Angielski pacjent [The English Patient - pl]
- Автор: Ондатже Майкл
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Muza
- ISBN: 83-7079-253-7
- Переводчик: Waclaw Sadkowski
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Angielski pacjent [The English Patient - pl]». Краткое содержание книги:
Wiedzie swą czarną dłoń wzdłuż rzeki Numi aż do 23°30' szerokości geograficznej. Potem przesuwa palec o kilka centymetrów na zachód, już poza obręb mapy, po swym policzku; dotyka kości policzkowej.
— O, tu. Gilf Kebir, trochę na północ od Zwrotnika Raka. Na granicy egipsko-libijskiej.
— Co się zdarzyło w 1942 roku?
— Pojechałem do Kairu i wracałem stamtąd. Sypiałem wśród wrogów, mając w pamięci stare mapy, odnajdywałem przedwojenne kryjówki z paliwem i wodą zdążając do Uwei-natu. Teraz, kiedy byłem sam, szło mi to łatwiej. Już za Gilf Kebir ciężarówka eksplodowała, wypadłem z niej tocząc się po piasku, chcąc uniknąć jakiegokolwiek kontaktu z ogniem. Na pustyni człowiek najbardziej boi się ognia.
Ciężarówka wybuchła prawdopodobnie wskutek sabotażu. Wśród Beduinów — których karawany przesuwały się nadal jak wędrowne miasta, wioząc przyprawy, przenośne pomieszczenia, doradców rządowych, dokąd tylko zechcą — znajdowali się szpiedzy. Owego czasu w każdej takiej karawanie zawsze znajdowali się zarówno Anglicy, jak i Niemcy.
Porzuciwszy wrak ciężarówki, ruszyłem pieszo w stronę Uweinatu, gdzie, jak wiedziałem, znajdował się ukryty samolot.
— Poczekaj no, ukryty samolot? Co to znaczy?
— Na długo przedtem Madox miał stary samolot, który ogołocił do szczętu — pozostawił tylko pulpit sterowniczy, mający kluczowe znaczenie dla lotów pustynnych. W czasie naszych wypraw na pustynię nauczył mnie latać; spacerowaliśmy obaj wokół zakotwiczonej na linie maszyny, rozważając, czy utrzymywałaby się w górze przy wichrze, czy też wpadałaby w wir.
Kiedy samolot Cliftona — „Rupert — znalazł się w naszym obozie, Madox pozostawił starą maszynę na miejscu zakrywszy ją brezentem i przytwierdziwszy do podłoża, w jednym z północno-wschodnich zakątków Uweinatu. Przez następne kilka lat piach stopniowo ją zasypywał. Nikt z nas nie sądził, że ją kiedykolwiek zobaczymy. Była jeszcze jedną ofiarą pustyni. Po paru miesiącach moglibyśmy już pewnie przechodzić obok i nie rozpoznać jej konturów. Bo teraz w naszą historię wdarł się o dziesięć lat młodszy samolot Cliftona.
— Więc do tej maszyny zmierzałeś?
— Tak. Cztery noce marszu. Zostawiłem tego człowieka w Kairze i wróciłem na pustynię. Wszędzie toczyła się wojna. Nagle pojawiły się „formacje”. Bermannowie, Bagnoldowie, Slatin Paszowie — którzy w różnych okolicznościach ratowali sobie nawzajem życie — podzielili się na obozy.
Zdążałem do Uweinatu. Dotarłem tam około południa i wspinałem się ku grotom na płaskowyżu. Przy źródle zwanym Ain Dua.
— Caravaggio sądzi, że wie, kim jesteś — powiedziała Hana. Człowiek leżący na łóżku nie odpowiedział.
— Mówi, że nie jesteś Anglikiem. Pracował w wywiadzie w Kairze i przez krótki czas we Włoszech. Potem go złapali. Moja rodzina znała Caravaggia przed wojną. Był złodziejem. Wierzył w „przepływ rzeczy”. Niektórzy złodzieje są zbieraczami, jak niektórzy odkrywcy, którymi pogardzasz, jak niektórzy mężczyźni w stosunku do kobiet albo niektóre kobiety w stosunku do mężczyzn. Ale Caravaggio nie był taki. Był zbyt ciekawy i zbyt hojny na to, żeby mu się wiodło w złodziejskim fachu. Połowa rzeczy, które ukradł, w ogóle nie trafiła do jego domu. On uważa, że nie jesteś Anglikiem.
Przypatrywała się, z jakim spokojem przyjmował to, co mówiła: wyglądało na to, że nie słucha zbyt uważnie jej słów. Że myśli o czymś dalekim. W taki sam sposób Duke Ellington spoglądał i rozmyślał grając „Solitude”.
Przestała mówić.
