Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5 - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5

Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:

Najnowszy almanach fantastyki Kroki w nieznane prezentuje szesnaście różnorodnych opowiadań autorów z Australii, Argentyny, Rosji, Stanów Zjednoczonych, Ukrainy i Wielkiej Brytanii. Wśród nich nowa krew, niedawne debiutantki (McCarron, Swirsky) oraz autorzy rozwijający skrzydła (Bacigalupi, Kosmatka, Ostapenko). Są też stare wygi, z niemałym dorobkiem, których tekstów nie było nam dane posmakować dotychczas (Brown, Kaługin) lub spotykaliśmy się z ich twórczością okazjonalnie (Kessel, szczególnie Waldrop). Oczywiście są także wielkie nazwiska (Egan, Kress, Silverberg, czy Willis), a oprócz tego pisarze wyjątkowi, za sprawą wyobraźni (Ballantyne), poetyckiego stylu (McDonald), czy prozy o niesamowitym klimacie (Nielsen)…
1 ... 22 23 24 25 26 27 28 29 30 ... 146
Перейти на страницу:

Na peronie pod diamentową kopułą, którą tak dobrze znałam, pociąg opustoszał. Wydawało się, że co drugi pasażer coś przemyca. Skoro ja wychwytywałam to z taką łatwością, to co dopiero Krishna Cops. Stali wzdłuż ramp prowadzących do wyjść, było ich więcej niż widywałam dotychczas. Za nimi stali mundurowi, a między mundurowymi roboty. Tragarz niósł na głowie moją walizkę; w tłumie wylewającym się z nocnego pociągu starałam się nie stracić jej z oczu. Idź wyprostowana, jak uczyła cię Mamaji. Idź wyprostowana i dumna, jakbyś szła Jedwabną Drogą z bogatym mężczyzną. Zarzuciłam dupattę na głowę, dla skromności. Potem zobaczyłam tłum stojący na rampie. Krishna Cops skanowali palmerami każdego pasażera.

Widziałam, jak szmuglerzy się cofali, przesuwali na koniec kolejki. Ale stąd nie było ucieczki. Na końcu peronu stanęli uzbrojeni policjanci ubezpieczani przez roboty. Krok po kroku ludzie przepychali mnie w stronę Krishna Cops, machających nad pasażerami prawymi rękami, jakby udzielając błogosławieństwa. Ten sprzęt mógł zerwać mi skalp i zajrzeć do czaszki. Moja czerwona walizka była z przodu, prowadząc mnie do klatki.

Brihaspati pokazał mi, co zrobią z obwodami w mojej głowie.

Pomocy! Modliłam się do swoich bogów. A Maya, architekt demonów, odpowiedziała mi. Jej wspomnienia były moimi wspomnieniami i pamiętała szkice i symulacje architektoniczne tej stacji, powstałe, zanim pająki roboty konstrukcyjne zaczęły prząść swoją sieć. Dwa obrazy stacji Varanasi, nałożone na siebie. Z jedną różnicą, która mogła uratować mi życie. Maya pokazała mi wnętrza rzeczy. Wnętrze peronu. Właz do kanału, pomiędzy stoiskiem z herbatą, a wspornikiem dachu.

Przepchnęłam się między ludźmi w małą lukę przy stoisku. Zawahałam się, zanim przyklęknęłam przy włazie. Jeden nagły ruch tłumu, jedno potknięcie, jeden upadek, i zostanę zmiażdżona. Właz był zablokowany brudem. Paznokcie połamane, paznokcie zdarte, zanim udało mi się go poruszyć i dźwignąć w górę. Zapach, który buchnął z ciemnego otworu był tak okropny, że prawie zwymiotowałam. Zmusiłam się, żeby tam wejść, opuszczając się o metr w sięgający kolan szlam. W świetle, wpadającym przez prostokątny otwór, zorientowałam się w sytuacji. Brodziłam w odchodach. Tunel był tak niski, że musiałam pełzać, ale jego koniec był obietnicą, jego koniec był półkręgiem dziennego światła. Zanurzyłam ręce w miękkich ściekach. Tym razem zwróciłam poranną herbatę. Parłam naprzód, próbując się nie krztusić. Nigdy w życiu nie doświadczyłam czegoś tak ohydnego. Ale nie było to tak ohydne, jak otwarta czaszka i noże tnące mózg na plasterki. Na czworakach przesuwałam się pod torami dworca Varanasi, do światła, do światła, do światła i przez otwarty wylot do gnojownika, gdzie świnie i zbieracze szmat brodzili w sadzawkach schnącego ludzkiego nawozu.

W podeschniętym kanale umyłam się na tyle, na ile to było możliwe. Na kamiennych płytach Dhobi-wallah robiły pranie. Starałam się ignorować Nasatayę ostrzegającą przed okropnymi infekcjami, które mogłam złapać.

Miałam się spotkać z dziewczyną od Ashoka na ulicy kwiatów. W drzwiach i na straganach siedziały dzieci nawlekające na igły nagietki. Ta praca była zbyt tania nawet dla robotów. Kwiaty wylewały się z koszy i plastikowych skrzynek. Opony mojego phatphata ślizgały się po płatkach róż. Jechaliśmy pod sklepieniem girland gajra zwieszających się z tyczek ponad sklepami. Wszędzie czuć było zapach martwych, rozkładających się kwiatów. Phatphat skręcił w mniejszą, ciemniejszą alejkę na tyły tłumu.

