Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Исторические детективы » Diamentowa karoca 1: Łowca ważek
Diamentowa karoca 1: Łowca ważek - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Diamentowa karoca 1: Łowca ważek

Электронная книга - «Diamentowa karoca 1: Łowca ważek». Краткое содержание книги:

Rosja, maj roku 1905. Trwa na wpół przegrana wojna z Japonią. Wybuchła już, ale nie rozhulała się jeszcze rewolucja. Losy wojny i rewolucji przechylić chce nieuchwytny japoński dywersant, zwany Akrobatą. Ten istny geniusz zagłady ma tylko jednego godnego siebie wroga. Nieubłaganie tropi go cywilny doradca rządowy do spraw bezpieczeństwa kolei, Erast Pietrowicz Fandorin…
1 ... 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37
Перейти на страницу:

Wywlókł pod pachy bezwładne ciało ze sterczącą z piersi strzałą, krótką i grubą.

Filerzy nachylili się nad martwym kolegą, a inżynier śpieszył już do pokoju naprzeciwko.

– Ta sama sztuczka – oznajmił starszemu z agentów, który wszedł w ślad za nim. – Sekretna sprężyna pod parkietem. W szafie schowana kusza. Śmierć momentalna, grot zatruty. A trup o, tam. – Wskazał na lustro. – Może pan sprawdzić.

Lecz w tej skrytce, kubek w kubek podobnej do poprzedniej, znalazły się aż trzy ciała.

– Lepinche – westchnął filer, wyciągając to z wierzchu. – Saplukin. A na dole Kufko…

Piąty trup odkryty został w sypialni, między szafą a ścianą.

– Nie wiem, jak mu się udało poradzić sobie w pojedynkę. Najpewniej rzecz przebiegła tak – próbował odtworzyć przebieg zdarzeń Fandorin. – Ci, co weszli do bocznych pokoi, zginęli pierwsi, od strzał, i zostali schowani za lustrami. Tego w sypialni zabito gołą ręką – w każdym razie widocznych obrażeń nie ma. Saplukin i ten, jak mu tam, Lepinche, mają złamany kręgosłup szyjny. Sądząc z otwartych ust Lepinche’a, zdołał zobaczyć zabójcę. Ale nie więcej… Akrobata ukatrupił tych dwóch w przedpokoju, zaciągnął na prawo i rzucił na Kufkę. Jednego nie pojmuję: jakim cudem ocalał Mylnikow? Chyba że rozśmieszył Japończyka swoimi jękami „Banzaj!”. No, i tyle. Koniec liryki. Główne zadanie przed nami. Pan – tknął palcem jednego z filerów – weźmie swego nadwerężonego na umyśle szefa i zawiezie do Kanatczikowej Daczy. A wy dwaj ze mną.

– Gdzie, panie Fandorin? – spytał starszy.

– Nad rzekę Moskwę. Do licha, już wpół do pierwszej, a trzeba jeszcze znaleźć igłę w stogu siana.

* * *

Niech tylko kto spróbuje znaleźć nad rzeką Moskwą niewiadomy magazyn. Zamiast portu przeładunkowego stara stolica ma towarowe przystanie, ciągnące się od mostu Krasnochołmskiego i rozrzucone tu i ówdzie wzdłuż rzeki na wiele wiorst, aż do Kożuchowa.

Zaczęli od samej Taganki i przystani Wołżańskiego T-wa Parowcowi-Handlowego, potem debarkaderu Domu Kupieckiego B-ci Kamieńskich, składów Niżnonowogrodzkiej Kompanii Żeglugi Parowej p. Kaszynej, elewatorów S-ki Moskworieckiej… – i tak dalej, i dalej.

Szukali, jadąc wzdłuż brzegu dorożką, wpatrując się w ciemność i przysłuchując, czy skądś nie doniesie się hałas. Bo któż by pracował w grobowej ciemności prócz ludzi mających coś do ukrycia?

Od czasu do czasu zniżali się ku rzece, nadsłuchując nad samą wodą. Większość pirsów leżała na lewym brzegu, ale z rzadka trafiały się i nad prawym.

Wracali do bryczki, jechali dalej.

Erast Pietrowicz z każda chwilą posępniał.

Poszukiwania przeciągały się – breguet w kieszeni brzęknął dwa razy. Jakby do wtóru wybił dwukrotnie zegar z dzwonnicy klasztoru Nowospasskiego i myśl inżyniera zwróciła się ku sprawom religii.

Monarchia samodzierżawna trzymać się może tylko na wierze ludu w jej mistyczne, nadprzyrodzone korzenie, myślał chmurnie Fandorin. Jeśli ta wiara zwątleje, z Rosją będzie jak z Mylnikowem. Lud śledzi bieg tej nieszczęsnej wojny i z każdym dniem upewnia się, że bóg japoński albo silniejszy jest od rosyjskiego, albo też bardziej kocha swojego pomazańca niż nasz – cara Mikołaja. Konstytucja, oto jedyny ratunek, rozmyślał inżynier, wbrew dojrzałemu wiekowi wciąż jeszcze niewyzbyty skłonności do idealizmu. Monarchia przenieść musi punkt oparcia z religijności na rozum. Żeby lud wypełniał wolę władzy nie z bojaźni bożej, lecz dlatego, że się z tą wolą zgadza. Lecz jeśli teraz zacznie się zbrojny bunt, ze wszystkim koniec. I nieważne już, czy monarchia zdoła utopić powstanie we krwi, czy nie zdoła. Dżinn wyrwie się z butelki i tron tak czy owak runie. Jeśli nie teraz – to za kilka lat, przy kolejnym wstrząsie…

W mroku mętnie zabłysły pękate żelazne cysterny: rezerwuary naftowe B-ci Nobel. W tym miejscu rzeka zataczała łuk.

