Tomek w krainie kangurów
- Автор: Шклярский Альфред
- Серия: Przygody Tomka Wilmowskiego #1
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Muza S.A.
- ISBN: 978-83-7758-250-3
- Жанр: Другие приключения
Электронная книга - «Tomek w krainie kangurów». Краткое содержание книги:
— Najważniejszą rolę w polowaniu na emu odgrywa koń — wyjaśnił Clark. — Musi być równie śmigły jak ptaki i przyzwyczajony do tego piekielnego szelestu. Mam kilka koni ujeżdżonych do tego rodzaju polowania. Skóry emu są bardzo poszukiwane na rynku, toteż polujemy na nie przy każdej okazji.
— Jeśli panu chodzi jedynie o zdobycie skórek, to może pan przecież strzelać do emu z pewnej odległości — odezwał się Tomek.
— Skóra porozrywana kulą straciłaby swoją wartość — odpowiedział Clark, — Poza tym emu posiada niezwykłą wprost żywotność. Jeżeli nie padnie natychmiast, ugodzony kulą, to mimo rany i tak zdoła uciec.
— No dobrze, ale przecież ostatecznie musi pan zabić strusia — dodał Tomek.
— Masz słuszność, ale potrzebny mi jest do tego jedynie dobry koń i bat — roześmiał się Clark.
— Nie rozumiem pana!
— Otóż wystarczy jechać za strusiem i tłuc go batem, aż padnie martwy ze zmęczenia. To najlepszy sposób.
Tomek spojrzał z oburzeniem. Clark, nie spostrzegając, jego miny, mówił dalej:
— Emu szybko opada z sił i w końcu biegnie ciężko, niezgrabnie, niemal jak kaczka. Mimo to ucieka dopóty, dopóki nie padnie martwy.
Bosman Nowicki wydął usta pogardliwie i rzekł:
— No, łaskawy panie, taka zabawa nie dla mnie. Niech te ptaszyska biegają sobie ze swymi skórkami.
— Ja również nie wezmę udziału w takim polowaniu — dodał Tomek. — Biedne emu...
Rozmowa urwała się i w milczeniu dojechali do pastwiska. Nastrój Tomka poprawił się natychmiast na widok ojca oraz pana Smugi, którzy przywitali ich serdecznie.
— Oto jest i Mała Głowa — zawołał Smuga na widok chłopca. — Byłem pewny, że nie opuścisz polowania na dingo.
— Dlaczego był pan pewny, że nie opuszczę polowania?
— Odziedziczyłeś po ojcu żyłkę do włóczęgi i przygód. Wystarczy choćby szepnąć “polowanie”, a pójdziesz nawet w największym skwarze, aby wziąć w nim udział.
— Czy pan naprawdę jest pewny, że ja mam taką “żyłkę”? — zapytał Tomek podnieconym głosem.
— Z każdym dniem coraz więcej jestem o tym przekonany.
— Więc mógłbym zostać tak wielkim łowcą jak pan?! — zawołał uradowany Tomek.
— Jak ja? — zdziwił się Smuga, spoglądając z zaciekawieniem na chłopca.
— Tak, tak! Muszę z czasem zostać takim łowcą jak pan.
— A któż to naopowiadał ci, że jestem takim wielkim łowcą? — indagował Smuga, ubawiony słowami Tomka.
— A któż by mógł mi to powiedzieć, jak nie bosman Nowicki? On zna chyba pana najlepiej! — mówił Tomek z entuzjazmem. — To bosman właśnie poinformował mnie, że w całym naszym gronie jest pan jedynym mężczyzną, który ma wrodzoną żyłkę do łowienia zwierząt. Jakże chciałbym być również takim odważnym łowcą!
— Nic o tym nie wiedziałem — powiedział Smuga serdecznym tonem. — Chciałbym mieć takiego syna, jak ty. Zobowiązałeś mnie bardzo swoimi słowami. Myślę, że tak jak tu jesteśmy, będziemy stanowili czwórkę wypróbowanych przyjaciół.
— Tak jak trzej muszkieterowie, o których czytałem w powieści Dumasa — zawołał Tomek z radością.
— Coś w tym rodzaju — potwierdził Smuga.
— A to naprawdę wspaniała myśl! — ucieszył się Tomek i kolejno uścisnął wzruszonych towarzyszy.
— Co tu się dzieje? — zaciekawił się Clark, który podczas tej rozmowy rozkulbaczał konie.
— Mała uroczystość familijna... tylko dla wtajemniczonych — mruknął niechętnie bosman Nowicki. — No, a teraz, co tam słychać z naszymi dingo?
— Chodźcie, pokażemy wam przygotowane pułapki — odparł Wilmowski i ująwszy Tomka za rękę, ruszył pierwszy w głąb pastwiska.
