Lalande 21185
- Автор: Zajdel Janusz Andrzej
- Год: 1966
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Lalande 21185». Краткое содержание книги:
— Oto i odpowiedź na twoje wątpliwości — powiedział Har głaszcząc brodę.
— To, co nam wydaje się niebezpieczeństwem, dla Florytów może być zwykłą i codzienną rzeczą. Oni są tu u siebie, w warunkach, do których się przystosowali.
Nawet w najgłębszej wodzie ryba nie utonie. . .
— To brzmi jak aforyzm! — zaśmiał się Adam.
— Zapiszcie więc jako złotą myśl Hara Adlera! — zgodził się Har dobrodusz-nie. — A teraz, zdaje się, czas zabrać się do przygotowania startu. Max, przeka-zuję ci dowodzenie.
— Przejmuję dowodzenie — powiedział Max, obracając się z fotelem w stronę radiostacji.
Sprawdził czas i włączywszy nadajnik, wysłał w przestrzeń krótki meldunek: 119
— Tu grupa Flora, do Bazy. Nasz czas czwarta dwadzieścia pięć. Wystartu-jemy zgodnie z rozkazem dziesiąta zero czasu miejscowego, dziewiętnasta siedemnaście umownego czasu uniwersalnego. Załoga w pełnym składzie gotowa do startu. Dowódca samodzielnego członu międzyplanetarnego — Max Bodin.
ROZDZIAŁ TRZYNASTY
Z KTÓREGO WYNIKA NIC PEWNEGO,
Z WYJĄTKIEM TEGO, CZEGO
PONIEKĄD MO ŻNA BYŁO SI Ę SPODZIEWA Ć
Orfa powitała wracających zamiecią piaskowej burzy. W bazie byli wszyscy z wyjątkiem Lona i Mais, którzy wciąż jeszcze wydzierali tajemnice krystalicz-nym prętom w fonotece Starej Bazy. Elektronicy dwoili się, by tylko podołać coraz to nowym zachciankom lingwistów: budowali przeróżne dodatkowe urzą-
dzenia i „przystawki” do istniejących już elektromózgów, dostosowywali je do zmieniających się co chwila potrzeb tłumaczy. Zespół maszyn znajdujących się na planecie nie wystarczał, trzeba było włączyć do pracy znajdujący się na „Cyklo-pie” Główny Analizator, zwany pieszczotliwie „kretynkiem”. Maleństwo to zajmowało trzecią część statku. Na radiowe rozkazy z Orfy „kretynek” błyskawicznie analizował setki tysięcy możliwości i podawał kilka możliwych wersji tłumaczenia. Dalej już musieli trudzić się ludzie, odrzucając teksty w sposób oczywisty bzdurne, a spośród tych, które dawały się rozsądnie interpretować, wybierali to, co pasowało w jakiś sposób do całości.
Pierwszym sukcesem było zrozumienie tajemniczego „ludzkiego” języka. Na podstawie przełożonych fragmentów można było zorientować się, że nieznani przybysze liczyli się z możliwością dotarcia ziemskiej wyprawy na Orfę i Florę.
Według coraz lepiej potwierdzającej się hipotezy człowiek znaleziony w Starej Bazie miał pochodzić rzeczywiście z Ziemi. Goszcząc na niej przed kilkoma ty-siącami lat Kosmici, jak przyjęto ich umownie nazywać, badali dokładnie Ziemię, jej przyrodę i elementy powstającej cywilizacji. Trudno powiedzieć, jak długo trwała ta obserwacja — faktem jest jednak, że Kosmici w sposób zadziwiają-
co trafny ocenili możliwości dalszego rozwoju cywilizacji technicznej na Ziemi.
Niewykluczone jest, że w pewnym stopniu wspomogli ten rozwój poprzez swego rodzaju „szkolenie” wybranych spośród ludzi jednostek. Jednym z takich szkolo-nych był prawdopodobnie ów brodaty, ciemnoskóry osobnik, którego zabrali ze sobą w dalszą drogę ku układowi Lalande 21185.
W jakim celu tak postąpili? Tu niestety nie było zgodności w poglądach.
Jedni — do nich należeli Atros i Geon — skłonni byli przypuszczać, że czło-121
wiek ten miał w przyszłości odegrać rolę łącznika dwóch cywilizacji: ziemskiej i floryjskiej. Wyobrażano to sobie tak:
Floryci — którzy według założenia Kosmitów wcześniej czy później skorzystają z pozostawionych im środków technicznych i zastosują je między innymi dla badania Kosmosu — po dotarciu na Orfę znajdą tam dalszy odcinek wiedzy zawarty we wnętrzu Starej Bazy. Najbliższym zamieszkałym układem gwiezd-nym jest układ Słońca — Kosmici wyraźnie wskazują to przyszłym floryjskim uczonym na stereo-mapie tego fragmentu Galaktyki. Chodzi oczywiście o wyklu-czenie niepotrzebnego szukania najbliższych sąsiadów. Szukanie takie pochłania wiele cennego czasu, a przecież Kosmitom chodziło o przyspieszenie postępu na Florze.
