Lalande 21185
- Автор: Zajdel Janusz Andrzej
- Год: 1966
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Lalande 21185». Краткое содержание книги:
— dodała cicho.
Postanowiono, że następnego dnia dwie osoby udadzą się raz jeszcze z odpowiednią aparaturą do stożka, a pozostali będą się starać nawiązać bezpośredni kontakt z Florytami, by zdobyć przynajmniej ich zdjęcia i pobieżne choćby informacje o ich życiu.
Przed północą czasu miejscowego Max ponownie uzyskał łączność z bazą na Orfie. Słyszalność była lepsza, lecz wciąż niezbyt zadowalająca. Po wymianie testów kontrolnych przystąpiono do nadawania kodowanych sprawozdań. Proce-dura była dość skomplikowana, bo na potwierdzenie odbioru każdego fragmentu czekało się kilkanaście minut — tyle bowiem czasu trwało, nim fale dobiegły na Orfę, tam zostały odebrane i wróciły, niosąc potwierdzenie i odpowiedź.
Max, który rozszyfrowywał nadchodzące wiadomości, wyszedł w pewnej chwili z ponurą miną z kabiny radiowej i powiódłszy wzrokiem po twarzach towarzyszy, powiedział:
— Mam dwie wiadomości. Jedna pomyślna, druga dość dla nas przykra.
— Zaczynaj od tej drugiej — zachęcił go Har.
— Panie i panowie! — powiedział Max żałobnym tonem. — Jutro opuszcza-my tę planetę!
Porwali się z miejsc, patrząc na niego w niemym przerażeniu.
— Co? Dlaczego? — wykrztusił Ted.
— A nasze plany?. . .
— Zdjęcia Florytów!
Wszyscy z wyrzutem i rozżaleniem spoglądali na Maxa, jakby to on był przyczyną wszystkiego złego.
— W naszym własnym interesie musimy opuścić Florę jutro przed południem.
Siła wyższa — powiedział Max z naciskiem.
— Ale o co właściwie chodzi? Kto nas do tego zmusza? Co nam tu grozi? —
dopytywali się jeden przez drugiego, aż Max musiał ich uciszyć, by móc mówić dalej.
— Jak wiecie, na Orfie zajmowano się między innymi badaniami Czerwonego Słońca. My, w ferworze badania planet, zapomnieliśmy jakby o jego istnieniu.
Tymczasem ono istnieje sobie i, jak każda gwiazda, ma swoje własne „życie”.
Nasi obserwatorzy stwierdzili, że w ostatnich dniach powierzchniowa aktywność słońca wzrosła w sposób niepokojący. Ilość plam potroiła się i wzrasta z dnia na dzień. . .
— Cóż nas to może obchodzić? — niecierpliwie przerwał Ted. — Chyba nie wybuchnie?
— Nie. Gdyby wybuchło, byłoby rzeczą zupełnie obojętną, gdzie byśmy spło-nęli — wyjaśnił Max rzeczowo. — Chodzi o coś innego: spodziewana jest mianowicie seria rozbłysków wysokiej klasy. Zbliża się maksimum aktywności, ro-zumiecie? Moglibyśmy zresztą spokojnie przeczekać ten okres tu, na planecie, 107
gdzie pod osłoną atmosfery nie grozi nam działanie promieniowania towarzyszą-
cego rozbłyskom. Niestety, nie możemy sobie pozwolić na pobyt na Florze przez następne dwa tygodnie, gdyż nasze zasoby energii i żywności nie są obliczone na tak długi okres.
— Kiedy ma nastąpić pierwszy rozbłysk? — zapytał Ted z nadzieja w głosie.
— Za trzy lub cztery dni — Max spojrzał na niego karcąco. — Nie wymyślisz niczego mądrzejszego niż dowództwo. Nasz lot trwać będzie przy największym możliwym przyspieszeniu około dwóch dni. Pancerz „Suma” ochroniłby nas tylko częściowo przed skutkami promieniowania w próżni i moglibyśmy zainkasować dużą dawkę, nie znalazłszy się na Orfie przed pierwszym rozbłyskiem.
— A co będzie ze startem z Orfy na orbitę „Cyklopa”? Przecież nie możemy czekać na Orfie przez dwa tygodnie? — zapytała Ewa.
— Rozbłyski powtarzają się co kilkanaście godzin i można ustalić ich przybli-
żone natężenie i czas na kilka godzin naprzód. Tyle wystarczy nam, by wystartować. Zresztą, nawet gdyby nas rozbłyski zaskoczyły w drodze, to krótki czas lotu i większa odległość od słońca oraz pancerz „Suma” znacznie zredukują sumarycz-ną dawkę napromieniowania. Pancerz „Cyklopa” osłoni nas przed najsilniejszym nawet rozbłyskiem.
— Innymi słowy — mruknął Ted — gdyby nam się nie udało wydostać stąd jutro przed południem, siedzimy w pułapce!
