Statki czasu [The Time Ships - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М.
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-087-4
- Переводчик: Edward Szmigiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Statki czasu [The Time Ships - pl]». Краткое содержание книги:
Autoryzowana kontynuacja Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa.
Czyja rzeczywiście kiedykolwiek nosiłem takie rzeczy? Musiałem! Ale trudno mi było wyobrazić sobie cokolwiek, co bardziej by odbiegało od mojego aktualnego stonowanego stylu ubierania się.
— Niech to licho porwie — nie mogłem się powstrzymać — ubrał się pan jak cyrkowy klaun!
Wydawał się zbity z tropu — najwidoczniej dostrzegł coś dziwnego w mojej twarzy — ale odpowiedział dość rezolutnie:
— Być może powinienem zamknąć panu drzwi przed nosem. Czy wdrapał się pan na to wzgórze tylko po to, żeby mi ubliżać z powodu ubrania?
Dostrzegłem, że jego bukiecik jest dość przywiędły i wydawało mi się, że wyczuwam w jego oddechu zapach brandy.
— Czy dziś jest czwartek? — zapytałem.
— To bardzo dziwne pytanie. Powinienem...
— Tak?
Uniósł świeczkę i spojrzał mi w twarz. Tak był zafascynowany mną — własnym ja, które niezbyt jasno pojmował — że zignorował Morloka: człekopodobną istotę z odległej przyszłości, która stała nie dalej niż dwa jardy od niego! Zastanawiałem się, czy w tej scence nie kryje się jakaś niezdarna metafora: czy w ostatecznym rozrachunku nie wyruszyłem w czas tylko po to, by odnaleźć samego siebie?
Nie miałem jednak czasu na ironię i poczułem się dość zakłopotany, że w ogóle sformułowałem taką literacką myśl!
— Tak się składa, że dziś jest czwartek. A raczej był, bo teraz mamy wczesne godziny piątku. I co z tego? I przede wszystkim, dlaczego pan o tym nie wie? Kim pan w ogóle jest?
— Powiem panu, kim jestem — odparłem. — I — wskazałem Morloka, na co nasz niechętny gospodarz otworzył szerzej oczy — kim on jest. I dlaczego nie mam pewności, która jest godzina, czy nawet jaki jest dziś dzień. Najpierw jednak... Czy możemy wejść do środka? Chętnie bym skosztował pańskiej brandy.
Stał w miejscu przez około pół minuty. Knot świeczki w kałuży wosku sypał iskry. Usłyszałem westchnienie Tamizy w oddali, gdy rzeka mijała ospale mosty w Richmond. W końcu odpowiedział:
— Powinienem wyrzucić was na ulicę! Ale...
— Wiem — powiedziałem łagodnie. Popatrzyłem na mojego młodszego odpowiednika z pobłażaniem; zawsze byłem skory do snucia gorączkowych domysłów i mogłem sobie wyobrazić, jakie to szalone hipotezy już kiełkują w tamtym płodnym, niezdyscyplinowanym umyśle!
Powziął decyzję. Odsunął się od drzwi.
Dałem znak Nebogipfelowi, żeby ruszył naprzód. Morlok, którego stopy były gołe z wyjątkiem warstwy włosów, stąpał cicho po parkiecie w holu. Mój młodszy odpowiednik popatrzył na Morloka — Nebogipfel odwzajemnił spojrzenie z zainteresowaniem — i powiedział:
— Jest... eee... późno. Nie chcę budzić służących. Chodźcie do jadalni; tam jest prawdopodobnie najcieplej.
W holu panowała ciemność; dolna część ściany o charakterze cokołu była właśnie malowana, a powyżej znajdował się rząd wieszaków na kapelusze. Światło świeczki powodowało, że szeroka czaszka naszego niechętnego gospodarza wyglądała jak ciemny kontur, kiedy wprowadzał nas przez drzwi do palarni. W jadalni nadal żarzyły się węgle w kominku. Nasz gospodarz zapalił świeczki od tej, którą niósł, i w pomieszczeniu zrobiło się jasno, gdyż znajdowało się tam kilkanaście świec: dwie w pojedynczych, mosiężnych świecznikach na gzymsie, między którymi wygodnie stał sobie pękaty słoik z tytoniem, a reszta w lichtarzach.
Rozejrzałem się po tym ciepłym i wygodnym pokoju — tak znajomym, a jednak tak odmiennym z powodu bardzo subtelnych zmian w ustawieniu mebli i wystroju! Przy drzwiach stał stolik ze stosem gazet — bez wątpienia obfitujących w ponure analizy najnowszych oświadczeń pana Disraeli, lub być może jakieś strasznie nudne artykuły na temat kwestii wschodniej — äw pobliżu kominka stał mój niski i wygodny fotel. Ale po moim komplecie ośmiokątnych stolików i lampkach żarowych ze srebrnymi ozdobami w kształcie lilii nie było śladu.
