Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Исторические детективы » Diamentowa karoca 1: Łowca ważek
Diamentowa karoca 1: Łowca ważek - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Diamentowa karoca 1: Łowca ważek

Электронная книга - «Diamentowa karoca 1: Łowca ważek». Краткое содержание книги:

Rosja, maj roku 1905. Trwa na wpół przegrana wojna z Japonią. Wybuchła już, ale nie rozhulała się jeszcze rewolucja. Losy wojny i rewolucji przechylić chce nieuchwytny japoński dywersant, zwany Akrobatą. Ten istny geniusz zagłady ma tylko jednego godnego siebie wroga. Nieubłaganie tropi go cywilny doradca rządowy do spraw bezpieczeństwa kolei, Erast Pietrowicz Fandorin…
1 ... 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37
Перейти на страницу:

Zaraz potem ruszył się jeszcze jeden, lecz był dobrze widoczny na tle białej nadbudówki i Erast Piotrowicz zdołał trafić go w nogę. W każdym razie trafiony jęknął – czyli był żywy.

Skończyły się naboje, jakie Fandorin dostał od Kroszkina. Wziął rewolwer nieboszczyka, ale ten miał w bębenku zaledwie trzy kule. A do czwartej zostało jeszcze całych osiemnaście minut.

– Śmielej, towarzysze! – krzyknął ten sam głos. – Kończą się im naboje. Rąbać cumy!

Rufa barki odsunęła się od pomostu; trapy, skrzypnąwszy, runęły do wody.

– Naprzód, na holownik! Wszyscy razem, towarzysze!

I tu nie dało się już nic zrobić. Gdy z barki rzuciła się na dziób hurma ludzi, Fandorin nie zaczął nawet strzelać. Co za sens?

Holownik bryznął z komina snopem iskier, plusnął kołami. Hole napięły się, zadźwięczały.

Ruszyli o trzeciej czterdzieści sześć – inżynier popatrzył na zegarek.

Udało się ich zatrzymać na dwadzieścia jeden minut. Cena – życie dwóch ludzi.

Ruszył brzegiem, równolegle do barki.

Najpierw nadążyć było nietrudno, potem musiał przejść w bieg – holownik stopniowo nabierał szybkości.

Kiedy Erast Piotrowicz mijał most kolejowy, z korony nasypu dobiegł łomot stalowych kół. Z ciemności całym pędem gnała duża drezyna, gęsto wypełniona ludźmi.

– Tutaj! Tutaj! – Fandorin zamachał i wypalił w powietrze. Po stoku ciężko biegli ku niemu żandarmi.

– Kto tu starszy?

– Porucznik Briancew!

– To oni! – wskazał Erast Pietrowicz oddalającą się barkę. – Połowa mostem na tamten brzeg. I z obu stron. Dogonimy ich. Ognia po sterówce holownika. Aż się poddadzą. Marsz!

Dziwna pogoń pieszych żandarmów za płynącą po rzece barką trwała niedługo.

Strzelanina z holownika szybko słabła. Bojowcy coraz rzadziej ryzykowali wychylanie się zza żelaznych burt. Ze sterówki wyleciały przebite kulami szyby i sternik wiódł stateczek na ślepo, nie wytykając nosa. Dlatego też pół wiorsty za mostem holownik wszedł na mieliznę i stanął. Barkę zaczęło z wolna znosić bokiem.

– Wstrzymać ogień! – rozkazał Fandorin. – Każcie im się poddać.

– Rzućcie broń, bałwany! – krzyczał – z brzegu porucznik. – Nie macie szans! Poddawać się!

Eserowcy w istocie nie mieli szans. Nad wodą wisiała rzadka mgiełka przedświtu, ciemność topniała w oczach, a na obu brzegach zalegli żandarmi, więc nie uciekłoby się i pojedynczo wpław.

Pod sterówką zebrała się grupka ocalałych – pewno się naradzali.

Potem jeden wyprostował się na całą wysokość.

– On!

Akrobata vulgo sztabskapitan Rybnikow – mimo odległości omylić się było niepodobna.

Na holowniku zaśpiewał nieskładny chór, a szpieg japoński rozpędził się i przeskoczył na barkę.

– Cóż to on? Co robić? – spytał nerwowo porucznik.

– „Nie podda się wrogom nasz mężny „Wariag”, o litość nikt z nas nie poprosi” * – dobiegło z holownika.

– Strzelać, strzelać! – wykrzyknął Fandorin, widząc jak w rękach Akrobaty iskrzy się drobny ognik, podobny do bengalskiego. – To laska dynamitu!

Lecz było za późno. Dynamit wpadł do ładowni barki, a fałszywy sztabskapitan, zerwawszy z burty koło ratunkowe, skoczył do rzeki.

Tuż potem barka, przełamana kilkoma potężnymi eksplozjami na dwoje, stanęła dęba. Przednia połowa podskoczyła i nakryła sobą holownik. W powietrze wyleciały odłamki drzewa i metalu, po wodzie rozpłynęło się płonące paliwo.

