Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
Byłam potwornie przerażona.
Potem podwójne drzwi do pokoju stanęły otworem i wszedł mój mąż. Był ubrany jak mughalski arystokrata w zdobiony klejnotami turban i pofałdowaną czerwoną szatę z długimi rękawami, wybrzuszoną z przodu.
— Moja bogini — powiedział. Potem rozchylił szatę i zobaczyłam, co tak dumnie sterczało.
Uprząż była zrobiona ze szkarłatnej skóry, pokryta skomplikowanymi zdobieniami. Paski biegły wokół pasa, ale także ramion, dla lepszego zabezpieczenia. Sprzączki były złote. Zapamiętałam te szczegóły tak wyraźnie, bo nie mogłam patrzeć na rzecz, która była przymocowana do uprzęży. Była czarna. Wielka jak u konia, ale delikatnie zakrzywiona w górę. Pobrużdżona i z jakimiś wypustkami. To wszystko, co pamiętam zanim pokój zawirował, rozłożył się wokół mnie jak kwiat lotosu, moje zmysły połączyły się w jeden i biegłam przez korytarze Taj Marine Hotel.
Jak mogłam sobie wyobrażać, że mogłoby być inaczej, skoro chodziło o stworzenie o apetytach i żądzach dorosłego, ale w fizycznej postaci dziesięcioletniego chłopca?
Służący i pokojówki gapili się na mnie, kiedy krzyczałam nieskładnie, chwytając szale, chusty, wszystko, co mogło okryć moją hańbę. Z dygotem przypomniałam sobie głos mojego męża wołający: Bogini! Moja Bogini! wciąż i wciąż.
— Schizofrenia to takie okropne słowo — powiedział Ashok. Między palcami obracał łodygę róży bez kolców. — Staroświeckie. W tych czasach mówi się choroba dysocjacyjna. Tyle że nie ma chorób, tylko zachowania adaptacyjne. To coś, z czym musiałaś sobie radzić jako bogini. Dysocjacja. Nieprzystawalność. Być sobą i kimś innym, żeby pozostać przy zdrowych zmysłach.
Noc w ogrodach Dataraja Ashoka. Woda szemrząca w kamiennych kanałach. Mogłam poczuć jej zapach, słodki i mokry. Osłona ciśnieniowa trzymała smog z daleka; drzewa zasłaniały ulice Delhi. Mogłam nawet dostrzec kilka gwiazd. Siedzieliśmy w otwartym namiocie chhatri, marmur wciąż był ciepły ciepłem dnia. Na srebrnych nakryciach znajdowały się przekąski, desery, chałwa — chrupiąca od orzechów — paan owinięte w liście. Z bungalowu w stylu kolonialnym wyszedł robot strażniczy i zniknął pośród cieni. Ale poza tym mogłabym uwierzyć, że to czasy rajów.
Czas się rozpadł, trzepocząc jak skrzydła gołębi. Zachowanie dysocjacyjne. Mechanizm przetrwania. Uciekałam przez obsadzone palmami bulwary Mumbai, z chustami narzuconymi na moje ubranie żony, które sprawiało, że czułam się bardziej obnażona, niż gdybym faktycznie była naga. Biegłam bez celu i poczucia kierunku. Taksówki trąbiły, phatphaty skręcały gwałtownie, kiedy przepychałam się przez zatłoczone ulice. Nawet gdybym miała pieniądze na phatphata — po co żonie bramina miałaby być gotówka? — nie wiedziałam, dokąd jechać. Tak czy inaczej, moje demoniczne ja musiało to wiedzieć, ponieważ znalazłam się w rozległej marmurowej hali dworca kolejowego, słup soli pośród dziesiątek tysięcy śpieszących się podróżnych, żebraków, handlarzy i obsługi. Moje szale i chusty otulały mnie ściśle, spojrzałam w górę sklepienia z czerwonego kamienia, a to była druga czaszka, pełna przerażenia z powodu tego, co zrobiłam.
Zbiegła panna młoda nawet bez paisa przed imieniem, sama na dworcu Mumbai Chhatrapati Shivaji Terminus. Setki pociągów odjeżdżających w każdej minucie, ale nie ma dokąd jechać. Ludzie gapili się na mnie, na wpół tancerkę kurtyzanę, na wpół Niedotykalną bezdomną. W swoim wstydzie przypomniałam sobie o zaczepie za uchem. Ashok, napisałam na tle kolumn z piaskowca i wirujących reklam. Pomóż mi!
— Nie chcę być rozdarta, nie chcę być sobą i kimś innym, dlaczego nie mogę być po prostu jedną osobą? — z frustracji uderzyłam się kostkami palców w czoło. — Napraw mnie!