Erast Pietrowicz klepnął woźnicę w ramię, by przystanął. Przysłuchał się. Sponad odległej wody niósł się wyraziście rytmiczny, maszynowy stukot.

– Za mną! – Inżynier machnął na filerów.

Kłusem przebiegli zarośla. Wietrzyk przyniósł woń mazutu, gdzieś blisko, za drzewami było Postyłoje Oziero.

– A jakże! – wysapał starszy agent nazwiskiem Smu – row. – Naprawdę oni!

Poniżej niezbyt stromej skarpy ciemniał długi pirs, do którego cumowało kilka barek, przy czym jedna, najmniejsza, sprzęgnięta była z kanciastym holowniczkiem pod parą. To jego perkotanie złowił słuch Fandorina.

Z przyległego do przystani magazynu wybiegli dwaj tragarze, niosąc skrzynię, i znikli w ładowni małej barki. Za nimi pojawił się jeszcze jeden, z czymś kwadratowym na ramionach, i po trapie wbiegł za tamtymi.

– Tak, to oni – uśmiechnął się Fandorin, porzuciwszy w mig swe apokaliptyczne wizje. – Śpieszą się, s-sankiuloci.

– Kto? – zainteresował się niepojętym słowem drugi filer, Kroszkin.

Bardziej oczytany Smurow objaśnił:

– To byli tacy bojowcy, w guście eserowców. O francuskiej rewolucji żeś słyszał? Nie? A o Napoleonie? To i dobrze.

Z magazynu wybiegł następny tragarz, potem trzech naraz powlokło coś bardzo ciężkiego. W kącie pomostu przez sekundę, dwie zamigotał ognik zapałki, po czym skurczył się w czerwony punkt. Tam stało jeszcze dwóch.

Uśmiech na twarzy inżyniera zastąpiła troska.

– Coś ich przydużo. – Erast Pietrowicz rozejrzał się dookoła. – Co tam ciemnieje? Most?

– Tak jest. Kolejowy, na obwodnicy w budowie.

– Świetnie. Kroszkin, tam, po tamtej stronie, za Postyłym Ozierem jest stacja Kożuchowe. Bierz dorożkę i pędź piorunem. Na stacji powinien być telefon. Dzwoń do podpułkownika Daniłowa, numer siedemdziesiąt siedem dwieście trzydzieści pięć. Nie będzie podpułkownika – mów z dyżurnym oficerem. Nakreśl s-sytuację. Niech sadza na drezyny wartę, dyżurnych, kogo tylko zbierze – i tutaj. Wszystko. Leć. Ale rewolwer zostaw. I zapasowe naboje, jeśli masz. Tobie na nic, a nam może się p-przydać.

Filer na złamanie karku rzucił się z powrotem do bryczki.

– No dobra, Smurow. Podejdźmy bliżej. O, tam jest pierwszorzędny stos szyn.

* * *

Gdy Drozd zapalał, Rybnikow spojrzał na zegarek.

– Za kwadrans trzecia. Wkrótce świt.

– Nie szkodzi, zdążymy. Większość załadowana – wskazał eserowiec większą barkę. – Została tylko sormowska. Drobiazg, jedna piąta ładunku. Żywiej, towarzysze, żywiej – zachęcał tragarzy.

Towarzysze towarzyszami, ale sam skrzynek nie taszczysz, pomyślał mimochodem Wasyl Aleksandrowicz, zastanawiając się, kiedy lepiej rozpocząć rozmowę o najważniejszym – terminie powstania.

Drozd ruszył niespiesznie w stronę magazynu. Rybnikow za nim.

– A moskiewską kiedy? – spytał o główną barkę.

– Jutro wodniacy przeciągną do Fili. Stamtąd jeszcze gdzieś tam. I tak będziemy przesuwać z miejsca w miejsce, żeby nie lazła w oczy. No, a malutka idzie zaraz do Sormowa, w dół rzeki Moskwy, potem Oką.

W magazynie kończyły się już skrzynki, zostały tylko płaskie pudła z lontami i mechanizmami zegarowymi.

– Jak po waszemu merci? - Drozd się uśmiechnął.

– Agirato.

– A więc proletariackie agirato panu, panie samuraju. Zrobił pan swoją robotę, czas obejść się bez pana.

Rybnikow niecierpliwie zaczął mówić o najważniejszym:

– Zatem strajk musi się zacząć nie później niż za trzy tygodnie. Powstanie najpóźniej za półtora miesiąca…

– Nie komenderujcie, marszałku Oyama. Tak czy owak zadecydujemy bez pana – przerwał eserowiec. – Na pańską nutę grać nie będziemy. Myślę, że uderzymy jesienią. – Wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Do tego czasu wyskubiecie Nikołaszce jeszcze trochę puchu i pierza. Niech przed narodem całkiem goły się zjawi. Wtedy się go upiecze.

1 ... 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)