Enklawa Wolski w shortach (2)
- Автор: Wolski Marcin
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Enklawa Wolski w shortach (2)». Краткое содержание книги:
Zapadła cisza. Maria nalewała następną porcję kawy.
– Jedno pytanie, panie doktorze – odezwał się Ronson. – Z pańskich słów wynika, że jakaś ekipa zajmowała się już tą sprawą. Czemu jej nie kontynuuje?
– Tak, miałem roboczy zespół śledczy, szóstkę znakomitych fachowców: dwóch lekarzy, fizyka, dwóch specjalistów od spraw terroryzmu… Miałem… Przedwczoraj, jadąc do mnie, nie zmieścili się na łuku drogi przy Czarnym Urwisku. Drogówka, która pierwsza znalazła się na miejscu, znalazła na asfalcie dużą kałużę oleju… Wszyscy zginęli. Nie mam żadnych dowodów, pozwalających podważyć wersję miejscowej policji, że był to nieszczęśliwy wypadek. Chociaż prywatnie…
Pierwsze zebranie zespołu ustalono na wpół do dwunastej. Do tego czasu mieli się wyspać, odpocząć, zapoznać z materiałami i przedstawić własne koncepcje. W dziennym świetle willa przeznaczona na kwaterę akcji „Foto” straciła wiele ze swojej tajemniczości. Wyglądała dokładnie na to, czym była – starą ruderą. To, co w nocy mogło uchodzić za park, teraz okazało się niewielkim rachitycznym ogrodem.
Martinez zabrał się już do roboty. Siedział obok Marii i analizował sprawozdanie z incydentu w magazynie Howarda. Przed trzema dniami na antresoli budynku eksplodował mały detonator, rozrzucając fotosy na nieomal cały parter domu towarowego. Z zabezpieczonych resztek wynikało, że detonator znajdował się w plastikowej siateczce, pozostawionej za jednym z filarów. Zarówno siatka, jak i jej właściciel nie wzbudziły i nie mogły wzbudzić niczyjego zainteresowania aż do momentu eksplozji.
Na biurku Marii znajdowały się trzy telefony: miejski oraz dwa bezpośrednie – do komisarza i Losera. Na razie wszystkie trzy aparaty milczały.
Ronson poprowadził zebranie. Nie krył trudności przedsięwzięcia. Musieli ruszać z martwego punktu. Zebrane dotąd materiały nie dawały najmniejszych wskazówek do dalszych poszukiwań. Oczywiście trzej byli policjanci zdawali sobie sprawę, że jeśli „fotograficzni żartownisie” byli ludźmi, nie duchami czy kosmitami, nie mogli też działać w próżni. Musieli mieć współpracowników, pieniądze, urządzenia techniczne.
Przy podziale zadań Legrand wziął na siebie tropienie sprzętu – analiza zdjęć, ich format, a także oryginalny sposób wmontowania napisów, sugerowała pewien rodzaj automatycznej kopiarki produkowanej przez ekskluzywną firmę w Zurychu.
Martinez, wspólnie z Marią, chcieli zająć się podobnymi precedensami w przeszłości, tak od strony technicznej, jak i ideologicznej. Niejedna z grupek czy sekt miała w swym programie apokaliptyczne memento. Ronson liczył na swoją siatkę informatorów. Wydawało się niemożliwe, aby coś działo się w mieście bez wiedzy tych, którzy stanowili jego podziemną infrastrukturę.
Monotonnie jazgotała karuzela. Jej właściciel chudy, wyblakły Tim, unikając wzroku Ronsona, w zamyśleniu skubał swoją rzadką brodę.
– Ja się nie bawię w politykę, szefie – mruczał półgłosem.
– A skąd wiesz, że chodzi o politykę? Jacyś kawalarze rozrzucają fotomontaże i tyle…
– Nic o tym nie wiem. I nie chcę wiedzieć. Wyłącz mnie z tego szefie.
Twarz Marka nabrzmiała krwią.
– Przeholowałeś, Tim! – wrzasnął, chwytając go za klapy i ciskając o drewniane przepierzenie. – Już zapomniałeś o aferze z lolitkami? Za dziecięce porno można trafić do pudła na piętnaście lat.
– Ale ja naprawdę nie wiem – zaskowyczał Tim.