Odpryski pamięci. Ubrana na biało obsługa podaje mi gorący chai w prywatnym przedziale pierwszej klasy ekspresu shatabdi. Roboty czekające na peronie ze starodawnym palankinem, żeby przenieść mnie przez poranne Delhi do zielonych, tryskających wodą ogrodów Ashoka. Ale zza tego wszystkiego przebijał się jeden obraz, biała pięść mojego wujka, ześlizgująca się z liny i jego upadek, nogi bijące powietrze, a potem śmietankowe wody rzeki Shakya. Nawet teraz byłam rozdarta. Przerażenie i szok. Rozbawienie i śmiech. W jaki inny sposób można przetrwać bycie boginią?
Bogini. Moja Bogini.
Ashok nie mógł zrozumieć.
— Leczyłabyś śpiewaka z jego talentu? Szaleństwo nie istnieje, istnieją tylko sposoby adaptacji. Inteligencja to ewolucja. Niektórzy mogliby się krzywić, że bagatelizuję objawy łagodnego syndromu Aspergera.
— Nie wiem, co to znaczy.
Machnął różą tak mocno, że pąk odpadł.
— Myślałaś o tym, co teraz zrobisz?
Myślałam praktycznie wyłącznie o tym. Narayanowie nie oddadzą łatwo swojej własności. Mamaji nie wpuści mnie za próg. Moja wioska była dla mnie zamknięta.
— Może przez jakiś czas, gdybyś mógł…
— To nie jest dobry czas… Kto będzie miał swoje wtyczki w parlamencie? Rodzina, która buduje tamę gwarantującą im zaopatrzenie w wodę przez następnych pięćdziesiąt lat, czy przedsiębiorca zajmujący się oprogramowaniem, ze stajnią aeai poziomu 2.75, które rząd Stanów Zjednoczonych uważa za nasienie Szatana? W Awadh wciąż liczą się dobra rodzinne. Powinnaś to wiedzieć.
Słyszałam swój głos, jakby należący do małej dziewczynki.
— Gdzie mam iść?
Opowieści kupca narzeczonych o Kumari, których nikt nie poślubił i które nie mogły już wrócić do domu, kończących w klatkach z kobietami w Varanasi i Kalkucie. Chińczycy płacący kilka rupii za numerek z Boginią.
Ashok zwilżył usta językiem.
— Mam kogoś w Bharat, w Varanasi. Awadh i Bharat raczej niechętnie ze sobą rozmawiają.
— Och, dziękuję ci, dziękuję…
Osunęłam się przed Ashokiem na kolana, chwyciłam jego dłonie. Odwrócił wzrok. Pomimo sztucznego chłodu charbagh wyraźnie się pocił.
— To nie jest przysługa. To jest… zatrudnienie. Praca.
— Praca, to dobrze, dam radę; jestem dobrą pracownicą, mogę robić wszystko; co to takiego? Nieważne, dam sobie radę…
— Trzeba przetransportować pewne produkty.
— Jakie produkty? Zresztą, nieważne, mogę nosić wszystko.
— Aeai. — Ze srebrnej tacy wziął sobie paan. — Nie mam zamiaru czekać, aż Krishna Cops wylądują w moim ogrodzie z nakazem aresztowania.
— Akty Hamiltońskie — strzeliłam, chociaż nie wiedziałam, czego dotyczą, tak jak nie rozumiałam większości narzekań Ashoka.
— Zgodnie z prawem wszystko powyżej poziomu 2.5. — Ashok przygryzł dolną wargę. Kiedy paan przetoczył się przez jego czaszkę, źrenice mu się poszerzyły.
— Oczywiście, zrobię wszystko co się da, żeby pomóc.
— Nie powiedziałem ci, w jaki sposób muszą zostać przetransportowane. W sposób absolutnie bezpieczny, gdzie nie znajdzie ich żaden Krishna Cop. — Dotknął palcem czoła. — Ani nikt inny.
Pojechałam do Kerala i do mojej czaszki włożono procesory. Zrobiło to dwóch mężczyzn na przerobionym tankowcu zakotwiczonym poza granicą wód terytorialnych. Zgolili moje piękne, czarne włosy, otworzyli mi czaszkę i wpuścili do niej roboty mniejsze od najmniejszych pająków, które w moim mózgu umieściły komputery. Położenie tankowca poza zasięgiem patroli wodnych Kerali pozwalało na przeprowadzanie wielu tajnych operacji chirurgicznych, w większości dla zachodniego wojska. Dali mi bungalow i australijską dziewczynę, która miała mnie doglądać, kiedy szwy się rozpuszczały, a hormony przyspieszały rośnięcie włosów.