Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Исторические детективы » Diamentowa karoca 1: Łowca ważek
Diamentowa karoca 1: Łowca ważek - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Diamentowa karoca 1: Łowca ważek

Электронная книга - «Diamentowa karoca 1: Łowca ważek». Краткое содержание книги:

Rosja, maj roku 1905. Trwa na wpół przegrana wojna z Japonią. Wybuchła już, ale nie rozhulała się jeszcze rewolucja. Losy wojny i rewolucji przechylić chce nieuchwytny japoński dywersant, zwany Akrobatą. Ten istny geniusz zagłady ma tylko jednego godnego siebie wroga. Nieubłaganie tropi go cywilny doradca rządowy do spraw bezpieczeństwa kolei, Erast Pietrowicz Fandorin…
1 ... 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37
Перейти на страницу:

Czując, jak czoło zrasza mu zimny pot, Eustracjusz Pawłowicz wrócił do przedpokoju.

– No i co? – samymi wargami zapytał Saplukin.

Radca dworu tylko nań machnął. Zajrzał do pokoju po prawej.

Był kubek w kubek taki sam jak lewy – i meble, i lustro, i okno.

Żywej duszy, pusto!

Mylnikow padł na czworaki, poświecił pod stołem, choć hipoteza, że filer wpadł na pomysł zabawy w chowanego, trąciła absurdem.

Do przedpokoju Eustracjusz Pawłowicz wypadł, mamrocząc:

– Panie, władyko niebieski!

Odepchnął agentów, rzucił się w drzwi pośrodku – już nie z pałką, lecz z rewolwerem.

Była to sypialnia. W rogu umywalnia, za zasłoną – łazienka z klozetem i jeszcze jakimś fajansowym sprzętem, wprawionym w podłogę.

Nikogo! Z okna na Mylnikowa łypał drwiąco szczerbaty księżyc.

Pogroził mu rewolwerem i jął z łoskotem otwierać szafy. Zajrzał pod łóżko, nawet pod wannę.

Japończyk znikł i capnął ze sobą trzech najlepszych Mylnikowowskich filerów.

Eustracjusz Pawłowicz poczuł strach. Czy to aby nie zaćmienie umysłu? Zakrzyczał histerycznie:

– Saplukin! Lepinche!

Gdy agenci milczeli, sam skoczył do przedpokoju. Lecz i tam nie było już nikogo.

– Panie Jezu! – wzniósł wezwanie radca dworu, gubiąc rewolwer i żegnając się zamaszyście. – Odczyń czary biesa japońskiego!

Gdy trzykrotne przeżegnanie się nie pomogło, Eustracjusz Pawłowicz pojął wreszcie, że japoński bóg potężniejszy jest od rosyjskiego, i padł przed Jego Skośnookością na kolana.

Uderzył czołem o ziemię i popełzł do wyjścia, wyjąc w głos:

– Banzaj, banzaj, banzaj!

Zgłoska ostatnia, najdłuższa

Jak mógł jej nie poznać od razu! Rzecz jasna był zmęczony, zgnębiony niecierpliwie czekał chwili, gdy można będzie pójść. A ona, ma się rozumieć, wyglądała całkiem inaczej. Wtedy, o świcie, obok zwalonego mostu, była blada, wyczerpana, w mokrej i ubłoconej sukni, a tu aż jaśniała subtelną, zadbaną urodą, nawet jeśli pominąć przesłaniającą rysy woalkę. A jednak: to ci dopiero z niego detektyw!

Dopiero gdy sama podeszła i wspomniała o moście, Erasta Piotrowicza jakby grom strzelił. Przypomniał sobie jej zeznania, których skutkiem była fatalna, wstydliwa pomyłka, a przede wszystkim – jej towarzysza.

