Sargassowa planeta [Sargasso of Space - pl]
- Автор: Нортон Андрэ
- Год: 1991
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 83-8520-212-9
- Переводчик: Urszula Zielinska
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Sargassowa planeta [Sargasso of Space - pl]». Краткое содержание книги:
Będąc najmłodszym członkiem załogi statku „Królowa Słońca”, Dan trafia na planetę z tajemniczą przeszłością by rozwiać mroki jej teraźniejszości.
Za sterem siedział jeden człowiek. Hauba badacza zasłaniała mu twarz, a jego mundur składał się z tylu przeróżnych elementów jak ubranie, które nosił Rich i jego ludzie.
Dłoń Mury silniej zacisnęła się na ramieniu Dana, on również domyślał się, że zastawiono tu pułapkę. W zaroślach coś się poruszyło. Branżowcy zauważyli, jak jedno, a potem drugie kuliste stworzenie, przyciska do górnej części ciała duży kamień.
— Kłopoty… — szepnął Mura.
Pełzacz posuwał się równomiernie, skrzypiąc po piasku i rozbryzgując wodę w strumyku. Dotarł teraz do pierwszego pola, a kierowca nie uczynił najmniejszego wysiłku, aby je ominąć. Jechał dalej prosto przygniatając do ziemi płot, a potem pachnące rośliny.
Kuliste stwory, ukryte przed wzrokiem przeciwnika, biegły równoległe z nim ściskając czułkami kamienie. Wszystko wskazywało na to, że człowiek na pełzaczu wpadł w zasadzkę.
Dopiero jednak, gdy maszyna zwaliła płot trzeciego pola, rozwścieczeni właściciele zdecydowali się zaatakować. Deszcz kamieni zasypał kierowcę i jego pojazd. Atakujący szybko osiągnęli swój ceclass="underline" człowiek wydał z siebie stłumiony okrzyk i bezwładnie opadł na ster. Jedna z gąsienic maszyny wjechała na głaz, po czym zatrzymała się pod niebezpiecznym kątem.
Dan i Mura zeszli w dół. Kierowca zasłużył sobie być może na takie traktowanie, był jednak człowiekiem i nie mogli pozwolić, by stał się ofiarą zemsty obcych stworzeń. Mimo że nie widzieli ich już nigdzie, postanowili dla bezpieczeństwa spryskać pobliskie zarośla promieniami usypiającymi. Mura pozostał na straży, aby w razie potrzeby zaaplikować kolejną dawkę nieszkodliwego promieniowania, a Dan podbiegł do pojazdu chcąc uwolnić kierowcę z potrzasku. Przeniósł go na plecach pod ścianę klifu, gdzie, w razie potrzeby, mógłby odeprzeć atak.
Jednak czy to z powodu promieni usypiających, czy pojawienia się dwóch Ziemian, atak nie powtórzył się. Dolina ponownie wydała się opuszczona.
— Spróbujemy? — Dan wskazał głową skałę za plecami. Mura uśmiechnął się.
— Oczywiście. Jeżeli żujesz crax, to na pewno nam się uda. Jak masz zamiar pokonać tę stromą ścianę z naszym przyjacielem przerzuconym przez twoje szerokie ramiona.
Istotnie, steward miał rację, Dan wcześniej o tym nie pomyślał. Wspinaczka wymagała użycia zarówno rąk jak i nóg, więc nie było mowy o niesieniu bezwładnego ciała.
Nieprzytomny człowiek jęknął i poruszył się. Mura ukląkł i przyjrzał się jego twarzy otoczonej powyginaną od uderzeń kamieni haubą. Odczepił pas z miotaczem i zawiązał go wokół własnych bioder. Następnie zdjął jego hełm i zaczął beznamiętnie klepać nieogolone policzki poturbowanego.
Terapia odniosła skutek. Człowiek zamrugał i spojrzał na nich, po czym usiłował się podnieść. Steward wydatnie mu w tym pomógł chwytając go za kołnierz.
— Czas iść — powiedział. — Tędy proszę…
Popychali kierowcę pełzacza wzdłuż ściany skalnej, okrążając tym samym szczyt, na którym przesiedzieli całą noc. Skierowali się w stronę załomu, w którym Wilcox i Kosti rozłożyli obóz.
Prowadzony przez nich człowiek nie okazywał większego zainteresowania sytuacją. Najwidoczniej skoncentrowany był tylko na jednym: na zachowaniu równowagi. Dłoń Mury spoczywała pewnie na jego nadgarstku i Dan domyślał się, że steward cały czas był przygotowany do wykazania się umiejętnościami z zakresu walk wschodnich. Był rzeczywiście najlepszy w tej dziedzinie.