Dotarł do źródła Ain Dua. Zdjął z siebie ubranie i zamoczył je, potem zanurzył głowę i całe szczupłe ciało w błękitnej wodzie. W nogach odczuwał znużenie po czterech nocach marszu. Rozwiesił na skałach ubranie i wspiął się wyżej, między rozrzucone głazy, porzucając pustynię, która teraz, w roku 1942, stała się polem bitewnym, i nagi wkroczył w mrok groty.
Znalazł się wśród dobrze mu znanych malowideł, które odkrył przed czterema laty. Żyrafy. Trzoda. Mężczyzna ze wzniesionym orężem i w pióropuszu na głowie. Kilka postaci w pozach niewątpliwie pływackich. Bermann ma rację, że tu musiało kiedyś być jezioro. Wszedł głębiej, do Groty Pływaków, gdzie ją był zostawił. I nadal się tam znajdowała. Wczołgała się w róg jaskini, szczelnie okryła spadochronem. Obiecał był, że po nią wróci.
Byłby szczęśliwy, gdyby to on zmarł w jaskini, w jej zaciszu z odmalowanymi na ścianach pływakami. Bermann opowiadał mu, że w ogrodach Azji może wpatrywać się w głaz i wyobrażać sobie wodę albo przypatrywać się gładkiej powierzchni wody i uwierzyć, że kryje w sobie twardość skały. Ale ona była kobietą, która się wychowała w ogrodach, w wilgotności, wśród słów takich jak szpalery i jeż. Jej fascynacja pustynią była chwilowa. Pokochała jej surowość ze względu na niego, pragnąc pojąć, jakie też pocieszenie znajduje w pustynnej samotności. Zawsze lepiej czuła się w deszczu, w łazienkach wypełnionych wilgotną parą, w sennym nawilżeniu, jak tej nocy w Kairze, kiedy wychyliła się z okna na deszcz i włożyła mokre ubranie, aby je osuszyć na sobie. Tak jak kochała tradycje rodzinne, i ceremonie w dobrym stylu, i zapamiętane wiersze. Nie pogodziłaby się z myślą, że umrze bezimienną śmiercią. Dla niej więź z przodkami była czymś namacalnym, podczas gdy on zatarł za sobą ścieżkę, którą przybył. Zadziwiło go to, że go pokochała mimo tak utwierdzonej w nim anonimowości.
Leżała na wznak, w pozycji, w jakiej spoczywają średniowieczni zmarli.
Podszedłem do niej nagi, tak jak wtedy, w naszym pokoju w południowej dzielnicy Kairu, chcąc ją rozebrać, wciąż pragnąc się z nią kochać.
Co jest strasznego w tym, co zrobiłem? Czyż nie wybaczamy kochankom wszystkiego? Wybaczamy sobkostwo, żądzę, chytrość. Tak długo, jak długo znajdujemy po temu powód. Możesz się kochać z kobietą o złamanej ręce albo z kobietą chorą na grypę. Kiedyś wysysała mi krew z rany na ręce, a ja posmakowałem i połykałem jej krew menstruacyjną. Są takie słowa europejskie, których nie można przetłumaczyć na inny język. Felbomaly. Mrok grobowcowy. Z konotacjami odzwierciedlającymi intymne związki zmarłych z żywymi.
Wziąłem ją w ramiona, jakby pogrążoną we śnie. Ubraną jakby leżała w kołysce. Zakłóciłem ten spokój.
Wyniosłem ją na słońce. Ubrałem się. Ubranie wyschło tymczasem na nagrzanych głazach.
Splotłem dłonie w krzesełko. Jak tylko dotarłem do piasku, przerzuciłem ją sobie przez ramię. Zdawałem sobie sprawę z lekkości jej ciała. Przywykłem do noszenia jej w ten sposób, owijała się wokół mnie w moim pokoju, jak skrzydło wachlarza z wyciągniętymi rękoma, palcami rozsuniętymi w kształt rozgwiazdy.
Wędrowaliśmy tak na północny wschód, w stronę wąwozu, gdzie był ukryty samolot. Nie była mi potrzebna mapa. Dźwigałem z sobą bańkę benzyny przez całą drogę od rozbitej ciężarówki. Bo trzy lata wcześniej byliśmy bezradni bez paliwa.
— A co się stało trzy lata wcześniej?
— Była ranna. W 1939 roku. Jej mąż rozbił samolot. Zaplanowane to było przez niego jako samobójstwo, które miało objąć nas troje. Już nie byliśmy wtedy kochankami. Ale przypuszczam, że wieść o naszym wcześniejszym związku w jakiś sposób do niego dotarła.
— A więc była zbyt ciężko ranna, żeby wyruszyć z tobą.
— Tak. Jedyną szansą jej ocalenia było wyruszyć samemu po jakąś pomoc.
W grocie, po wszystkich tych miesiącach rozłąki i gniewu, rozmawiali znów jak kochankowie, odsuwając spomiędzy siebie ów głaz, którym rozdzieliły ich społeczne prawa, w jakie żadne z nich nie wierzyło.