Majstar i Marharyta [be_lat]
- Автор: Булгаков Михаил Афанасьевич
- Язык: белорусский
- Жанр: Советская классическая проза
Электронная книга - «Majstar i Marharyta [be_lat]». Краткое содержание книги:
Vopleski skałanuli budynak, błakitnaja zasłona papłyła z abodvuch bakoŭ i zakryła viełasipiedystaŭ, zialonyja ahni z nadpisam: „Vychad” nad dzviaryma patuchli, a ŭ pavucinie trapiecyj pad samym kupałam, jak soncy, zapalilisia biełyja šary. Pačaŭsia antrakt pierad apošnim addzialenniem.
Adzinym čałaviekam, jakoha nijak nie cikavili dzivosy viełasipiednaj techniki siamj Džuli, byŭ Ryhor Daniłavič Rymski. U absalutnaj adzinocie jon siadzieŭ u svaim kabiniecie, kusaŭ tonkija huby i pa jaho tvary čas ad času prabiahała sutarha. Da niezvyčajnaha znikniennia Lichadziejeva dadałasia zusim niespadziavanaja prapaža i administratara Varenuchi.
Rymski viedaŭ, kudy jon pajšoŭ, ale jon pajšoŭ i… nie viarnuŭsia nazad! Rymski paciskaŭ plačyma i šaptaŭ sam sabie:
— Ale za što?!
I dziva dziŭnaje: takomu dziełavomu čałavieku, jak findyrektar, prasciej za ŭsio było patelefanavać tudy, kudy nakiroŭvaŭ Varenuchu, i daviedacca, što z im zdaryłasia, a miž tym da dziesiaci hadzin viečara jon nie moh prymusić siabie zrabić heta.
U dziesiać, ličycie, zhvałtavaŭšy siabie, Rymski zniaŭ słuchaŭku i pierakanaŭsia, što telefon jaho miortvy. Kurjer dałažyŭ, što i astatnija aparaty ŭ budynku sapsavalisia. Hetaje niepryjemnaje, ale nie zvyšnaturalnaje zdarennie zusim dakanała dyrektara i adnačasova ŭzradavała: adpała patreba telefanavać. U hety čas nad hałavoj u dyrektara ŭspychnuła i zamirhała čyrvonaja lampačka, paviedamiła, što pačaŭsia antrakt, uvajšoŭ kurjer i papiaredziŭ, što pryjechaŭ zamiežny artyst. Findyrektara čamuści až skałanuła ŭsiaho, jon paciamnieŭ z tvaru, jak navalničnaja chmara, i nakiravaŭsia za kulisy sustrakać hastralora, bo bolš nie było kamu sustrakać.
U vialikuju prybornuju z kalidora, dzie ŭžo traščali sihnalnyja zvanki, znachodzili pryčynu zazirnuć zanadta cikaŭnyja. Tut byli fokusniki ŭ jarkich chałatach i ŭ čałmie na hałovach, kańkabiežcy ŭ biełych viazanych kurtkach, bledny ad pudry raskazčyk i hrymior.
Znakamitasć uraziła ŭsich svaim nievierahodna doŭhim frakam dziŭnaha kroju i tym, što zjaviłasia ŭ čornaj paŭmascy. Ale jašče dziŭniejšyja byli spadarožniki ŭ čornaha maha: doŭhi klatčasty z pabitym piensne i čorny tłusty kot, jaki zajšoŭ u hrymiornuju na zadnich łapach, zusim pa-svojsku sieŭ na kanapu i prypluščyŭsia na aholenyja hrymiravalnyja łampijony.
Rymski pastaraŭsia napuscić na tvar usmiešku, ale tvar ad hetaha staŭ kisły i złosny, pakłaniŭsia maŭklivamu mahu, jaki siadzieŭ pobač z katom na kanapie. Pocisku ruk nie było. Zatoje biescyrymonny klatčasty sam nazvaŭsia, skazaŭ pra siabie „ichni pamočnik”. Heta zdziviła findyrektara, i znoŭ niepryjemna: u kantrakcie navat i ŭpaminannia nie było ni pra jakoha pamočnika.
Davoli vymušana i sucha Ryhor Daniłavič papytaŭsia ŭ klatčastaha, jaki naviazaŭsia jamu na hałavu, pra toje, dzie aparatura artysta.
— Ałmaz vy naš niabiesny, najšanoŭniejšy pan dyrektar, — tresnutym hołasam adkazaŭ pamočnik maha, — naša aparatura zaŭsiody z nami. Voś jana! Ejn, cvej, drej! — i pakruciŭ pierad vačyma Rymskaha vuzłavatymi palcami, niečakana vyciahnuŭ z-za vucha ŭ kata ŭłasny Rymskaha załaty hadzinnik na łancužku, jaki dahetul byŭ u findyrektaravaj kišeni ŭ kamizelcy pad zašpilenym pinžakom i z łancužkom, pradzietym u piatlicu.
Rymski mižvoli ŭchapiŭsia za žyvot, prysutnyja achnuli, a hrymior, jaki zaziraŭ u dzviery, adabralna kašlanuŭ.
— Vaš hadzinničak? Prašu atrymać, — nachabna ŭsmichaŭsia klatčasty i na brudnaj rastapyranaj dałoni padaŭ razhublenamu Rymskamu jaho dabro.
— Z takim u tramvaj nie sadzisia, — cicha i viesieła šapnuŭ raskazčyk hrymioru.
