Zapiski Stanu Poważnego
- Автор: Szwaja Monika
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Zapiski Stanu Poważnego». Краткое содержание книги:
Na reporterskim horyzoncie pojawia się wprawdzie ktoś, kto by się nadał, ale niestety – ma on pewne felery, które niestety uniemożliwiają wydanie się za niego i tzw. „szczęśliwy happy end”. Poza tym co zrobić z tą koszmarną, stresującą, wyczerpującą, ukochaną pracą? Doprawdy, dziecko takiej matki musi wykazać niezłą siłę charakteru, żeby urodzić się w przepisowym terminie.
Sporo w „Zapiskach” prawdziwej telewizji, tej codziennej, nie gwiazdorskiej, takiej od podszewki. Co sympatyczniejsze postacie autorka żywcem przeniosła z rzeczywistości. Monika Szwaja przyznaje się między innymi do podobnego fioła telewizyjnego, jaki ma bohaterka „Zapisków”. Przyjaciele twierdzą życzliwie, że obie są tak samo „zakręcone”…
„Zapiski stanu poważnego” otrzymały III nagrodę w konkursie wydawnictwa Zysk i S-ka na „polską Bridget Jones”.
Rozmowę prowadziliśmy szeptem, ze względu na obecność baby, która teraz wszystkimi siłami starała się usłyszeć, o czym mówimy.
– Bo cię kocham. Oraz bo taka wariatka powinna mieć kogoś, kto jej wybije niektóre pomysły z głowy!
– Ja też cię kocham. Ale nie dam sobą dyrygować.
– Ja nie chcę tobą dyrygować, ja chcę się tobą opiekować.
– A co z wybijaniem?
– Cofam. Będę działał łagodną perswazją.
– Pomyślę.
Weszła pielęgniarka.
– Pan jeszcze tu? Miał pan tylko na chwilę wpaść i porozmawiać, a nie wysiadywać tu godzinami. Proszę kończyć, u nas teraz będzie kolacja i obchód.
– Już idę, proszę pani – powiedział Tymon posłusznie.
– Zajrzysz jeszcze?
– Postaram się. Myśl o mnie i o tym wszystkim, co ci powiedziałem.
Dobry sobie! Nie będę w stanie myśleć o niczym innym.
– Wikuniu moja, słuchaj: przeprowadzę ten rozwód, którego nie przeprowadziłem z lenistwa. Zrobię to tak czy inaczej. Ale pamiętaj: kocham cię i chcę, żebyś była moją żoną… od razu z dzieckiem, to bardzo praktycznie.
Uśmiechał się, ale widziałam, że mówi poważnie. To wszystko wymaga przemyślenia! Kocham go jak wariatka, ale w ogóle nie brałam pod uwagę małżeństwa.
– Naprawdę musisz iść – powiedziałam. – Pani pielęgniarka zagląda co dwie sekundy. Idź, ale pamiętaj: ja też cię kocham.
Wrócił jeszcze od drzwi.
– Byłbym zapomniał.
Wyjął z kieszeni pudełeczko. Pierścionek? Nie, dużo większe.
– Zobacz, czy to jest to, co tak ładnie na tobie pachniało?
Nie musiałam otwierać. Trafił! Trójka Givenchy.
– Gdzieś ty to dostał? Na promie nie było!
– W sklepie wolnocłowym na lotnisku.
– Proszę pana!
– Tak jest, siostro Ratched!
Psiknęłam na siebie troszeczkę tej trójki.
Poniedziałek, 27 listopada
Nie mogę myśleć o niczym innym.
Tymon dzwoni kilka razy dziennie i gadamy o byle czym.
Zdrowieję lawinowo.
Środa, 29 listopada
Odwiedziła mnie Amelia. Nic jej nie powiedziałam. Jakoś mnie zniechęciło, że stanęła po stronie ojca, który zalecał mi ogłoszenie matrymonialne. Pewnie by nie wytrzymała i wygadała wszystko rodzinie i ojciec byłby zachwycony, że jednak złapałam tatusia dla dziecka.
Tymon, oczywiście, dzwonił, żeby pogadać o niczym.
I jeszcze dzwoniła jedna moja koleżanka z pracy, niejaka Lalka Manowska, bardzo ją lubię, chociaż jest ode mnie dwa razy starsza. Powiedziała, że nie przyjdzie mnie odwiedzać, bo smrodek szpitala ją uczula i od razu zaczyna się dusić, ale życzy mi wszystkiego najlepszego.
Czuję się coraz lepiej.
Czwartek, 30 listopada
Pani profesor zapowiedziała, że jeżeli obiecam przyzwoite prowadzenie się (czytaj: bez pracy), to wypuści mnie w przyszłym tygodniu.
Czytałam w prasie fachowej, to znaczy w pismach dla kobiet nowoczesnych, że uprawianie seksu w ciąży jest najzupełniej normalne i wskazane dla związku. Ale to raczej dotyczyło związku istniejącego już przed ciążą. Ciekawe, jakby to wyglądało w moim wypadku?
A może Tymon będzie wolał poczekać, aż urodzę?
Nie rozmawialiśmy o tym przez telefon.
GRUDZIEŃ
Piątek, 1 grudnia
Pani profesor odmówiła wypuszczenia mnie już dzisiaj, nawet na przepustkę do domu.
– Pani Wiko! – powiedziała surowo. – Jeżeli wszystko będzie w porządku, wyjdzie pani w przyszłym tygodniu. Tak mówiłam. W przyszłym tygodniu w piątek. I proszę mi się nie podlizywać, bo wcześniej nie pozwolę.
– Ale czy to nie wszystko jedno, gdzie leżę? A jakbym sobie poleżała we własnym łóżeczku?
– Nie wierzę w to własne łóżeczko. Poleciałaby pani gdzieś, a potem wróciłyby wszystkie kłopoty. Chce pani mieć to dziecko, czy może już nie?
– Pani profesor!
– No więc! Proszę tu leżeć i myśleć pozytywnie.
No to leżę i myślę pozytywnie. O Tymonie, rzecz jasna. Doszłam do wniosku, że oczy to on ma raczej siwe niż błękitne. Powiedzmy szare wpadające w błękit.
Kiedy mnie całował, miał zdecydowanie szare.
A nawet ciemnoszare.
Krysia z Maćkiem przyszli i byli zatroskani.
– Wikuś – powiedział Maciek – powinniśmy jak najszybciej jechać do Niechorza i omówić szczegóły Orkiestry. Myślisz, że będziesz mogła? Bo mamy jeszcze miesiąc. To mało.
– Oni tam robią wszystko, cośmy im kazali – wtrąciła Krysia – ale trzeba by już uzgadniać szczegóły scenariuszowe. Już nam się zaczyna palić pod nogami.
– W przyszłym tygodniu wychodzę – zawiadomiłam ich stanowczo. – Powiedzmy, że przetrzymają mnie tu do piątku, od jedenastego możecie się umawiać w Niechorzu.
– Nie umrzesz nam przy pracy? – Maciek nie był przekonany. – Strasznie bym nie chciał uczestniczyć w twoim pogrzebie!
– Mowy nie ma – pokręciła głową Krysia. – Kwiaty za drogie. Poza tym pamiętaj, że zamierzamy być chrzestnymi rodzicami twojego potomka. Jakbyś miała nie móc, to może by to zrobił kto inny?
– Chora jesteś? – zapytałam mało grzecznie. – Cały rok na to czekam, a ty mi mówisz: kto inny. Będę uważać!
Wtorek, 5 grudnia
Nie chciało mi się pisać przez cały weekend, a jeszcze w poniedziałek byłam zła.
Tatunio mnie zaszczycił. Interesował się, jak tam dzidzia.
– Dzidzia ma się nieźle – powiedziałam. – Miała trochę kłopotów, ale już jej przeszło. Jeszcze trochę poleży i całkiem jej przejdzie.
– Nie zmieniłaś przypadkiem zdania w kwestii, o której mówiliśmy ostatnio?
– Żartujesz?
– Mówię najpoważniej.
– No to lepiej nie mów. Po co masz się denerwować.
Od słowa do słowa… poszedł sobie, a ja zostałam wściekła. Tymon się nie pojawił, dzwonił, że leży w łóżku i intensywnie zwalcza grypę.
