Zapiski Stanu Poważnego
- Автор: Szwaja Monika
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Zapiski Stanu Poważnego». Краткое содержание книги:
Na reporterskim horyzoncie pojawia się wprawdzie ktoś, kto by się nadał, ale niestety – ma on pewne felery, które niestety uniemożliwiają wydanie się za niego i tzw. „szczęśliwy happy end”. Poza tym co zrobić z tą koszmarną, stresującą, wyczerpującą, ukochaną pracą? Doprawdy, dziecko takiej matki musi wykazać niezłą siłę charakteru, żeby urodzić się w przepisowym terminie.
Sporo w „Zapiskach” prawdziwej telewizji, tej codziennej, nie gwiazdorskiej, takiej od podszewki. Co sympatyczniejsze postacie autorka żywcem przeniosła z rzeczywistości. Monika Szwaja przyznaje się między innymi do podobnego fioła telewizyjnego, jaki ma bohaterka „Zapisków”. Przyjaciele twierdzą życzliwie, że obie są tak samo „zakręcone”…
„Zapiski stanu poważnego” otrzymały III nagrodę w konkursie wydawnictwa Zysk i S-ka na „polską Bridget Jones”.
– To dobrze o nim świadczy!
– Właśnie. Bardzo jest sensowny. Więc wyobraź sobie, że wychodzę za niego i zamieszkuję w tym jego domu w Świnoujściu… W Świnoujściu!
– Ach, rozumiem! W Świnoujściu, powiadasz?
– W Świnoujściu.
– W Świnoujściu. O cholera.
– Sama widzisz.
– Widzę. Trochę daleko do firmy, co?
– Trochę daleko.
– A on by się nie przeprowadził?
– Wątpię. On ma tę swoją firmę rybacką, te kutry, co nimi łowi różne rybki, musi mieć rękę na pulsie, tak to sobie wyobrażam.
– A dom jaki?
– Fajny. Ale daleko.
Zamilkłyśmy. Ewa, podobnie jak ja i Lalka Manowska, miała fioła na punkcie telewizji. We trzy stanowiłyśmy miejscowy klub hobbystek. Nie miało to nic wspólnego z byciem „panią z telewizji”. My kochałyśmy tę robotę.
– No i co będzie? – zapytała.
– Nie wiem. Chcę jego i chcę pracować.
– Przecież musisz wychowywać dziecko.
– To będę je wychowywać. Ale czy ty sobie wyobrażasz, że oddalam się od zawodu i wracam do niego, jak już kotuś będzie pełnoletni?
– To już pewnie nie będziesz miała do czego wracać.
– Otóż to.
– I co zrobisz?
– Nie wiem!
Znowu pomilczałyśmy trochę na ten sam temat.
– Może my już jesteśmy za stare na małżeństwo? – powiedziałam, mając na myśli jej licznych narzeczonych i moje rozterki.
– Mów za siebie. Ja tam na nic nie jestem za stara. Ale rzeczywiście, to jest problem. Nie wiem, co by ci tu poradzić. Zobacz jak się będzie rozwijało.
Sama jestem ciekawa.
Piątek, 8 grudnia
Pani profesor pozwoliła mi wyjść ze szpitala.
– Tylko niech pani sobie nie wyobraża, że jeśli panią spuściłam z łańcucha – proszę wybaczyć porównanie – to może pani robić wszystko, co się pani podoba! Zwolnienie ma pani na dwa tygodnie i niech pani nie waży się pracować! Nie musi pani leżeć w łóżku bez przerwy, ale proszę się oszczędzać. Zdecydowanie oszczędzać! Nie łazić! Jeździć samochodem! Nie nosić! Nie denerwować się! Za dwa tygodnie do mnie na kontrolę.
– Pani profesor – zaczęłam nieśmiało, bo jednak mnie krępowało pytanie, które chciałam zadać. – A jak z seksem?
– Bardzo delikatnie – powiedziała pani profesor machinalnie i nagle oko jej błysnęło jak normalnej kobiecie. – A co, tatuś się zreformował?
– Tatuś nie. Ale jest ktoś taki…
– Życzę szczęścia. I proszę pamiętać: na oddziale chcę panią widzieć dopiero w kwietniu! W końcu kwietnia! Nie wcześniej! Za dwa tygodnie do mnie na kontrolę.
