiano łowy na dzikie psy. Schwytano tylko jeszcze jednego dingo. Większa ich liczba krążyła ostrożnie poza ogrodzeniem, niepokojąc owce. Na prośbę Clarka postanowili urządzić obławę. Według jego zdania pojawienie się tylu dingo w pobliżu pastwiska oznaczało, że okres dużej posuchy zbliżał się wielkimi krokami.
Kangury odbiegały w okolice lepiej nawodnione, zgłodniałe psy poszukiwały łatwego żeru na pastwiskach owiec. Clark radził jak najszybciej urządzić łowy na strusie emu, zanim i one oddalą się na inne tereny.
Wilmowski pragnął odwdzięczyć się Clarkowi za gościnne przyjęcie. Ściągnął więc na pastwisko na polowanie większość swych ludzi. W ciągu jednej nocy, łowcy przyczajeni na stepie zabili cztery dzikie psy. Następnego dnia rozpoczęli gorączkowe przygotowania do polowania na emu.
W burzy piaskowej
Bosman Nowicki wyszedł przed dom i zaczął rozglądać się po obejściu farmy. Po pewnej chwili spostrzegł Tomka przypatrującego się umieszczonym w klatkach dingo. Szybko podszedł do chłopca i powiedział:
— Słuchaj no, brachu! Nasze całe towarzystwo przygotowuje się do łowów na emu. Niezbyt mi pachnie to polowanie, ponieważ Clark będzie tam grał pierwsze skrzypce. Ciebie też chyba nie zabiorą. Clark ma tylko pięć szkap wytresowanych do tego rodzaju łowów. Przeznaczą je na pewno dla Clarka i jego dwóch pracowników oraz, twego ojca i Smugi. Co będziemy robili wobec tego?
— Możemy spróbować oswoić dingo. Bardzo chciałbym mieć takiego psa — zaproponował Tomek.
— Cała gra niewarta świeczki — odparł bosman niechętnie. — Słyszałem, jak Bentley mówił, że krajowcy oswajają tylko szczeniaki, które i tak są potem do niczego. Podobno trzeba je krzyżować z domowymi psami, aby mieć pociechę z ich potomstwa.
— Hm, szkoda! Cóż więc będziemy teraz robili?
— A co rzekłbyś, brachu, na to, gdybyśmy tak na własną rękę wybrali się na emu?
— Czy tylko my dwaj? — zapytał Tomek zaintrygowany propozycją.
— Dwóch, a dobrych, bracie, starczy czasem za setkę. Zmajstrujemy sobie lassa kubek w kubek podobne do tych, jakie zrobił Bentley i jeszcze raz spróbujemy szczęścia.
— Jak sporządza się takie lasso?
— Jest to zwykły długi drąg ze sznurową pętlą na końcu, którą zarzuca się emu na szyję. No, co myślisz o tym?
— Świetna myśl! Zrobimy wszystkim nie lada niespodziankę, jeśli szczęście nam dopisze.
Zaraz też, nie mówiąc o tym nikomu, zrobili sobie dwa lassa i przygotowali mały zapas żywności. Po wyjeździe wyznaczonej grupy na łowy natychmiast osiodłali swoje konie. Nim słońce zaszło, byli już daleko na stepie.
W doskonałym nastroju jechali niemal całą noc, aby jak najbardziej oddalić się od obozu, gdzie obecnie przebywali ich towarzysze. Tomek nie powiadomił ojca o zamierzonej wyprawie. Uważał to za zbyteczne, przecież przed odjazdem z farmy ojciec polecił go opiece bosmana.
W miarę jak upływał czas na bezskutecznych poszukiwaniach emu, humory obydwóch przyjaciół zaczęły się pogarszać.
— Jakże mocno grzeje słońce — zagadnął Tomek, rozglądając się po stepie. — Nawet kangury nie pokazują się w taki upał.
— Tak, tak brachu! Tylko taka zasuszona mumia jak ten Bentley może zachwycać się Australią — utyskiwał bosman. — Spękana z gorąca ziemia, pożółkła trawa, a drzewa nie umywają się nawet do naszych krzaków...
— Albo ta zupa z ogona kangura... — dodał Tomek wykrzywiając twarz. — Na pewno pan Bentley nie jadł nigdy bigosu z kapusty.
— Ani chybi zdziczał tutaj — mruknął bosman. — Co też się dzieje z ludźmi w dalekich krajach!
— Strasznie tu nudno! Siodło mnie już parzy z gorąca — narzekał Tomek.
— Zwińmy lepiej żagle i wróćmy do obozu — zaproponował bosman. — Emu mają za wiele oleju w łepetynach, aby włóczyć się po tym suchym jak pieprz stepie.
— To już nie będziemy łowili emu? — zmartwił się Tomek. — Warto by jednak wypróbować nasze lassa.
— Ha, ostatecznie możemy tu przenocować, ale jeżeli rano nie zobaczymy strusich ogonów, to “para w tył” i wracamy do obozu — po dłuższej chwili oświadczył marynarz.
Na nocleg zatrzymali się przy małej kępie akacjowych drzew. Naścinali suchej trawy, aby urządzić sobie miękkie posłania. Zjedli puszkę konserw i kilka sucharów, popijając herbatą, której zabrali po dwie pełne manierki dla każdego. Wierzchowcom wydzielili skąpe porcje wody ze skórzanego wora, po czym przywiązali je na noc do drzewka, wokół którego mogły skubać trawę.
Rankiem następnego dnia zaledwie siedli na konie, bosman Nowicki zawołał wesoło: