Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Lalande 21185 - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Lalande 21185

Электронная книга - «Lalande 21185». Краткое содержание книги:

Lalande 21185 – pierwsza powieść science fiction autorstwa Janusza Zajdla z 1966, opublikowana roku przez wydawnictwo Nasza Księgarnia.<br/>Tytuł pochodzi od nazwy gwiazdy. Lalande 21185 jest jedną z najbliższych Słońcu, niewidocznych gwiazd; znajduje się w gwiazdozbiorze Wielkiej Niedźwiedzicy.<br/>Projektantką ilustracji do powieści i pierwszej okładki jest Teresa Wilbik.<br/>Opis fabuły<br/>Ziemska ekspedycja podrózująca w kosmosie trafia do innego układu słonecznego. Tam bada dwie planety co do których istnieje prawdopodobieństwo, że będą mogli na nich mieszkać ludzie. Oprócz opisu ich przygód, książka zawiera przemyślenia autora na temat eksploracji kosmosu i rozważania o etycznej stronie takich przedsięwzięć.
1 ... 32 33 34 35 36 37 38 39 40 ... 42
Перейти на страницу:

— Dalej nie mogli się stoczyć. Muszą być w pobliżu — powiedział Max. —

Korytem potoku nie zsunęli się na pewno, bo schodzi w prawo w stosunku do kierunku ich spadania. Przeszukajmy dokładnie dno kotliny, za chwilę będziemy ich mieli. . .

Oddaleni od siebie o kilka kroków przeczesali kamieniste dno, zaglądając za każdy głaz, w każde zagłębienie. Adam zapuścił się nawet na kilkadziesiąt me-trów w dół łożyskiem potoku.

113

— Nie ma. . . — mruknął Max.

Popatrzyli na siebie bezradnie.

— Może. . . sami stąd odeszli? — poddał Adam. — Mogli być przytomni po upadku. Har nie stracił przytomności. . .

— Tak, ale on utrzymał się na stoku, a oni potoczyli się w dół. . . Gdyby nawet. . . Nie, znam Teda i wiem, że nie odszedłby, nie wiedząc, co stało się z Harem.

— Może jednak?. . . Weź pod uwagę szok spowodowany wypadkiem. Zamro-czenie, brak orientacji, ciemność. . .

— Spróbujmy radiem. . . — powiedział Max, przełączając nadajnik na ogólne wywołanie i wzywając na wszystkich pasmach lokalnych równocześnie. Odpowiedzi nie było.

— Muszą mieć uszkodzone aparaty. Po takim upadku to zupełnie prawdopodobne. . .

— Więc jednak sądzisz, że próbowali sami się stąd wydostać? Mogli zejść nad potokiem. Chociaż. . . musieliby być naprawdę oboje porządnie zamroczeni, by decydować się na pieszy powrót na ślepo. . . Przecież schodząc tędy, nakłada się drogi. Ponadto trzeba by przebyć las i trafić w ciemności na polanę. . . nie, to zupełnie beznadziejne. Nie sądzę, by podjęli taką decyzję — rozważał Max, obchodząc raz jeszcze polanę. — Szczególnie bez radia. . . Bo gdyby mieli choć jeden działający aparat, w pierwszym rzędzie próbowaliby wywołać Hara. On był

przez cały czas przytomny i odbiornik miał w porządku!

— Zaraz, a skąd wiesz, że był przytomny? Halo, Har? — Adam przełączył się na falę Adlera. — Czy jesteś pewien, że przez cały czas nie straciłeś przytomno-

ści? Pamiętasz wszystko?

Har pamiętał wszystko dokładnie. W pierwszej chwili nie mógł, co prawda, podnieść się z ziemi, gdyż padając potłukł się dotkliwie. Później jednak, choć bez ręcznego reflektora, który pozostał w kabinie wirolotu, dotarł do pojazdu i spraw-dziwszy, że nikt w nim nie pozostał, zszedł w dół stoku na poszukiwania. Nie zdołał jednak dojść daleko, bo odnaleziony we wnętrzu pojazdu reflektor ledwie się palił, uszkodzony widać podczas katastrofy, a na koniec zgasł zupełnie. Wtedy Har wspiął się raz jeszcze w górę stoku i odszukał rakietnicę z ładunkami świetl-nymi. Wtedy to na tle nieba nad grzbietem dostrzegł odblask rakiet wystrzelonych przez Adama. . .

Usłyszawszy te wyjaśnienia, spojrzeli raz jeszcze po sobie, jakby jeden od drugiego oczekiwał rady, i nic nie mówiąc skierowali się powoli w górę.

— Mieli tylko dwie drogi — powiedział Max. — W dół nad strumieniem albo w górę. . .

— Może poszli w górę i minęli Hara w ciemności? Ted zgubił torbę z rakietnicą. . .

Max rozłożył bezradnie ręce. Z wysokości kilkunastu metrów objęli raz jeszcze snopem światła kotlinkę, jakby spodziewając się wbrew wszystkiemu, że jed-114

nak przeoczyli jakieś zagłębienie czy wykrot. Nagle Adam ścisnął silnie ramię Maxa.

— Cicho. Nie ruszaj się i nie gaś reflektora! Patrz tam, u wylotu żlebu. . .

Na granicy jasnego pola oświetlonego lampą, w miejscu, gdzie potok spływał

w gardziel jaru, majaczył jakiś ruchomy cień. Max odruchowo skierował smugę światła w ten punkt. Cień cofnął się gwałtownie za skałę, potrącając kilka kamieni.