Nie uważałam za stosowne poinformować jej, że mamy w planie transmisję znad morza w styczniu oraz dokumentację w najbliższy wtorek, bo mogłaby się zdenerwować.
Oczywiście, zatelefonowałam do niezawodnego szwagra i niezawodny szwagier przyjechał samochodem zabrać mnie do domu. Dzwoniłam też do Tymona, ale odpowiedział mi automatycznie, więc nagrałam tylko bieżący komunikat. Ostatnio znowu trudno było go złapać. Zalatany biznesmen w kłopotach.
Po drodze do domu zastanawiałam się, jak też ułoży mi się z rodziną, która wciąż nie wiedziała o moim świeżutkim romansie. Miałam wielką ochotę wtajemniczyć Krzysia, tak po prostu, żeby mieć z kim pogadać, ale jakoś się powstrzymałam. Lepiej, żeby nie miał nic do ukrycia przed swoją żoną a moją siostrą.
– Może byłoby dobrze – zastanawiał się po drodze – gdybyś nie szła do siebie, tylko została z nami wszystkimi na dole…
– Nie, Krzysiu. Nie byłoby najlepiej. Ojciec by mnie obchodził z daleka, jak śmierdzące jajko, mama czułaby się głupio, Mela też… A ja bym miała stale nad głową tę rodzinną dezaprobatę. Nawet uwzględniając ciebie i Bartka, byłoby mi trochę nieswojo. A tak będę sobie odpoczywać, posłucham muzyczki, zjem coś lekkiego. A propos, zatrzymajmy się przy jakimś sklepie, bo muszę sobie kupić żarcie.
– Nie trzeba – powiedział Krzyś. – Bartek miał zrobić dla ciebie podstawowe zakupy. Oraz odkurzyć mieszkanie ukochanej cioci, bo się trochę zapuściło. Może nawet już zdążył.
Jak to dobrze, że Bartek wrodził się w tatusia, a nie w mamusię. Chociaż Mela nie jest jeszcze taka najgorsza. Gdyby chłopię wrodziło się w dziadka, to by było fatalnie!
W domu miałam rzeczywiście porządek, świeżo przewietrzone i tak dalej. Lodówka zawierała tak niezbędne rzeczy do jedzenia, jak duża ilość kabanosów, trzy litry mleka, jajka, lody, nutellę i z pół metra schabu bez kości. Żebym sobie mogła zrobić kotleciki. Jak pokroiłam ten schab w kotleciki, wyszło mi osiemnaście. Na jakiś czas starczy. Chleba tostowego też było na jakieś dwa tygodnie. Dobre dziecko nie pożałowało cioci jedzonka.
Magnesem do drzwi lodówki przyczepiona była kartka z mikroskopijnymi literkami.
Ciotka! – pisało dziecko. – Cieszę się, że znowu żyjesz. Jakbyś chciała zagrać w pokera, to daj znać.
Zadzwoniłam do niego.
– Dziękuję ci, siostrzeńcze – powiedziałam z prawdziwą wdzięcznością. – Jesteś kochany. Pokera odłożymy, bo nie jestem jeszcze w formie, ale na herbatę mógłbyś wpaść.
– Nie, ciociu – odpowiedziało dziecko. – Tym pokerem to ja cię chciałem rozweselić, ale jeśli nie grasz, to raczej pojadę do radia. Zrobię taki jeden dżingiel na jutro, bo obiecałem. Na pewno nic ci już nie trzeba?
– Na pewno.
– Czekaj, ciocia, bo tu babcia mi słuchawkę wyrywa…
– Wika – usłyszałam w słuchawce głos mamy – wszystko w porządku? Czemu nie chciałaś do nas przyjść?
– W porządku, mamo, nic się nie martw. Ale wolę być u siebie. Nie czułabym się dobrze ścigana potępiającym spojrzeniem taty. A ty już się pogodziłaś z rzeczywistością, mamuś?
– Och, wiesz, jak to jest – powiedziała mama wymijająco. – Ojciec ma swoje racje, ale i ty masz swoje. My cię przecież nie wyrzucamy z rodziny. Jesteś cały czas naszą córką…
– To miło, że tak mówisz, naprawdę. Ale myślę, że lepiej będzie, jeżeli na razie zostanę na swoich śmieciach. Będę sobie odpoczywać, a ty nie będziesz musiała wybierać między ojcem a mną. Całuję cię, mamo.