Gospodarz podszedł do Morloka. Pochylił się do przodu, opierając ręce na kolanach.
— Co to jest? Wygląda jak jakaś małpa lub zdeformowane dziecko. Czy to coś ma na sobie pańską marynarkę?
Obruszyłem się, słysząc taki ton i zdziwiłem się, że tak zareagowałem.
— „To coś” — powiedziałem — to prawdę mówiąc „on”. I potrafi sam za siebie mówić.
— Doprawdy? — Zwrócił twarz w kierunku Nebogipfela. — Naprawdę potrafisz? Na wielkiego Scotta!
Patrzył dalej na owłosioną twarz biednego Nebogipfela, a ja stałem na dywanie w jadalni i usiłowałem nie zdradzać oznak zniecierpliwienia — by nie rzec zażenowania — z powodu tego niegrzecznego zachowania.
Przypomniał sobie o obowiązkach gospodarza.
— Och — powiedział — przepraszam. Usiądźcie, proszę.
Opatulony moją marynarką Nebogipfel stał na środku dywaniku przed kominkiem. Zerknął na podłogę, a potem rozejrzał się po pokoju. Wydawało się, że na coś czeka i po chwili zrozumiałem, o co chodzi. Morlok był tak przyzwyczajony do techniki swoich czasów, że czekał, aż mebel zostanie wytłoczony z dywanu! Choć później w trakcie naszej znajomości Morlok miał się wykazać sporą wiedzą i elastycznością umysłu, w tamtej chwili był tak zaskoczony, jak ja mógłbym być, gdybym szukał lamp gazowych na ścianie jakiejś jaskini w epoce kamiennej.
— Nebogipfelu — odezwałem się — to są prymitywniejsze czasy. Przedmioty są trwałe. — Wskazałem na stół jadalny i krzesła. — Musisz sobie wybrać jedno z nich.
Mój młodszy odpowiednik słuchał tych wyjaśnień z wyraźnym zainteresowaniem.
Po kilku sekundach dalszego wahania Morlok ruszył do jednego z masywniejszych krzeseł.
Znalazłem się tam przed nim.
— Właściwie nie to, Nebogipfelu — powiedziałem łagodnie. — Chyba nie byłoby ci wygodnie na tym krześle, widzisz, mogłoby spróbować zrobić ci masaż, a nie jest przystosowane do twojej wagi...
Gospodarz spojrzał na mnie zaskoczony.
Pod moim kierunkiem — czułem się jak niezdarny rodzic, kiedy krzątałem się przy Morloku — Nebogipfel wysunął proste krzesło z pionowym oparciem i wdrapał się na nie; siedział na nim ze zwisającymi nogami, jak jakieś włochate dziecko.
— Skąd pan wiedział o moich aktywnych krzesłach? — zapytał gospodarz. — Pokazałem je zaledwie kilku przyjaciołom. Konstrukcja nawet nie jest jeszcze opatentowana...
Nie odpowiedziałem. Jedynie popatrzyłem mu dość długo w oczy. Dostrzegłem, że niezwykła odpowiedź na jego pytanie już kiełkuje mu w umyśle.
Odwrócił spojrzenie.
— Niech pan usiądzie — powiedział do mnie. — Proszę. Przyniosę brandy.
Siedziałem z Nebogipfelem — przy własnym przeobrażonym stole jadalnym, w towarzystwie Morloka! — i rozglądałem się. W jednym narożniku jadalni na trójnogu stał stary, gregoriański teleskop, który przyniosłem z domu rodziców — prosty przyrząd, który dawał jedynie zamglony obraz, a jednak w dzieciństwie stanowił dla mnie okno na wspaniałe światy na niebie i na intrygujące cuda fizyki optycznej. A za tym pokojem znajdowało się ciemne przejście do laboratorium; drzwi do niego pozostawiono niedbale otwarte. Zaglądając w to przejście, zobaczyłem kuszący widok samego warsztatu: bezładnie leżącą aparaturę na stołach, rozłożone na podłodze arkusze rysunkowe i rozmaite narzędzia oraz urządzenia.
Powrócił do nas gospodarz; niósł niezdarnie trzy kieliszki do brandy i karafkę. Nalał trzy spore porcje; alkohol skrzył się w świetle świec.
— Proszę — powiedział. — Czy jest warn zimno? Czy mam rozpalić ogień?