Tomek w krainie kangurów
- Автор: Шклярский Альфред
- Серия: Przygody Tomka Wilmowskiego #1
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Muza S.A.
- ISBN: 978-83-7758-250-3
- Жанр: Другие приключения
Электронная книга - «Tomek w krainie kangurów». Краткое содержание книги:
— Taka pieczeń jest bardzo dobra, gdyż... nie można jej zjeść od razu — dodał Tomek.
Tocząc podobne rozmowy, wędrowali przez całą noc. Rankiem bosman stwierdził, że Tomek jest już u kresu sił. Był najwyższy czas, aby zdobyć pożywienie. Zaraz też zaczął rozglądać się w poszukiwaniu najdogodniejszego punktu obserwacyjnego. Wkrótce spostrzegł dość wysoki pagórek. Natychmiast ruszyli ku niemu. Zaledwie znaleźli się na szczycie, Tomek wydał okrzyk radości.
— Jesteśmy uratowani! Oto wioska krajowców! — zawołał.
— Ano, dobiliśmy jakoś do portu — ucieszył się bosman. — Na pewno najemy się tu i wypoczniemy. Rozwińmy teraz żagle na całego.
Nadzieja na szybkie zaspokojenie głodu dodawała im sił. Raźnym krokiem schodzili z pagórka do małej kotlinki, w której znajdowało się kilkanaście szałasów. Wewnątrz koliska utworzonego przez nie tliło się ognisko. Byli już w pobliżu obozowiska, gdy naraz Tomek zatrzymał się mówiąc:
— Omal nie zrobiliśmy głupstwa!
— A to niby dlaczego? — zdziwił się bosman.
— Zaraz panu wszystko wyjaśnię. Nie wolno nam wejść bezpośrednio do obozu Australijczyków, jeżeli nie chcemy ich obrazić.
— Więc co mamy zrobić? — zapytał bosman, spoglądając na Tomka.
— Wiedziałby pan, gdyby pan był z nami z wizytą u plemienia “człowieka-kangura”. Pan Bentley wyjaśniał wtedy zwyczaje tubylców. Otóż należy zatrzymać się przed obozem i oczekiwać zaproszenia.
— Słuchaj brachu, czy jesteś tego pewny?
— Tak, tak! Pamiętam wszystko dokładnie.
— Czy Bentley robił to samo? — upewniał się bosman, znając bowiem wesołe usposobienie Tomka, podejrzewał, że nawet teraz chce mu spłatać figla.
— Oczywiście! Powiedział wówczas, że nie wolno łamać zwyczajów krajowców, jeśli chce się zyskać ich przyjaźń.
To ostatecznie przekonało bosmana. Przypomniał sobie, że to Tomek przecież przełamał nieufność krajowców, którzy z początku odmówili swego udziału w polowaniu na kangury. Ponieważ sam nie miał zdolności dyplomatycznych, postanowił powierzyć Tomkowi załatwienie formalności.
— Gadaj z nimi, brachu, a ja będę miał na nich oko, żeby nam jakiego kawału nie urządzili — zadecydował.
— Dobrze, ale co mam im powiedzieć?
— Mów, że konie nam uciekły. Poproś o jedzenie i powiedz, że chcemy odpocząć w obozie.
— Tutaj usiądziemy i zaczekamy, aż ktoś do nas wyjdzie — zaproponował Tomek, siadając na ziemi w nieznacznej odległości od obozu.
Upłynęło kilka minut. Bosman Nowicki położył niedbale karabin na kolanach. Z ukosa spojrzał w kierunku szałasów. Przekonał się zaraz, że wiele par oczu uporczywie wpatruje się w nich. Wkrótce z obozu wyszła kobieta niosąca płonącą gałąź. Rzuciła ją w pobliżu łowców i powróciła do swoich.
— Co to ma znaczyć, brachu? — zapytał bosman.
— Nie wiem, pan Bentley nic nie mówił o płonących gałęziach.
— Hm! Może to znak, żebyśmy rozpalili ogień? — zastanowił się marynarz. — Spróbujmy! Weź tę australijską zapałkę, a ja zbiorę trochę chrustu.
Nie wypuszczając z rąk karabinu ułamał parę gałęzi. Po chwili siedzieli przy płonącym ognisku. Teraz kobieta ofiarowała im blaszaną bańkę z wodą, którą postawiła w połowie drogi między obozowiskiem a łowcami. Tomek przyniósł ją natychmiast. Bosman ulokował bańkę przed sobą mówiąc:
— Ha, ogień i wodę już mamy. Ciekaw jestem, czym oni nas poczęstują? Kobieta ponownie wyszła z kręgu szałasów. Tym razem dała podróżnikom na dużym liściu dwa okrągłe przedmioty. Były to wielkie jaja, na obu końcach prawie jednakowo zaokrąglone, o szorstkiej, ziarnistej, białawożółtej skorupie.