Tam, przy magazynie stacji Moskwa Towarowa, widząc w lornetce odbiorcę melinitu, Fandorin od razu poczuł, że widział go już gdzieś wcześniej, jednak zmylony japońskością twarzy, zboczył na manowce – wpadł na myśl, że szpieg przypomina mu któregoś z dawnych, jeszcze z japońskich czasów, znajomych. A wszystko było dużo prostsze! Tego człowieka, odzianego w brudny sztabskapitański mundur, widział na miejscu katastrofy.

Teraz wszystko wskoczyło na swoje miejsca.

Specjalny wysadzony został właśnie przez Akrobatę, jak celnie go ochrzcił Mylnikow. Japoński dywersant jechał ekspresem, a towarzyszyła mu ta właśnie Lidina. Jak zręcznie skierowała żandarmów na fałszywy trop!

I teraz wróg postanowił wymierzyć cios w tego, kto nań polował. Jeden z ulubionych trików sekty „skradaczy” nazywa się „królik pożera tygrysa”. Ale nic nie szkodzi, my także mamy na to własny zwrot: „Łapie mysz kota”.

Propozycja Glikerii Romanowny, by jechać do niej, nie wprawiła inżyniera w popłoch. Spodziewał się czegoś takiego. Lecz mimo wszystko sprężył się wewnętrznie w obliczu pytania, czy zdoła poradzić sobie w pojedynkę z tak groźnym przeciwnikiem.

Nie poradzę sobie – trudno, taka karma. Niech dalej wojują beze mnie, stwierdził filozoficznie Erast Pietrowicz i pojechał.

Lecz w domu na Ostożence zachował skrajną ostrożność. Karma karmą, jednak grać w poddawki nie myślał *. Tym większe było rozczarowanie, gdy okazało się, że Akrobaty tam nie ma. Tu już Fandorin nie zamierzał owijać sprawy w bawełnę – współczującą paniusię należało uświadomić wprost, tu i teraz.

Nie jest agentką – to pojął od razu. Jeśli pomocnicą, to mimowolną i w nic niewprowadzoną. Co prawda, wie, gdzie szukać Akrobaty, lecz za nic nie powie, bo jest w nim zakochana po uszy. Trudno przecież wziąć ją na tortury!

Tu wzrok Erasta Pietrowicza padł na aparat telefoniczny: pomysł zrodził się w jednej chwili. Niemożliwe, by szpieg takiego kalibru nie miał telefonu dla kontaktu w nagłych wypadkach!

Wystraszywszy okrutnie Lidiną, Fandorin zbiegł po schodach na ulicę, złapał dorożkę i nakazał gnać co sił do miejskiej centrali telefonicznej.

Lisicki zainstalował się na nowym miejscu z komfortem. Panienki z łącznicy zdążyły zaopatrzyć go w haftowane serwetki, na biurku stała patera z domowym ciastem, konfitury i imbryk z herbatą. Widać mężny sztabsrotmistrz zrobił tu furorę.

Ujrzawszy Fandorina, podskoczył, zdjął z uszu słuchawki i wykrzyknął z entuzjazmem:

– Eraście Pietrowiczu, istny z pana geniusz! Drugi dzień tu siedzę i wciąż to powtarzam: pańskie nazwisko wyryć by trzeba złotymi zgłoskami na tablicach policyjnych dziejów! Ani by pan nie pomyślał, ilu ciekawych i pikantnych rzeczy dowiedziałem się przez te dwa dni.

– Na pewno n-nie – przerwał mu Fandorin. – W lokalu numer trzy, dom Bomsego, Ostożenka, jaki numer?

– Sekundkę – Lisicki zajrzał do spisu – trzydzieści siedem osiemdziesiąt dwa.

– Sprawdźcie, dokąd dzwoniono z tego numeru w ciągu ostatniego kwadransa. Sz-szybko!

Sztabsrotmistrz jak bomba wypadł z pokoju i po trzech minutach wrócił.

– Na numer sto czternaście dwadzieścia dwa. To pensjonat Saint-Saëns, na bulwarze Czystoprudnym, już sprawdziłem. Rozmowa była krótka, ledwie pół minuty.

