Enklawa Wolski w shortach (2)
- Автор: Wolski Marcin
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Enklawa Wolski w shortach (2)». Краткое содержание книги:
Z agentem szczurkiem spotkałem się wpół do dziewiątej rano. Miał minę człowieka cierpiącego na niestrawność. Za godzinę senator o kryptonimie „Kukułka” miał wylądować na lotnisku O’Hare.
– Gdzie pan się podziewał przez całą noc, Dingo? Dlaczego uciekał pan moim ludziom?
– Z zawodowego nawyku, Hansen, dla treningu. A pan z jakiego powodu zamierzał mnie budzić po nocy?
– Sytuacja się skomplikowała. Dostaliśmy meldunek ze Szwajcarii od jednego z naszych najlepszych agentów.
– Gratuluję.
– Dzisiejszej nocy (w Europie było to popołudnie), jakaś kobieta złożyła zlecenie na pewien depozyt, który – jak podejrzewamy – należał do Orki. Pieniądze zabójcy przelano na inne, zakonspirowane konto na Kajmanach. Usiłujemy teraz ustalić jakie.
– Co z tą kobietą?
– Jakaś niemieckojęzyczna staruszka, mamy jej rysopis. Ale nasz człowiek dowiedział się o wizycie w banku z godzinnym opóźnieniem. Po staruszce na Banhofstrasse nie został nawet ślad.
Gwizdnąłem przez zęby.
– Jak to interpretujecie?
Hansen podrapał się w głowę.
– Może Orka zorientowała się, że coś zagraża jej planom. Może się zabezpiecza.
– W jaki sposób mogłaby się zorientować?
– Badamy to. O naszej akcji, wliczając w to pana, wiedzą tylko cztery osoby. Trudno założyć jakiś przeciek.
– Mówi pan nielogicznie, Hansen. Jeśli byłby przeciek, to Orka, znając sytuację, zaniechałaby akcji i z pewnością skontaktowałaby się z wami.
– Sam pan podziela nasze opinie o schizoidalnej osobowości zabójcy, Dingo. W swoich myślach już zabił „Kukułkę”. Jest jak drapieżnik na tropie. Poczuł zapach krwi i zapewne za nic nie zrezygnuje z zabawy.
Milczałem. Argumenty Hansena były nie do odparcia. Agent uśmiechnął się
– I jeszcze jedno, mister Sowley. Czy wie pan, że jest śledzony?
– Tak, wiem. Przez czterech pańskich nieudaczników. Zauważyłem ich bez trudu. Nie są to chyba najlepsi pracownicy waszej sekcji.
– Nie mówię o naszych praktykantach. Interesuje się panem ktoś jeszcze, wewnątrz hotelu.
– Zaciekawia mnie pan. Widziano tego kogoś?
– Nie. Ale na godzinę przed wspomnianymi manipulacjami bankowymi w Zurychu, ktoś z aparatu telefonicznego na pierwszym piętrze pańskiego hotelu połączył się ze Szwajcarią. To był zawodowiec, nie zostawił odcisków palców i mówił falsetem tak zniekształconym, że nasi fachowcy nie są w stanie nawet ustalić jego płci.
– I co powiedział?
– „Zebrać plony. Owoc spada. Bardzo ciężka orka”. Zacisnąłem usta. Rzeczywiście, sprawa wyglądała coraz ciekawiej.
Tymczasem Hansen usiłował dowiedzieć się czegoś o moich planach. Czy będę na lotnisku? Na cmentarzu, na korso? Nie miałem zamiaru ułatwiać mu zadania. Żywiłem nadzieję, że intuicja i tym razem mnie nie zawiedzie.
