Lalande 21185
- Автор: Zajdel Janusz Andrzej
- Год: 1966
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Lalande 21185». Краткое содержание книги:
Było to coś w rodzaju naczynia wykonanego ze skorupy owocu podobnego do tych, które widzieli na ruchomych obrazach w podziemiach stożka. Brzegi były gładko oszlifowane, a zewnętrzną i wewnętrzną powierzchnię pokrywała sieć misternych nacięć.
— Jeszcze jeden przejaw ich skłonności do ozdabiania wszystkiego, czego używają — powiedział Har. — Tylko ich samych ani śladu. Roztapiają się w tej dżungli, znikają. . .
— Zamiast przystosowywać przyrodę do swych potrzeb, sami się do niej przystosowali — zauważyła Ewa.
— Jeśli chodzi o ślady. . . to można by poszukać! — zaproponował Ted, krążąc 97
nad brzegiem wody. — O, tu na przykład, widzę jakby ścieżkę, wydeptaną wśród porostów.
Ścieżka znaczyła się słabiutko i wiodła do pierwszych drzew. Dalej nie było już żadnego śladu, jakby chodzące nią istoty odrywały się od ziemi. Najprawdo-podobniej łatwiej im było posuwać się pośród splecionych gałęzi niż przez gąszcz dolnych pięter roślinności.
— Nie wytropimy ich w ten sposób. Są czujni i nie dadzą się podejść. Nie będziemy przecież urządzać polowania z nagonką! — powiedział Har.
Obeszli jezioro i posuwali się dalej zboczem łańcucha wzgórz, rzadziej zaro-
śniętym i przez to umożliwiającym swobodny marsz. Po godzinie podchodzenia łagodnym zboczem weszli między strome ściany głęboko wciętej doliny. Skały były miejscami silnie rozkruszone i tworzyły niebezpieczne osypiska, idąc więc, rozglądali się bacznie, by uniknąć spadających z góry kamieni.
— Jaskinia! — powiedział nagle Ted, wskazując na prawe zbocze. — Nawet niezbyt wysoko. Możemy tam zajrzeć.
— Spróbujmy — powiedział Har bez przekonania. — Wydaje mi się jednak, że nasza metoda ostrożnej penetracji nie da spodziewanych wyników. Trzeba bę-
dzie zastosować radykalniejsze sposoby. . . Straciliśmy nieco czasu, ale. . . kto mógł przewidzieć, że oni będą się przed nami kryli i do tego stopnia utrudniali nam pracę!
— No, nie jest tak źle! — zaoponował Ted. — Odkryliśmy przecież niezmiernie ważną rzecz: stożek!
— Tak, ale to nie daje nam w najmniejszym stopniu pojęcia o stanie aktual-nym społeczeństwa Florytów ani też o ich historii. Nie daje nam również żadnych nowych informacji o twórcach Starej Bazy. . . poza tą jedną, że chcieli Florytom dopomóc, że byli w stosunku do nich przychylnie nastawieni. Zajrzyjmy do tej jaskini, a potem szybkim marszem wracamy do rakiety. Może nawet użyjemy aparatów lotnych na trudniejszych odcinkach drogi, żeby prędzej się tam dostać.
Od jutra zaczniemy mniej ostrożnie, ale za to, mam nadzieję, skuteczniej „polować” na Florytów. Zbyt mało czasu nam pozostało i obawiam się, że wrócimy na Ziemię, nie umiejąc o nich nic pewnego powiedzieć.
Grota była kręta i gęsto rozgałęziona. Przyświecając sobie latarkami posuwali się powoli, oglądając ściany. Były suche i dość gładkie, miejscami nosiły ślady jakichś przypadkowych pęknięć czy zarysowań.
W pewnej chwili, gdy mieli już zawrócić ku wyjściu, Ewa potknęła się o coś i odruchowo poświeciła pod nogi.
Na środku niewielkiej niszy, wysokiej na cztery metry i szerokiej w tym miejscu na tyleż, leżał niewielki odłam jakby szarego kamienia. Har schylił się i podniósł z ziemi ciężki dość przedmiot kształtem przypominający klin.
— To jest metal! — powiedział, oglądając powierzchnię znaleziska. — Metal, i do tego obrobiony cieplnie! Dłuto czy coś w tym rodzaju. . .
98
— Czyżby jednak. . . dano Florytom jakieś narzędzia poza tym, co ukryto w stożku? — odezwał się Ted. — A może to jest starsze? Może mieli oni w swojej przeszłości uczciwą epokę brązu, a potem dopiero tak się wyrodzili? To byłoby zgodne z twoją hipotezą, Har!
— Zaraz, powiedziałeś: dłuto! — podchwyciła Ewa i omiotła ściany jaskini snopem światła. — Może więc. . . Jest! Jest! — krzyknęła radośnie i podbiegła do jednej ze ścian.
Na powierzchni gładkiej i jakby wypolerowanej sztucznie płyty znaczył się wyraźnie barwny rysunek, złożony z wyżłobień, w które napuszczono jakichś barwników.