Adam syknął niecierpliwie i szarpnął dłoń Maxa, przenosząc światło na środek kotliny.

— Niepotrzebnie go spłoszyłeś! — powiedział z wyrzutem, — Myślałem, że to oni. . . — usprawiedliwiał się Max.

— To Floryta. . . Co on tu robi o tej porze? Dałbym głowę, że nikogo tam nie było. . . Musiał nadejść z dołu korytem potoku.

— Ich bezczelność jest zdumiewająca! Przecież słyszał, że tu jesteśmy i widział światło. . . Po co tu właził?

Ostrożnie zeszli na powrót w kotlinę. Max trzymał przed sobą miotacz, Adam penetrował światłem okoliczne skałki.

— Adam! — powiedział nagle Max. — Nie okłamujmy się! Oni tu byli przedtem. . . Porwali Teda i Ewę! A ten. . . ten wrócił po Hara!

Rzucił się biegiem w stronę, gdzie zniknął Floryta. Za skałką jednak ani też niżej, nad strumieniem, nie było nikogo.

— Wróć, Max! — powiedział Adam. — W ten sposób niczego nie osiągniemy.

Jeśli Floryci porwali ich rzeczywiście, to i tak nie odnajdziemy w nocy żadnych śladów. Nie mamy nawet wirolotu i paliwa do aparatów lotnych. Trzeba natychmiast wracać do rakiety i wezwać „Cyklopa”. Będą musieli i tak po nas przyle-cieć, bo do południa nie zdołamy wystartować. Przylecą z pojazdami i wspólnymi siłami spróbujemy odszukać zaginionych. . .

— Jeśli nie zechcą ich oddać dobrowolnie, niewiele zdziałamy — zauważył

Max ponuro, oglądając się ze złością, lecz poszedł za Adamem w stronę wirolotu.

Hara zastali przy wraku. Bez powodzenia usiłował uruchomić radio. Opowiedzieli mu o wyniku poszukiwań.

— Z radia nici — oświadczył Max, rzuciwszy okiem na aparaturę. — O uru-chomieniu wirolotu nie ma co marzyć. Całe szczęście, że zbiornik paliwa ocalał.

Przetankujemy paliwo do aparatów lotnych. . . Tylko jak my trzej wrócimy przy pomocy dwóch aparatów?

— Polecisz z Harem. Trzeba szybko coś zrobić z jego ręką, bo puchnie w oczach. Potem wrócisz z dwoma aparatami i zabierzesz mnie. . .

— Nie, ja tu zostanę. Lećcie wy dwaj i natychmiast wyślijcie meldunek do ba-zy — zadecydował Max. — Będę czekał koło wirolotu. Mam flary i reflektor. Za dwadzieścia pięć minut zacznę sygnalizować, znajdziesz mnie bez trudu. Nie czekaj na połączenie z Orfą, niech się tym zajmie Wera. Napełnij zbiorniki aparatów 115

i wracaj. A nie zapomnij, że drugi aparat trzeba zawiesić na piersi jak zapasowy spadochron. Inaczej będziesz koziołkował w powietrzu. . .

Mówił to szybko, by nie dopuszczać do siebie przykrego uczucia, które czaiło się jakby za kręgiem światła lampy. Świadomość, że pozostanie tu sam przez kilkadziesiąt minut, nie nastrajała zbyt wesoło. . .

Gdy odlecieli, zgasił reflektor. Wolał siedzieć w ciemności. Wydawało mu się, że światło wokół niego daje przewagę temu nieokreślonemu „czemuś”, co czaiło się w mroku.

Po omacku wcisnął się do na wpół zmiażdżonej kabiny wirolotu i położywszy miotacz na kolanach, a reflektor w zasięgu dłoni, przycupnął na brzegu pochyło leżącego fotela.

Rzucił okiem na świecącą tarczę zegarka. Dopiero pięć minut upłynęło od startu tamtych, a Maxa już bolały oczy od uporczywego i mimowolnego wypa-trywania w ciemności. Przymknął powieki, poczuł ulgę, choć ciemność była ta sama. . .

. . . Spojrzał na zegarek i przestraszył się: musiał chyba zasnąć! Dokoła panowała jednak nadal ta sama cisza i ciemność. Sięgnął po lampę. Lampy nie by-

ło! Gorączkowo szukał przez chwilę wokół siebie. Jest! Zsunęła się nieco dalej.

Chciał ją zapalić, lecz znieruchomiał nagle.

Tuż obok niego rozległ się słaby, lecz wyraźny dźwięk — jakby lekkie uderzenie w metalowy korpus pojazdu. Całą siłą woli powstrzymywał się od zapalenia lampy. Wytężony słuch nie ułowił nic więcej. Cienka błona maski tłumiła nieco zewnętrzne odgłosy, lecz nie na tyle, by jakiś bliski dźwięk mógł w tej ciszy umknąć jego uwagi.

„To na pewno kamyk, zsuwając się z góry, otarł się o pancerz — pomyślał. —

Za cztery minuty trzeba zacząć strzelać”.

Wydobył zza pasa rakietnicę, szczęknął głośno bezpiecznikiem, załadował.

Zdawał sobie sprawę, iż robi zbyt wiele hałasu, ale w tej ciszy spragniony był

jakiegokolwiek mocniejszego dźwięku. Z przyjemnością myślał o huku pękającej flary, o furkocie nadlatującego aparatu Adama. . .

1 ... 32 33 34 35 36 37 38 39 40 ... 42
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)