— O, nie jest aż tak tragicznie! — zapewnił go Max z odcieniem dumy. —
Mamy przecież zawsze rezerwowy program ratunkowy! Gdyby nam nie udało się dotrzeć na Orfę, oni przylecą po nas „Cyklopem” i zdejmą nas stąd między jednym a drugim rozbłyskiem. Ale to już byłaby ostatnia ostateczność i dowód naszej nieudolności. A poza tym nie wiem, jak dopięlibyśmy nasz ubogi bilans energetyczny po takich manewrach „Cyklopem”. Nie ma rady, startujemy zgodnie z rozkazem jutro przed południem.
— Usiąść i płakać! — jęknął Ted. — Tyle roboty zostanie nie dokończonej. . .
— Nie biadol, tylko ubieraj się i lecimy! — powiedział Har zdecydowanie. —
Przynajmniej trochę jeszcze uratujemy: spróbujemy dotrzeć wirolotem do stożka.
— Teraz? W nocy?
— Jeśli się boisz, ja polecę! — zgłosiła się Ewa.
— Nie, skądże! Wcale się nie boję, tylko. . . — Ted usiłował się tłumaczyć, ale Har przerwał mu:
— Lecimy.
— A mnie nie zabierzecie? — dopominała się Ewa, lecz Har rozłożył bezradnie ręce:
— Wirolot zabiera w zasadzie dwóch pasażerów. Prawda, Max?
— No, niby tak. — Max poskrobał się za uchem, a po chwili zastanowienia powiedział: — Lepiej jednak, by poleciały trzy osoby. Jeśli się odłączy jeden 108
zbiornik, wirolot uniesie całą trójkę. Wystarczy wam połowa zapasu paliwa, odległość jest niewielka. Chciałbym jednak przed świtem mieć załogę w komplecie.
Będzie jeszcze trochę pracy przy rakiecie przed startem.
— Ma się rozumieć, że wrócimy! — zapewnił Ted i po chwili wszyscy troje zeszli do luku, w którym spoczywał wirolot.
Po odłączeniu rezerwowego zbiornika maszyna była gotowa do lotu. Ustaliw-szy kierunek, Har włączył silnik i zaprogramował autopilota na lot po linii prostej w kierunku szczytu ze stożkiem. Odległość wynoszącą niespełna dwadzieścia kilometrów maszyna zdolna była pokonać w czasie kilkunastu minut. Udzieliwszy wskazówek dotyczących lądowania w trudnych warunkach nocnych na wąskiej platformie szczytu, Max wrócił do rakiety.
Przekraczając próg śluzy przypomniał sobie, że w pośpiechu nie zakomunikował odlatującym drugiej wiadomości, jaką otrzymał z Orfy. Chciał nawet zawró-
cić, lecz obejrzawszy się, dostrzegł w ciemności tylne światło pozycyjne wirolotu odrywającego się od ziemi, machnął więc ręką i wszedł do rakiety. Skierował się od razu do radiokabiny i wywołał wirolot. Słyszalność była doskonała.
— Muszę wam zakomunikować o sukcesie lingwistów — powiedział Max.
— Czyżby odczytali zapisy w języku Florytów? — wykrzyknęli równocześnie Ewa i Har.
— Niestety, o tym nic mi nie mówiono. Odczytano natomiast kilka fragmentów języka, który wydał nam się językiem ludzkim. Nie myliliśmy się. Lon i Mais doszukali się pewnych podobieństw tego języka do narzeczy nie istniejących już plemion Indian z Ameryki Południowej. . .
— Język Mayów! — wykrzyknął Har.
— Niezupełnie. . . Nie wiem zresztą dokładnie, jak to określili. Dość, że udało się zrozumieć kilka oderwanych zdań. Jedno z nich brzmi: „nie niszczyć naszych śladów”, czy coś w tym sensie. . .
— To wygląda na apel skierowany do nas — powiedział Har.
— Do nas? — zdziwił się Ted. . — A do kogóż by zwracali się w ziemskim języku? Postąpiliśmy zresztą zgodnie z ich życzeniem — powiedział Har.
— Dziękujemy, Max. Po wyjściu z podziemi zameldujemy ci o naszym starcie w drogę powrotną.
— Coraz mocniej wierzę, że ten „drugi etap szkolenia” musi istnieć! — westchnęła Ewa, gdy znaleźli się nad granią.
— O przybyszach i tak niewiele się dowiemy — mruknął Ted z żalem. — Oni niezmiernie starannie zacierali wszelkie ślady, które mogłyby dać pojęcie o ich wyglądzie. . .
— Za to pozostawili wiele rzeczy świadczących o ich rozumie i wiedzy —
dodał Har.
— Wniosek stąd, że musieli być niezbyt przystojni nie chcieli się tym zanadto afiszować. Ale słuchajcie! — wykrzyknęła nagle Ewa. — Na czyj wzrost były 109