Otoczyli to miejsce i w milczeniu, oświetlając jaskrawym blaskiem rtęciówek wyraźny i doskonale zachowany rysunek, przyglądali mu się przez długą chwilę.
— Więc jednak. . . mieli swoją epokę jaskiniową! — powiedział cicho Ted.
Rysunek, choć niezbyt dokładnie, przedstawiał jakieś powalone, ogromne cielsko — może upolowane zwierzę? Obok niego leżały wydłużone żerdzie, zapewne broń. Trochę dalej zaznaczony kolorem czerwonożółtym rysował się wy-dłużony jęzor.
— To chyba ogień — powiedziała Ewa. — Musieli znać ogień.
— A więc mogli wytapiać metale! To dłuto jest na pewno ich wytworem!
— Niewątpliwie — zgodził się Har, badając powierzchnię skały pod rysun-kiem za pomocą aparatury archeologicznej. — To dłuto i ten rysunek pochodzą na pewno sprzed dziesiątków co najmniej tysiącleci, a więc z okresu znacznie wcześniejszego niż czas pobytu hipotetycznych przybyszów z Kosmosu. . .
ROZDZIAŁ JEDENASTY
O KATAKLIZMACH, PREZENTACH,
METODYCE NAUCZANIA
ORAZ NIEWCZESNYCH WYBRYKACH
CZERWONEGO SŁO ŃCA
Biologowie opracowywali komunikat o swych osiągnięciach, a Max ślęczał
przy radiostacji dalekiego zasięgu i usiłował nawiązać łączność z Orfą.
— Rozmawiać od biedy można — komunikował co pewien czas. — Za jakość przesłanych informacji nie ręczę jednak. Zakłócenia są tak silne, że chyba trzeba będzie kodować wiadomości i przesyłać je wielokrotnie.
— Poczekaj do zmroku — poradził mu Har, ściągając kombinezon. — Na razie mamy do przedyskutowania nasze spostrzeżenia. Trzeba to wszystko jakoś ująć.
Adam, który skończył swój raport, zbliżył się do przybyłych i zaczął wypy-tywać o szczegóły. Po chwili dołączyła Wera i w piątkę przeglądali teraz filmy i nagrania. Har wspomagany przez Ewę i Teda opowiedział pokrótce o plonie ostatnich dwóch dni.
— Podsumujmy zatem! — powiedział Adam, sadowiąc się w fotelu. — Z jednej strony, brak oznak cywilizacji technicznej, zagospodarowania planety i tak dalej. Mieszkańcy żyją w dżungli, nie są jednak na tak niskim poziomie umysłowym, jak wynikałoby z ich trybu życia. Poza tym mają niespodziewanie wysoko ukształtowany zmysł estetyki i poczucie ostrożności wobec nieznanych im istot. . .
Z drugiej strony, znajdujemy ślady przeszłości tych istot, niezwykle zbieżne z pre-historią gatunku ludzkiego. . .
— A z trzeciej strony, ślady działalności istot o niezmiernie wysokim poziomie technicznym! — dorzucił Ted.
— Tak, ale zostawmy je na razie na boku, żeby nie komplikować do reszty i tak zagmatwanej sprawy. Wygląda więc na to, że jakiś czynnik nagły i przypadkowy zamącił drogę rozwoju Florytów. Trudno powiedzieć, do jakiego poziomu doszli, zanim to się stało. Fakt, iż natrafiliście tak łatwo na jaskinię z tymi ry-sunkami, zdaje się świadczyć, że ślady takie nie są rzadkością na tym terenie. . .
Można by przypuszczać, że to był właśnie kulminacyjny punkt w ich rozwoju. . .
100
My, badając skorupę planety, wyrobiliśmy sobie pewien pogląd na ten „czynnik zakłócający”. Przyznam, że z wahaniem wysuwam taką tezę, bo prowadzi do dość przykrych wniosków. . .
— Mów, wszystkie tezy musimy bez żadnych skrupułów rozpatrzyć! — za-chęcił go Har.
— Wasza opowieść jeszcze bardziej umacnia nas w przekonaniu, iż zaszło tu coś, co zupełnie zmieniło warunki na planecie. Znaczne jej połacie pokryte są nieprzebytą dżunglą, a mimo tej przebogatej szaty roślinnej fauna tutejsza jest niezmiernie uboga i nieliczna. Są to jakieś zupełnie odosobnione gatunki, bez widocznych powiązań systematycznych. . .
Okazuje się jednak — po pobieżnym zbadaniu skorupy planety na niewielkich głębokościach — że dżungla nie króluje tu, jak można by się spodziewać, od pradziejów rozwoju roślinności na planecie. W niektórych rejonach jest ona stosunkowo młoda, wyrosła na podkładzie zupełnie nie zarośniętych przedtem terenów. Wydaje się, że przed niedawnym czasem nastąpiła tu gwałtowna inwazja roślinności na tereny, które mogły być na przykład uprawną glebą czy nawet pustynią. . .