– Kłaść się! – wrzasnął rozpaczliwie porucznik, lecz żandarmi już popadali bez komendy na ziemię, nakrywszy głowy rękoma.

Obok Fandorina wryła się w grunt pogięta, gwintowana lufa. Briancew patrzył ze zgrozą na miotający się tuż obok ręczny granat, który wirował wściekle, łyskając fabrycznym smarem.

– Nie bój się pan, nie wybuchnie – powiedział inżynier. – Jest bez zapalnika.

Oficer podniósł się, skonfundowany.

– Wszyscy cali? – rzucił energicznie. – Wychodzić, do szeregu, kolejno odlicz! Ej, feldfeblu! – krzyknął, złożywszy ręce w tubę. – Jak twoi?

– Jednego zahaczyło, waszdost…! – doniosło się z tamtego brzegu.

Po tej stronie odłamki dosięgły dwóch, lecz niegroźnie. Podczas gdy opatrywano rannych, inżynier zawrócił w stronę mostu, gdzie zauważył wcześniej budkę pławowego.

Z powrotem na miejsce wybuchu przypłynął łódką. Wiosłował pławowy, Fandorin zaś stał na dziobie, patrząc na szczątki i tłuste plamy, pokrywające, jak okiem sięgnąć, taflę rzeki.

– Można z panem? – zapytał Briancew. Chwilę potem, już w łódce, zapytał: – Czego pan tak wypatruje? Panowie rewolucjoniści na dnie, to jasne. Później sprowadzi się nurków, wyciągną zwłoki. I ładunek – ile znajdą.

– Głęboko tu? – zwrócił się inżynier do wioślarza.

– W tę porę będą ze dwa sążnie. Miejscami i trzy. Latem, jak słońce przygrzeje, to ubywa, a jak na razie – głęboko.

Łódka z wolna płynęła w dół z prądem. Erast Piotrowicz wciąż nie odrywał wzroku od wody.

– Ten, co dynamit rzucił, niezły wariat – powiedział Briancew. – Nie uratowało go koło. Spójrz pan, tam płynie.

I w istocie, przed nimi kołysało się na falach czerwono-białe korkowe koło.

– Hej! Wiosłuj tam!

– Na co ono panu? – spytał porucznik, patrząc, jak Fandorin wychyla się, żeby sięgnąć.

Erast Piotrowicz znów nie zaszczycił gadatliwego oficera odpowiedzią. Zamiast tego wymamrotał:

– Uhu, oto gdzie jesteś, ptaszku.

Wyciągnął koło z wody i okazało się, że od wewnętrznej strony przyczepiona jest do niego czerwona gumowa rurka.

– Znana sztuczka – uśmiechnął się inżynier. – Tylko dawniej wykorzystywano bambus, a nie gumową koszulkę lontu po wyjęciu rdzenia.

– Do lewatywy ta rurka? Jaka znów sztuczka?

– Chodzenie po dnie. Ale pokażę panu jeszcze lepszą. – I Fandorin ścisnął palcami rurkę.

Minęła minuta, potem druga.

Porucznik patrzył na inżyniera z wzrastającym wciąż niedowierzaniem, inżynier zaś popatrywał to na wodę, to na wskazówkę sekundnika swego zegarka.

– Fenomenalne! – Pokiwał głową. – Nawet u nich…

W połowie trzeciej minuty o jakie piętnaście sążni od łódki z wody wynurzyła się raptem głowa.

– Wiosłuj! – krzyknął Fandorin do łódkarza. – Teraz go mamy! Jeśli nie zostanie na dnie – mamy!

I, ma się rozumieć, mieli. Zmyślny Akrobata nie miał już szans ucieczki. Nie stawiał zresztą oporu. Gdy żandarmi wiązali mu ręce, siedział z nieobecną twarzą, przymknąwszy oczy. Z mokrych włosów ściekały mu mętne strużki, koszulę pokrył zielonkawy muł.

– T-tęgi gracz z pana, lecz pan przegrał – powiedział Erast Piotrowicz po japońsku.

Aresztowany otworzył oczy i długo wpatrywał się w inżyniera. Trudno było poznać, czy zrozumiał, czy nie. Wtedy Fandorin pochylił się i wyrzekł dziwne słowo:

– Tamba.

– No cóż, amba to amba – obojętnie odparł Akrobata, i było to wszystko, co odeń usłyszano.

* * *

Milczał i w krutickim więzieniu garnizonowym, gdzie przekazano go z miejsca zatrzymania.

Na przesłuchanie zjechało się całe zwierzchnictwo: i żandarmerii, i prokuratury wojskowej, i Ochrany, ale ani prośbą, ani groźbą z Rybnikowa nie wyciągnięto słowa. Starannie obszukany i przebrany w aresztancki chałat, siedział bez ruchu. Na generałów nie patrzył, tylko od czasu do czasu popatrywał na Fandorina, który nie brał udziału w przesłuchaniu i w ogóle trzymał się z boku.

вернуться

* Pieśń Eugenii Studieńskiej, opiewająca zatopienie w nierównej walce krążownika „Wariag” pod Czemulpo w 1904 r. (przyp. tłum.).

1 ... 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)