Czwartek, 7 grudnia
Niespodzianka. Odwiedziła mnie Ewa. Ona jest pośrednim ogniwem między Lalką a mną. Taka rycząca czterdziestka. Pracowała w mojej redakcji, ale jakieś osiem miesięcy temu poszła na zwolnienie lekarskie. Kontaktowałyśmy się dosyć często do czasu, kiedy przed wakacjami wyjechała do krewnych mieszkających w dawnej rodzinnej posiadłości pod Poznaniem. To jakiś bogatszy odłam familii, bo Ewa należy do tego mniej bogatego, choć tytuł arystokratyczny posiada taki sam. Zaprosili ją do siebie, kiedy zapadła na zdrowiu, żeby na łonie rodziny przechodziła wielce męczącą kurację.
– Boże, co to było – opowiadała ekspresyjnie Ewa. – Co drugi dzień zastrzyk i co drugi dzień telepka i rzyganko. Nikomu nie życzę. No, może paru osobom.
– Ale pomogło ci? – zapytałam ostrożnie. Ewa miała wirusa C.
– Pomogło. To znaczy cofnęło się. Zmiany już nie postępują. Nie mogę pić wina! – Przewróciła żałośnie oczami. – Jak tu jeść obiad bez wina?
– A możesz jeść wszystko?
– Gdzie tam. Bardzo uważam. Czasem grzeszę, ale biorę sylimarol i jakoś leci.
– Wracasz do roboty?
– Wracam, od nowego roku. A w Szczecinie jestem już dwa ty godnie. Chciałam się z tobą jakoś skontaktować, ale byłaś cała w rozjazdach, potem padłaś jak kawka, od razu do szpitala. Trochę mi Krysia opowiedziała o twoich sprawach. Jak tam dzidziuś?
– Dochodzi do siebie.
– Czyj jest? – Ewie zaświeciły oczka.
– Takiego jednego. Nie ma znaczenia. Kiedyś ci opowiem.
– I będziesz go sama chowała?
– No właśnie nie jestem pewna…
– Co mówisz? Dałaś to ogłoszenie? – Ewa miała dobre informacje, widać Krysia nieźle ją uświadomiła na temat moich przejść osobistych.
– Zwariowałaś. Mam wyjść za jakiegoś nieznajomego faceta?
– A co, masz jakiegoś znajomego?
– Krysia nie opowiadała ci o szprotkach?
– Ach, więc jednak! Muszę ci się przyznać, że opowiadała i nawet trochę spekulowałyśmy na wasz temat, tylko Kryśka nie była pewna.
– Powiedział, że mnie kocha. I chce, żebym za niego wyszła.
– A ty?
– Ja też. To znaczy, kocham go, a w każdym razie strasznie mi się podoba i strasznie go chcę. Ale z tym małżeństwem… Sama nie wiem. W pierwszej chwili w ogóle o tym nie myślałam, wydawało się oczywiste, ale teraz tak sobie tu leżę i myślę…
– Widziałam go w programie. Też mi się podoba.
– Ewka!
– No coś ty! Ja mam swojego Stefana!
Ewy Stefan to był taki trochę odpowiednik mojego pięknego Stanisława, z tym że permanentny. Kochał ją i co jakiś czas przyjeżdżał do niej, nie interesując się specjalnie, czy Ewa ma jeszcze kogoś czy nie. A miewała. Ściślej mówiąc, miała całą kolekcję narzeczonych, którzy potrzebni jej byli do różnych celów. Obracała się w różnych kręgach towarzyskich i rozrzut środowisk, jakie reprezentowali narzeczeni, był imponujący.
– Stefan cały czas?
– Tak, oczywiście. Dzwoni codziennie. Tylko weekendy ma wolne ode mnie, wiesz: dla rodziny. Czekaj, a co z tobą? Z tą pracą myślową?
– Praca myślowa jest właśnie na temat pracy. Bo widzisz, niby wszystko jest jasne i proste, lecimy na siebie aż ziemia jęczy, jemu nie przeszkadza nawet moja ciąża, mówił, że to praktycznie, od razu z dzieckiem…