– Czyli że go nie zastała… – wymamrotał Fandorin. – Co to za pensjonat? Za moich czasów takiego nie było. Oświatowy?

– W pewnym sensie – zachichotał Lisicki. – Oświecają tam w przedmiocie słodkich wzruszeń. Instytucja znana, prowadzona przez niejaką hrabinę Beauvaudois. Osóbka z charakterem. Bywała u nas w jednej sprawie. I w Ochranie dobrze ją znają. Prawdziwe nazwisko – Anfisa Minkina. Biografia – istna powieść Boussenarda *. Cały świat zjeździła. Mętna postać, ale ją tolerują, bo od czasu do czasu okazuje stosownym resortom usługi. Intymnej, lecz niekoniecznie erotycznej natury. – Wesoły sztabsrotmistrz znów się zaśmiał. – Kazałem podłączyć się do pensjonatu. Zarejestrowane są tam dwa numery, więc do obu. Dobrze zrobiłem?

– Ś-świetnie. Proszę siedzieć i słuchać. Ja tymczasem zadzwonię.

Zatelefonował do swego mieszkania i kazał kamerdynerowi udać się na bulwar Czystoprudny i popatrzeć na pewien dom.

Pomilczawszy, Masa spytał:

– Panie, czy nie będzie to wtrącanie się w bieg wojny?

– Nie – uspokoił go Erast Pietrowicz, gwałcąc nieco sumienie, lecz innego wyjścia nie miał. Mylnikowa nie było, a żandarmi kolejowi nie zdołaliby prowadzić inwigilacji z sensem. – Będziesz po prostu patrzyć na pensjonat Saint-Saëns i zawiadomisz, gdybyś dostrzegł coś ciekawego. Jest tam niedaleko kinoteatr Orlando, a w nim publiczny telefon. Ja będę pod numerem…

– Dwadzieścia dziewięćdziesiąt trzy – podpowiedział Lisicki, mający na każdym uchu po słuchawce.

– Dzwonią, na lewy! – wykrzyknął w minutę później. Erast Pietrowicz złapał dodatkową tubkę, i usłyszał soczysty męski głos:

– Beatrysiu, duszeńko! Cały płonę, aż sił brak. Już do was jadę. Przygotujcie mój gabinecik. I Zulejkę, koniecznie.

– Zulejka jest z kawalerem – odpowiedział na drugim końcu głos kobiecy, bardzo miękki i miły.

Mężczyzna oburzył się.

– Jak to z kawalerem? Z kim? Jeśli z von Weilem, nie daruję pani tego.

– Przygotuję panu madame Friedę – zagruchała kobieta. – Pamięta pan, taka rosła, pysznej budowy, wirtuozersko smaga biczykiem, nie gorzej od Zulejki. Spodoba się waszej ekscelencji.

вернуться

* Rosyjska odmiana warcabów, gdzie wygrywa ten, kto szybciej straci wszystkie kamienie (przyp. tłum.).

вернуться

* Louis Boussenard, autor Kapitana Łamigłowy i Robinsonów z Gujany, był jednak raczej pisarzem dla młodzieży (przyp. tłum.).

~ 32 ~ Предыдущая страница Следующая страница var width = window.innerWidth || document.documentElement.clientWidth || document.body.clientWidth; if (width > 768) { (function(w, d, n, s, t) { w[n] = w[n] || []; w[n].push(function() { Ya.Context.AdvManager.render({ blockId: "R-A-430869-4", renderTo: "yandex_rtb_R-A-430869-4", async: true }); }); t = d.getElementsByTagName("script")[0]; s = d.createElement("script"); s.type = "text/javascript"; s.src = "//an.yandex.ru/system/context.js"; s.async = true; t.parentNode.insertBefore(s, t); })(this, this.document, "yandexContextAsyncCallbacks"); } var width = window.innerWidth || document.documentElement.clientWidth || document.body.clientWidth; if (width
1 ... 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)