Kierowca nacisnął klakson. Ludzie rozstępowali się niechętnie. Silnik na paliwo alkoholowe zawył. Przeciskaliśmy się dalej. Otwarta przestrzeń, potem młody policjant zagrodził nam drogę. Miał na sobie pełną zbroję bojową. Brihaspati odczytał dane przesuwające się przez jego maskę: dyslokacja, komunikacja, nakaz aresztowania. Kiedy kierowca z nim rozmawiał zakryłam głowę i opuściłam twarz. Co się dzieje? Jakieś nieprzyzwoitości. Jakieś dataraja.

W dole ulicy kwiatów widać było umundurowanych policjantów poprzedzanych przez ubranych prosto Krishna Cops. Broń trzymali w pogotowiu. Prawie w tym samym czasie okiennice jharoka otworzyły się gwałtownie i na drewnianą barierkę wyskoczyła jakaś postać. Tłum za moimi plecami wydał potężne westchnienie. Tam jest, tam jest, och, patrzcie tylko, to dziewczyna!

Spod fałd dupatty widziałam dziewczynę Ashoka, jak zachwiała się przez moment, a potem skoczyła i złapała sznur do suszenia prania. Pękł i posłał ją gwałtownie pomiędzy tyczki z girlandami kwiatów na ulicy. Zamarła na chwilę, zobaczyła policję, zobaczyła tłum, zobaczyła mnie, potem odwróciła się i uciekła.

Młody policjant ruszył w jej stronę, ale uprzedził go inny, szybszy, bardziej śmiercionośny. Jakaś kobieta wrzasnęła, kiedy z dachu na alejkę skoczył robot. Chromowane nogi ugięły się, owadzia głowa kołysała, kiedy namierzał cel. Wokół uciekającej dziewczyny unosiły się płatki nagietków, ale wiadomo było, że nie zdoła uciec przed zabójczym robotem. Jeden krok, dwa kroki, był tuż za nią. Widziałam, jak spojrzała przez ramię, kiedy robot wyciągał miecz.

Wiedziałam, co stanie się potem. Już to kiedyś widziałam, na zasypanych płatkami kwiatów ulicach Katmandu, kiedy jechałam w lektyce pośród moich bogów i Kumarim.

Ostrze świsnęło. Tłum krzyknął. Głowa dziewczyny potoczyła się po ulicy. Wielki strumień krwi. Uświęcona krew. Bezgłowe ciało zrobiło jeden krok, dwa.

Wyślizgnęłam się z phatphata i przemknęłam przez wstrząśnięty tłum.

Obejrzałam zakończenie tej historii na kanale informacyjnym, siedząc w herbaciarni. Turyści, wierni, sprzedawcy i stypa były moim kamuflażem. Siorbałam chai z plastikowego kubka i patrzyłam na mały ekran nad barem. Dźwięk był ściszony, ale obrazy mówiły same za siebie. Policja Delhi schwytała siatkę przemytników aeai. W geście przyjaźni między Bharat i Awadh, Varanasi Krishna Cops dokonała serii aresztowań. Kamera pokazała powalonego robota. W ostatnim ujęciu ujrzałam Ashoka, w plastikowych kajdankach, wpychanego do radiowozu.

Poszłam usiąść na najniższym stopniu. Rzeka mnie uspokoi, rzeka mnie poprowadzi. Była taka sama jak ja, święta. Brązowa woda wirowała wokół moich stóp z palcami w pierścionkach. Ta woda mogła zmyć ziemskie grzechy. Na drugim brzegu świętej rzeki z wysokich kominów unosił się w niebo żółty dym. Podeszła do mnie mała dziewczynka o okrągłej buzi, proponując kupno gajras z nagietków. Odesłałam ją.

Znów zobaczyłam tę rzekę, te schody, te świątynie i łodzie, które widziałam leżąc w mojej drewnianej komnacie w moim pałacu na Durbar Square. Widziałam teraz kłamstwo, jakim karmił mnie palmer od Wysokiej Kumarimy. Uważałam Indie za pokrytą klejnotami spódnicę, rozłożoną przede mną i zapraszającą, bym ją włożyła. To był kupiec narzeczonych ze zwitkiem rupii, to było chodzenie Jedwabną Drogą, aż stopy zaczynały krwawić. To był mąż z ciałem dziecka i apetytami mężczyzny, wypaczonymi przez jego impotencję. To był zbawca, który zawsze chciał mnie tylko ze względu na moją chorobę. To była głowa młodej dziewczyny tocząca się po bruku.

Wewnątrz głowy tej dziewczyny, ciągle jeszcze dziewczyny, moje demony milczały. Widziały równie dobrze jak ja, że w Bharat, Awadh, Maratha, w żadnej prowincji Indii nigdy nie znajdzie się dla nas dom.

* * *

Na północ od Nayarangadh droga wznosiła się przez zalesione wzgórza, wspinając się stale do Mugling, gdzie zawracała i opadała stromym zboczem doliny Trisuli. To był mój trzeci autobus w ciągu wielu dni. Teraz wpadłam w rutynę. Usiąść z tyłu, owinąć się dupattą, wyglądać przez okno. Trzymać pieniądze w garści. Nie odzywać się.

1 ... 22 23 24 25 26 27 28 29 30 ... 146
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)