– To się dowiedz. Pytaj o nielegalne studia fotograficzne, specjalistów od małej pirotechniki… Miałeś też kiedyś dobre rozeznanie w kręgach Zielonych.
– A co będzie z Teddym? – zapytał nagle kapuś. – Nie chcę, żeby kiblował jeszcze pięć lat.
– Jestem teraz tylko detektywem hotelowym – wyjaśnił Ronson. – Wyciągnięcie twojego kumpla z pierdla przekracza moje… – urwał, widząc szyderczy uśmiech Tima. Zmienił ton. – No dobrze. Zdobądź te informacje, a ja zobaczę, co da się zrobić z twoim Teddym. Zdaje się, że jesteś do niego bardzo przywiązany.
Oczy Tima przybrały wyraz rozmarzenia, ale nie powiedział nic więcej.
Na suchym kacu Raul bywał nieznośny, upierdliwy, ale miewał również przebłyski genialności. Dziś, z zapamiętałością mrówki, przedzierał się przez kilometry danych, tysiące informacji, które Maria po wstępnej analizie przerzucała na jego komputer.
– Gdybym miał rzeczywiste, kompletne akta wszystkich mieszkańców naszej metropolii i zastosował do nich klucz eliminacyjny, po godzinie mielibyśmy całkiem wyraźną grupkę podejrzanych – westchnął w pewnej chwili.
– Loser pewnie ma taką kartotekę – podsunęła Maria.
– Mówię o prawdziwych danych obywateli, którzy nigdy dotąd nie weszli w konflikt z prawem – odburknął Martinez. – Aha… Czy nie zwróciłaś uwagi, że ciągle poza naszą analizą pozostaje cel owych akcji? Pytamy, kto to robi i jak, a nie zastanawiamy się dlaczego?
– Są trzy hipotezy doktora.
– Wiem, ale na zdrowy chłopski rozum, kiedy ktokolwiek występuje z przestrogą, zwykle towarzyszy jej informacja, jak zapobiec grożącemu nieszczęściu. Tak postępują ekolodzy, prorocy i wróżbiarze… Szantażyści dorzucają jeszcze cenę zaniechania. A tu nic. To zupełnie nie ma sensu.
– Chyba że jest to zagrożenie, którego nie można uniknąć – powiedziała Maria.
Ciężki dzień miał się ku końcowi. Mark Ronson po kolei odwiedził piętnastkę swoich czołowych informatorów. Wynik był zniechęcający.
Czy ludzie nabrali wody w usta? Czy naprawdę nic nie wiedzieli? Nie mógł się zorientować. Jak zaklęty milczał bukinista Arnold, zawsze służący szeroką informacją o nielegalnych operacjach pieniężnych. Nie miał nic do powiedzenia czarnoskóry Willy, u którego pół podziemia zaopatrywało się w lewe dokumenty i Claretta, przez którą można było złapać kontakt z mordercami do wynajęcia, a nawet Max, kontrolujący sex-shopy. Zawiódł dystyngowany Rene , bon vivant obracający się w kręgach starej arystokracji, a także wieloletni konfident ze środowiska hippisów, a później punków – Zielony Joe, który prowadził nadrzeczną dyskotekę.
Wszyscy byli zdziwieni powrotem Ronsona do służby. A gdy tłumaczył, że zajmuje się prywatnym zleceniem, deklarowali werbalnie swoją współpracę, tyle, że nie potrafili nic powiedzieć. Owszem, niektórzy słyszeli o katastroficznych zdjęciach, ale wszyscy je zlekceważyli.
Wreszcie wieczorem spotkał się z Luizą – słynną ongiś call-girl; przez jej buduar przewinął się niejeden z szybko zmieniających się gabinetów rządowych. Dziś Luiza, osobiście cokolwiek zużyta, prowadziła dyskretny pensjonacik w stylu późnego rokoka, gdzie obsługę klienta zapewniała młodzież rodem z Trzeciego Świata i Europy Wschodniej. Nadal jednak dysponowała świetnymi informacjami i znakomitą kawą z firmową amaretto na czele. A jej ciało ciągle potrafiło doskonale relaksować. Zresztą, Ronson nie był zbyt wymagający. Zwłaszcza w godzinach pracy.