Pozostanie na swoich śmieciach ma jeszcze jedną nieocenioną zaletę: mogę spokojnie czekać na telefon od Tymona, ze świadomością, że kiedy zadzwoni, będziemy mogli rozmawiać całkowicie swobodnie.
Zadzwonił koło jedenastej wieczorem.
Do drzwi.
Nareszcie mogłam mu wpaść w objęcia i nie przejmować się, że zaraz przyjdzie pielęgniarka albo współlokatorka.
Staraliśmy się zachować zalecaną przez panią profesor delikatność.
Te oczy rzeczywiście ma raczej szare…
Sobota, 9 grudnia
– Kocham cię.
To było pierwsze, co usłyszałam rano, obudziwszy się w ramionach wymarzonego mężczyzny (stosunkowo krótko o nim marzyłam, ale jednak).
Wymarzony mężczyzna spoglądał na mnie badawczo, jakby mnie nigdy przedtem nie widział.
– Od razu cię uprzedzam, że będę się powtarzał. Kocham cię. Zabawne uczucie. Myślałem, że już to przerobiłem definitywnie. A teraz mam wrażenie, że wszystko zaczyna się od nowa.
– Wszystko, to znaczy co?
– Życie. Nieźle, prawda?
– Prawda.
Pocałowałam go w uśmiech.
– Jak to dobrze, że przyjechałeś.
Koło dwunastej Tymon opuścił moje łóżko i zajął moją łazienkę. Bardzo dobrze, że mam zawsze w zapasie świeżą szczoteczkę do zębów – dla niespodziewanych gości.
Śniadanie składało się z tostów, jajek i kabanosów.
Zmywał Tymon. Potem oglądaliśmy w telewizji „Pół żartem, pół serio”, popłakując ze śmiechu. Fajnie, że śmieszą nas te same gagi. Koło trzeciej zadzwoniła mama z zaproszeniem na sobotni obiadek. Podziękowałam, mówiąc, że muszę zacząć zjadać osiemnaście kotletów schabowych nabytych przez Bartusia.
Usmażyłam ich rzeczywiście kilka, podczas gdy Tymon wylegiwał się na tapczanie, gadał głupstwa i chichotał. Kotlety mu smakowały, co uznał za dobrą zapowiedź małżeństwa.
Małżeństwa!
Nie musiałam szukać odpowiedzi, bo zadzwonił Krzysio z zapytaniem o zdrowie. Na szczęście to taktowny facet. Wyczuł, że nie spieszy mi się do kontaktów towarzysko-rodzinnych, więc jeszcze tylko zapewnił mnie o swojej gotowości do niesienia pomocy w razie czego i się wyłączył.
Zrobiłam herbatę i na powrót ulokowałam się w ramionach mojego nowego mężczyzny. Tym razem na kanapie. Siedzieliśmy sobie, nic nie robiąc, nic nie mówiąc i wpatrując się w noc za oknem. Taką grudniową, co to zapada o trzeciej po południu. Jak to dobrze, że niedługo dzień zacznie przyrastać. Nie znoszę tych wczesnych zmierzchów!
– Lubię twoje imię – powiedziałam. – Skąd je właściwie masz takie rzadko spotykane?
– Mój ojciec wykłada historię starożytną na uniwersytecie we Wrocławiu. Szczególnie przywiązany jest do Grecji. Przy mniejszym szczęściu miałbym na imię Perykles… Albo jakoś podobnie.
– A mama?
– Mama wykłada teorię literatury. Też we Wrocławiu. Oni oboje są ze Lwowa. A ja już jestem tutejszy. To znaczy z Ziem Zachodnich.
– I tak cię puścili do WSM-ki?
– Mama trochę się bała, bo nie ufała nigdy morzu do końca. Ojciec nie miał oporów. Uważał, że mężczyzna sam sobie musi szukać szczęścia w życiu. Wolałby mnie widzieć w mundurze kapitana prawdziwej żeglugi wielkiej, ale jakoś się pogodził i z rybami.
– A twoja żona?
– Zakochałem się w niej na etapie robienia dyplomu. Ona nie była od tego… dopiero po jakimś czasie okazało się, że ją rozczarowuję.