Niewykluczone jest także, że — oprócz zanotowanych w języku Florytów instrukcji i opisów technicznych — w fonotece Starej Bazy znajdują się liczne informacje o Ziemi i jej mieszkańcach. Między innymi powinna tam znajdować się także instrukcja dotycząca „zakonserwowanego” człowieka, a przede wszystkim sposób „ożywienia” go. Człowiek ten — prawdopodobnie przeszkolony od-powiednio przez Kosmitów — miał dopomóc Florytom w wyprawie na Ziemię i nawiązaniu kontaktu z ludźmi. Może był to jakiś geniusz swoich czasów, który dobrowolnie podjął się tej misji?
Przeciwnicy powyższej koncepcji — wśród nich Lon Igen — poddawali ją ostrej krytyce.
„Jak to? — mówili oni. — Więc superinteligentni Kosmici, którzy umieli czytać przyszłość cywilizacji na podstawie jej teraźniejszości, nie zdołali dojść do prostego wniosku, że Ziemianie zawitają na Orfę wcześniej niż Floryci? A fragmenty zapisów w ludzkim języku? Dla kogo były przeznaczone, jeśli nie dla ludzi?”
Obrońcy pierwszej hipotezy i na to mieli odpowiedź:
„Kosmici byli na tyle mądrzy, że zdawali sobie sprawę, iż plany ich co do Flory mogą się opóźnić albo zgoła zawieść. Zabezpieczyli się na taką ewentualność.
Po zbadaniu umysłowych możliwości Florytów ocenili, że z pomocą pozostawionych im środków zdołają oni podciągnąć się technicznie i w pewnej chwili do-równać aktualnemu poziomowi ludzi. Kiedy jednak nastąpiłby ten moment, tego nawet najmądrzejsza istota nie potrafi przewidzieć. Przy zakrojonym na tysią-
ce lat planie rozwoju i pomocy technicznej dla Flory Kosmici nie byli w stanie z całą pewnością stwierdzić, kto pierwszy osiągnie zdolność do lotów międzygwiezdnych. Może zresztą nie docenili tempa rozwoju ludzkości. . . Gdyby nie szalony wprost skok techniki ziemskiej dokonany w dwudziestym wieku, gdyby nie geniusze nauk ścisłych — to kto wie, jaki byłby wynik tego wyścigu dwóch cywilizacji. . . ”
„W takim razie usiłowania Kosmitów skończyły się sromotnym fiaskiem! —
oświadczali adwersarze ze złośliwym uśmieszkiem. — Według ostatnich donie-122
sień z Flory jej mieszkańcy nie palą się do techniki. Nie mogą się palić, nie znając ognia!”
Przeciwnicy mieli w zanadrzu własną teorię. Według niej człowiek ze Starej Bazy był z góry i wyłącznie przeznaczony jako łącznik, ale nie z Florytami, tylko po prostu. . . między ludźmi a samymi Kosmitami, którzy uważali, że będą mogli coś o sobie opowiedzieć Ziemianom dopiero wtedy, gdy ci będą tego godni i od-powiednio przygotowani. Dowodem tego przygotowania miała być umiejętność dotarcia na Orfę. Instrukcja ożywienia „śpiącej królewny z brodą”, jak najpoważ-
niej w świecie nazwał człowieka ze Starej Bazy doktor Tuo Tai, musiała znajdować się oczywiście w fonotece, ale nie w języku Florytów, lecz w ludzkim. Jej to właśnie szukał uporczywie Lon na poparcie swych twierdzeń. Kosmici — we-dług Lona — pouczyli owego człowieka o tym i owym na swój temat, nie mogli przecież wiedzieć, co nas, ludzi, będzie interesowało. On zaś, jako ich w pewnym stopniu współpracownik i uczeń, przekaże nam wiadomości. Trudno byłoby przecież zapisywać wszystko w fonotece. Uznali widocznie, że taka „konserwa”
ludzka nie jest wcale gorszym sposobem utrwalania wiedzy niż na przykład kry-staliczny pręt. A jaka oszczędność miejsca! Gdyby chcieli całą wiedzę jednego mózgu zapisać na kryształach, trzeba by chyba specjalnie zbudować dodatkowe pomieszczenia.
Może zresztą taki sposób przedłużania życia i przekazywania wiedzy jest u Kosmitów czymś najzupełniej naturalnym i codziennym? Co się zaś tyczy przyspieszenia ewolucji umysłowej Florytów, mógł to być po prostu eksperyment. Kosmici przybyli na Florę, zastali jej mieszkańców w stanie niezbyt zaawansowane-go rozwoju i pozostawili im stożek. Wyniki tego eksperymentu mieliśmy odczytać my. . . Może Kosmici znali z góry ten wynik, a tylko chcieli w ten sposób przekonać nas dobitnie o niemożliwości sterowania postępem i rozwojem cywilizacji poprzez ingerencję z zewnątrz. Negatywny wynik doświadczenia miał być dla nas przestrogą, byśmy nie starali się sami „pomagać” Florytom w sposób, który nam się wyda właściwy. Najlepszą rzeczą, jaką możemy uczynić, jest pozostawienie ich w takim stanie, w jakim ich zastaliśmy, i niezakłócanie ich naturalnego środowiska.