Ale kot vykinuŭ štuku nie raŭnia numaru z čužym hadzinnikam. Jon niečakana ŭstaŭ z kanapy, na zadnich łapach padyšoŭ da padlustranaha stolika, piaredniaj łapaj dastaŭ korak z hrafina, naliŭ vady ŭ šklanku, vypiŭ jaje, pastaviŭ korak na miesca i hrymiravalnaju anučkaju vycier vusy.
Nichto navat i nie achnuŭ, tolki raty raziavili, a hrymior u zachaplenni šapnuŭ:
— Voś dyk kłas!
Tut treci raz tryvožna zahrymieli zvanki, i ŭsie ŭzbudžanyja, u pradčuvanni cikavaha numara, pavalili z hrymiornaje.
Praz chvilinu ŭ hladzielnaj zale patuchli šary, uspychnuła i dała čyrvony vodsviet na niz zasłony rampa, i ŭ asvietlenaj ščylinie zasłony paŭstaŭ pierad publikaj poŭny, viasioły, jak dzicia, čałaviek z paholenym tvaram, u pakamiečanym fraku i ŭ niasviežaj kašuli. Heta byŭ dobra viadomy ŭsioj Maskvie kanfieranśie Žorž Bienhalski.
— Nu voś, hramadzianie, — zahavaryŭ Bienhalski i ŭsmichnuŭsia dziciačaju ŭsmieškaju, — zaraz pierad vami vystupić… — tut Bienhalski scich na imhniennie i zahavaryŭ z druhoj intanacyjaj: — Ja baču, što kolkasć publiki na treciaje addzialennie jašče bolš pavialičyłasia. U nas sionnia pałavina horada! Niejak na dniach sustrakaju ja pryjaciela i havaru jamu: „Čamu nie zachodziš da nas? Učora ŭ nas była pałavina horada”. A jon mnie adkazvaje: „A ja žyvu ŭ druhoj pałavinie!” — Bienhalski vytrymaŭ paŭzu, čakaŭ vybuchu smiechu, ale nichto nie zasmiajaŭsia, i jon praciahvaŭ: —…Takim čynam, vystupić viadomy zamiežny artyst mśie Vołand z sieansam čornaje mahii! Ale my ž z vami razumiejem, — tut Bienhalski mudra ŭsmichnuŭsia, — što jaje naohul nie isnuje na sviecie i što jana nie što inšaje, jak zababony, a prosta mśie Vołand u vysokaj stupieni vałodaje technikaj fokusaŭ, što i budzie vidać z sama cikavaje častki, heta značyć vykryccia hetaj techniki, a ŭličvajučy toje, što my ŭsie jak adzin i za techniku, i za jaje vykryccio, to paprosim pana Vołanda!
Pasla taho jak skazaŭ usio hetaje hłupstva, Bienhalski saščapiŭ abiedzvie ruki dałoń da dałoni i pryvitalna zamachaŭ imi ŭ raschil zasłony, i toj z cichim pošumam razyšoŭsia ŭ baki.
Vychad maha z jaho rosłym pamočnikam i katom, jaki vyjšaŭ na scenu na zadnich łapach, vielmi spadabaŭsia publicy.
— Kresła mnie, — cicha zahadaŭ Vołand, i imhnienna, nieviadoma jak i adkul, na scenie zjaviłasia kresła, na jakoje sieŭ mah, — skažy mnie, šanoŭny Fahot, — spytaŭsia Vołand u klatčastaha hajera, jaki, vidać, mieŭ i inšuju nazvu akramia „Karoŭieva”, — jak pa-tvojmu, maskoŭskaje nasielnictva značna zmianiłasia?
Mah pahladzieŭ na prycichłuju, uražanuju zjaŭlenniem kresła publiku.
— Vielmi, miesir, — cicha adkazaŭ Fahot-Karoŭieŭ.
— Tvaja praŭda. Haradžanie mocna pieramianilisia, zniešnie, ja kažu, jak i sam horad, miž inšym. Pra stroi navat i havorki niama, ale zjavilisia hetyja… jak ich… tramvai, aŭtamabili…
— Aŭtobusy, — pačciva padkazaŭ Fahot.
Publika ŭvažliva słuchała razmovu, mierkavała, što heta preludyja da mahičnych fokusaŭ. Kulisy byli zabityja artystami i rabočymi sceny, i miž ich vidać byŭ napružany, bieły tvar Rymskaha.
Na fizijanomii Bienhalskaha, jaki prytuliŭsia z boku sceny, zjaviłasia niedaŭmiennie. Jon ledź-ledź pryŭzniaŭ brovy, vykarystaŭ paŭzu i zahavaryŭ:
— Zamiežny artyst vykazvaje svajo zachaplennie Maskvoju, jakaja značna vyrasła ŭ techničnych adnosinach, a taksama i maskvičami, — tut Bienhalski dvojčy ŭsmichnuŭsia, spačatku parteru, potym halerei.
Vołand, Fahot i kot paviarnuli hałovy da kanfieranśie.
— Chiba ja vykazvaŭ zachaplennie? — spytaŭ mah u Fahota.
— Zusim nie, miesir, vy nijakaha zachaplennia nie vykazvali, — adkazaŭ toj.
— Dyk što ž havoryć hety čałaviek?
— Jon prosta schłusiŭ! — hučna, na ŭvieś teatr paviedamiŭ klatčasty pamočnik, zaviarnuŭsia da Bienhalskaha i dadaŭ: — Vinšuju vas, hramadzianin chłus!
Z halerei šumnuła smiecham, a Bienhalski skałanuŭsia i vyłupiŭ vočy.
— Ale mianie, viadoma, nie hetak cikaviać aŭtobusy, telefony i inšaja…