— Mógłbym założyć się o butelkę rumu, że są to jaja strusia emu — domyślił się bosman. — Bentley mówił, że nadają się do jedzenia. Chyba ugotujemy je na twardo?
— Tak, możemy ugotować je w bańce — przytaknął Tomek.
Bosman odlał część wody do manierek. Potem włożył jaja do bańki i umieścił ją na kamieniu położonym w ognisku. Tymczasem kobieta znów przyniosła dwa liście, a na nich, jak na talerzach, leżały paski suszonego kangurzego mięsa oraz jadalne korzenie roślin.
Obydwaj przyjaciele podzielili się jednym jajem emu, zjedli trochę suszonego, twardego mięsa, na deser zaś zabrali się do żucia korzonków. Kiedy zaspokoili głód, zbliżył się do nich stary Australijczyk. Tomek rozpoczął rozmowę, lecz porozumieć się z krajowcem było nadzwyczaj trudno. Znał on bardzo mało słów angielskich, z tego powodu rozmowa, uzupełniana gestami trwała długo, zanim błysk zrozumienia pojawił się w jego oczach. Z zaciekawieniem obejrzał zdjęcie zabitego tygrysa i Tomka na słoniu, z uwagą przysłuchiwał się opowiadaniu o ucieczce koni w czasie burzy. Na zakończenie rozmowy Tomek poprosił o zapas żywności oraz o pozwolenie na odpoczynek w obozie.
Krajowiec odszedł do grupki mężczyzn uzbrojonych w dzidy, bumerangi oraz grube maczugi. Wrzaskliwym głosem powtórzył im słowa Tomka, po czym zapanowała głęboka cisza. Po dłuższej chwili starzec powrócił do łowców. Zatrzymał się przed nimi i rzekł:
— Biali są źli ludzie. Nawet konie wolały iść z dingo niż z wami i uciekły. My również nie chcemy was tutaj widzieć. Idźcie stąd precz, natychmiast!
To powiedziawszy wycofał się zaraz do obozu.
— I co teraz zrobimy? — zafrasował się Tomek. — On na pewno mnie nie zrozumiał.
— Zrozumiał, czy nie zrozumiał, to jedno licho — odparł bosman. — Nie spodobaliśmy się im, więc nie chcą się z nami zadawać.
— Zupełnie niepotrzebnie wygadałem się o ucieczce naszych koni — powiedział Tomek rozżalonym głosem. — Przecież gdyby nie napad dingo, konie nie uciekłyby od nas. Widocznie źle poprowadziłem rozmowę.
— Nie przejmuj się, brachu! I tak nic na to nie poradzisz. Oni po prostu nie lubią białych, ludzi.
— Co teraz zrobimy?
Bosman nieznacznie spojrzał w kierunku obozowiska krajowców. Kilkunastu krajowców z bronią w rękach przyglądało się im wyczekująco. Złowróżbne milczenie było bardzo wymowne.
— Co zrobimy? — powtórzył bosman. — Zwijamy manatki i ruszamy w dalszą drogę. “Gdzie cię nie proszą, tam kijem wynoszą”. Zerknij tylko, jak oni nam się przyglądają. Ale to nie są źli ludzie. Nakarmili nas, a dopiero potem kazali odejść. Pakuj resztkę śniadania do torby, ja natomiast wygaszę ogień. Im szybciej wyniesiemy się stąd, tym lepiej!
Bosman, nie odkładając karabinu, starannie zadeptał ognisko, po czym zaczął przeszukiwać swe kieszenie. W końcu wydobył składany scyzoryk. Trzymając go przed sobą kilkakrotnie otwierał i zamykał ostrza. Ruchy jego były powolne i wykonywane w ten sposób, aby widziano je dokładnie w obozie.
— Co pan wyrabia? — zapytał Tomek zdziwiony jego zachowaniem.
— Trzeba im zostawić coś na pamiątkę — wyjaśnił bosman, — Niech przynajmniej wiedzą, jak się z tym obchodzić.
Bosman owinął scyzoryk w liść i włożył go do stojącego na ziemi blaszanego kociołka. Bez dalszej zwłoki zarzucił na plecy siodła i wraz z Tomkiem oddalił się od obozu. Wkrótce znaleźli się na stepie.
Po zaspokojeniu głodu wędrówka stała się trochę mniej uciążliwa. Na skutek nocnej ulewy ziemia rozmiękła, spalona przez słońce trawa niemal w oczach nabierała żywej, zielonej barwy. Bosman Nowicki zatrzymywał się co pewien czas. Uważnym wzrokiem spoglądał na przebytą już drogę. Wydawało mu się, że w pewnej odległości dostrzega kilka czarnych postaci postępujących za nimi. Przyśpieszył więc kroku, z niepokojem rozmyślając o nadchodzącej nocy.