Udało mi się zaparkować wóz w pobliżu Muzeum Historii Naturalnej. Do przyjazdu senatora została mi ponad godzina. Jednym uchem nasłuchiwałem radiowej transmisji. Przerzucałem też materiały dostarczone przez Hansena. Listy pasażerów przybyłych przedwczoraj na O’Hare. Z moim własnym. Uśmiechnąłem się. Zresztą obok znalazłem Marthę Aldridge. Zamieszkałą w Waszyngtonie. Chyba pomyłka? Moja Martha przedstawiła się jako Angielka, zamieszkała we francuskim Lyonie…
Dawno już nie przystępowałem do roboty z równą niechęcią. Niestety nie miałem wyboru. A jeśli nawet miałem, to nie był on zbyt ciekawy. Przechodząc na teren wystawy rozłożonej po dwóch stronach Solidarity Avenue, między pomnikami Kościuszki a Kopernika, przeszedłem przez pobieżną kontrolę osobistą. Wykrywacz metali ani pisnął. A niby dlaczego miał pisnąć. To, co było mi potrzebne, znajdowało się od pewnego czasu wewnątrz zamkniętej strefy, w donicy pięknej astromerii, przy której klęknąłem, zawiązując sznurowadło. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Tłum gęstniał wzdłuż alei, na której miał pojawić się kandydat.
Marthę dostrzegłem w grupie aktorów i prezenterów telewizyjnych. Trudno było ją przeoczyć. Nad większością z nich górowała o pół głowy. Wiatr unosił jej włosy jak u Botticellowskiej Wenus, wynurzającej się z kąpieli. Idąc równolegle do promenady, zapleczem kwietnych ekspozycji, zmierzałem w jej kierunku. Zainteresował się mną jakiś ochroniarz, ale machnąłem tylko plakietką otrzymaną od Hansena i zrezygnował. Dobiegły mnie brawa.
Senator wysiadł już z kuloodpornej limuzyny. Dostrzegłem go w prześwicie tłumu. Mimo sześćdziesiątki na karku trzymał się wyjątkowo młodzieńczo. Zapewne to, co mówiono o jego romansach, było zaledwie częścią prawdy. Szpakowaty, zdecydowany, przypominał nieco Carringtona z „Dynastii”. No, może w nieco lepszym wydaniu. Uosabiał amerykański mit o silnym człowieku sukcesu.
Dzieliło nas jeszcze kilkanaście metrów. Parokrotnie napotkałem argusowe oczka otaczających go goryli. Znajdowałem się prawie tuż za Marthą. Tłum bił brawo i skandował. Martha stała na palcach, krzyczała jak inni i wymachiwała torebką. Musiałem to zrobić.
Poczuła ukłucie. Odwróciła głowę. W jednej sekundzie dostrzegłem i zdziwienie, i sympatię, i ból, i przerażenie.
– Graham…?
Cofnąłem się o krok. Dobrą chwilę napierający tłum nie pozwolił jej upaść. Kiedy osunęła się na ziemię, padając twarzą w trawnik, byłem już w bezpiecznej odległości.
Usłyszałem czyjś okrzyk. Potem wrzawę. Po dobrej minucie nadjechała karetka. Nie śpiesząc się przekroczyłem kordon. Do centrum poszedłem pieszo. Kolejny wóz miałem zaparkowany w podziemnym parkingu trzy przecznice dalej. Wszystko toczyło się według planu. Zanim stwierdzą zgon Aldridge, zanim w szpitalu zorientują się, że nie było to zwyczajne zasłabnięcie w ścisku… nim wypatrzą ślad po ukłuciu…
– Doskonale się spisałeś, Dingo! Tylko włos dzielił nas od nieszczęścia – skomentował operację Hansen. Tuż przed twoim uderzeniem kamera uchwyciła zamach torebką. Wiesz co w niej było? Porcja plastiku ukryta w denku wystarczyła, żeby wysłać do nieba „Kukułkę” wraz z całą obstawą. Do kroćset, jak na to wpadłeś, chłopie?
Ściszyłem głos:
– Niech to zostanie moją tajemnicą. Zadanie wykonane, bilans korzystny – tylko dwóch fachowców od zabijania mniej. Orka w piekle, a ja na emeryturze…
– Nadal trwa pan w zamiarze wycofania się?
– Już się wycofałem. Hansen uśmiechnął się krzywo:
– A swoją drogą, ciekawa osóbka ta Aldridge. Jej amerykański paszport okazał się fałszywy. Ludziom przedstawiała się jako projektantka mody renomowanej firmy Martha Aldridge-Duvalier z Lyonu…
– Pod takim właśnie nazwiskiem poznałem ją w samolocie.