Tomek nie mógł powstrzymać okrzyku podziwu, ujrzawszy niezmierzone mrowie australijskich merynosów. Sprawiały one wrażenie wielkich kłębków wełny toczących się wśród trawy. Nawet zakrzywione rogi baranów niemal kryły się w gęstej, puszystej, jakby fryzowanej wełnie.
— Ależ tu muszą być ich tysiące! — zawołał.
— Kilkadziesiąt tysięcy — poprawił go Clark. — Jeżeli przez najbliższe dwa lub trzy lata nie nawiedzi tych okolic długotrwała susza, będę posiadał kilkadziesiąt tysięcy owiec.
— Co by się stało, gdyby zapanowała długotrwała susza? — zapytał Smuga.
— Wówczas zamiast kilkudziesięciu tysięcy merynosów miałbym kilkadziesiąt tysięcy szkieletów bielejących na spalonej piekielnym żarem ziemi — odparł Clark. — Aby uniknąć tego nieszczęścia, muszę zdobyć się na wybudowanie studni artezyjskich. Na razie zadowalam się tym, że w okolicy pastwisk znajduje się kilka niecek, w których nad ranem zawsze można znaleźć trochę wody.
— Czy ma pan jakieś dane, że tutaj teren nadaje się na budowę studni artezyjskich? — wtrącił się do rozmowy Wilmowski.
— Krajowcy są tego pewni, a oni jakimś, po prostu nie znanym nam, zmysłem wyczuwają obecność wód artezyjskich.
— Ojcze, co to są wody artezyjskie? Wiem z geografii, iż w Australii osadnicy budują studnie artezyjskie, ale nie słyszałem o takich “wodach” — zagadnął Tomek.
— Widzisz, mój kochany, woda przesiąka przez przepuszczalne warstwy ziemi. Jeżeli w głębi natrafi na warstwy nieprzepuszczalne, spływa po nich i gromadzi się w pewnych miejscach. Zdarza się, iż woda trafia między dwie warstwy nieprzepuszczalne. Łatwo wtedy odgadnąć, że znajduje się pod ciśnieniem powstałym z różnicy poziomu dna i powierzchni warstwy przepuszczalnej. Wystarczy przewiercić otwór przez nieprzepuszczalny strop, aby woda sama wypłynęła, a czasem nawet wytrysnęła na powierzchnię.
— U nas woda jest prawie tak cenna jak złoto — dodał Clark. — Kiedy w 1879 roku hodowca bydła w Nowej Południowej Walii, kopiąc zwykłą studnię, przypadkowo natrafił na podskórną wodę w wielkiej obfitości, zdarzenie to poruszyło umysły wszystkich Australijczyków.
— W jaki sposób dokonuje pan postrzyżyn? Jak zaobserwowałem, na farmie znajduje się razem z panem i kucharzem zaledwie czterech ludzi — Wilmowski poruszył nowy temat.
— Oczywiście, że sami nie dalibyśmy rady — wyjaśnił Clark. — W Wilcannii organizowane są specjalne grupy postrzygaczy. Wyruszają one w określonym czasie do poszczególnych farm i wykonują całą pracę. U nas robotnik jest drogi i trudny do zdobycia.
Tak rozmawiając, zbliżyli się do drucianej siatki odgradzającej pastwisko od stepu. Wilmowski oznajmił, że tutaj właśnie założyli pierwszą pułapkę. Zatrzymali się przed kępą zarośli. Na próżno Tomek wypatrywał śladów zamaskowania zapaści na dzikie psy. Wśród kęp krzewów nic nie było widać prócz trawy.
— Nie rozumiem, w jaki sposób mamy tutaj schwytać dingo? — odezwał się zawiedzionym głosem.
Wilmowski ostrożnie rozgarnął trawę. Tomek ujrzał rusztowanie misternie uplecione z cienkich gałęzi, a pod nim wykopany głęboki dół o prostopadłych ścianach.
— Już wiem teraz! — zawołał uradowany. — Przy siatce znajduje się zamaskowany dół.
— Tak, powiększyliśmy otwór w uszkodzonym przez dingo ogrodzeniu i wykopaliśmy dużą jamę po wewnętrznej stronie siatki: Dingo wpadnie w pułapkę, jeśli będzie chciał przedostać się na pastwisko — dodał Wilmowski.
— Czy nie lepiej było wykopać dół po drugiej stronie ogrodzenia? — zatroszczył się bosman Nowicki.
— Nie, ponieważ wtedy pozostawilibyśmy po sobie zbyt wiele śladów, co mogłoby wzmóc ostrożność nawet głodnych dingo — odparł Wilmowski.
— W jaki sposób wydostaniemy psy z pułapki? — dopytywał się Tomek.