Dan cały czas obserwował zarośla i skały, oczekując w każdej chwili ataku ze strony właścicieli pól. Ziemianie bowiem mogli zostać uznani za przestępców ze względu na swoje zachowanie w stosunku do kierowcy. Być może tym samym zaprzepaścili szansę na nawiązanie handlowych stosunków z dziwnymi istotami. Jednak żaden z nich nie miałby czystego sumienia, gdyby pozostawili tego człowieka na łasce pozaziemskich stworzeń.
Ich podopieczny splunął krwią i odezwał się do Mury:
— Jesteście z grupy Ombra, prawda? Nie wiedziałem, że też zostali wezwani.
Wyraz twarzy Mury nie zmienił się.
— To zadanie jest chyba dostatecznie ważne. Nie bez powodu wzywają wszystkich…
— Kto tam mnie zaatakował? Te nieznośne straszydła?
— Tak, tubylcy… Rzucali kamieniami. Człowiek warknął.
— Powinniśmy ich wszystkich przysmażyć! Kręcą się tu bez przerwy i za każdym razem, kiedy przechodzimy przez te wzgórza, próbują nam roztrzaskać czaszki. Będziemy znowu musieli użyć miotaczy, oczywiście, jeśli zdołamy ich dogonić. Problem w tym, że poruszają się za szybko.
— Tak, jest z nimi kłopot — odparł uspokajająco Mura. — Teraz tędy… — wskazał drogę w stronę kotliny. Prowadzony przez nich człowiek poczuł, że coś się nie zgadza.
— A po co tutaj?… — zapytał zdziwiony, a jego wyblakłe oczy spoglądały w twarze Ziemian niespokojnie. — Przecież to ślepa dolina…
— Mamy tu swój pełzacz. Chyba lepiej, żebyś nie chodził za dużo w tym stanie, prawda? — przekonywał go Mura.
— Hm? Tak, masz rację. Jestem ranny w głowę, to nie ulega wątpliwości. — Podniósł dłoń i skrzywił się dotykając bolącego miejsca przy prawym uchu.
Dan odetchnął. Mura radził sobie doskonale. Chyba uda im się bez najmniejszego problemu doprowadzić chłopaka tam, gdzie chcieli.
Steward cały czas trzymał więźnia za rękę. Szli teraz wzdłuż ściany utworzonej przez głazy. Za nimi znajdowali się już Kosti i Wilcox z pełzaczem. To właśnie maszyna zdradziła ich.
Jeniec zatrzymał się tak nagle, że Dan wpadł na niego. Poturbowany kierowca przenosił wzrok z pojazdu na ludzi stojących obok niego. Gorączkowo szukał pasa na biodrach, ale stwierdził, że nie jest już uzbrojony.
— Kim jesteście? — zapytał.
— My również chcieliśmy zadać to pytanie — odparł Kosti. — Może to ty powiesz nam, kim jesteś?
Chłopak zrobił krok do tyłu, jakby chciał sprawdzić, czy nie nadciąga pomoc. Silny uchwyt Mury powstrzymał go.
— Rzeczywiście — i dodał łagodnie steward — bardzo chcielibyśmy wiedzieć, z kim mamy do czynienia.
Fakt, że przeciwników było tylko czterech, dodał więźniowi odwagi.
— Jesteście z tego statku — stwierdził zwycięsko.
— Istotnie, jesteśmy ze statku — zaczął Mura — ale na tej planecie jest ich bardzo, bardzo dużo.
Te słowa wywarły na chłopaku piorunujące wrażenie. Dan postanowił dodać coś jeszcze:
— Jest, na przykład, statek Inspekcji…
Więzień zachwiał się, a jego poplamiona krwią twarz stała się jeszcze bledsza. Przygryzł nerwowo wargę, jakby powstrzymując pchający się na usta okrzyk.
Wilcox usadowił się na pełzaczu i spokojnie wyciągnął z kabury miotacz. Położył go na kolanie, kierując lufę w stronę brzucha pojmanego.
— Tak, jest tych statków całkiem sporo — powiedział. Gdyby nie jego wyraz twarzy, można by myśleć, że rozmawiają o pogodzie. — Jak sadzisz, z którego pochodzimy?
Ich jeniec nie stracił rozumu.
— Z tego tam na dole, z Królowej Słońca…
— A dlaczego tak uważasz? Bo na pozostałych nikt nie ocalał? — zapytał cicho Mura. — Powiedz nam lepiej wszystko, co wiesz, przyjacielu.
— Właśnie — Kosti przysunął swoje wielkie cielsko do przygnębionego kierowcy. — Oszczędź nam czasu, a sobie zaoszczędzisz kłopotów. A im więcej czasu stracimy, tym bardziej zaczniemy się niecierpliwić, rozumiesz?