Enklawa Wolski w shortach (2)
- Автор: Wolski Marcin
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Enklawa Wolski w shortach (2)». Краткое содержание книги:
– Nikogo nie przyciśniesz. Ręce do góry!
Wyznam, iż oniemiałem ze zdumienia. Są to słowa Piętaszki.
– So… Soniu – Jeremiasz z trudem wykrztusza słowa. – I ty przeciw mnie…
– Nie, Soniu, tylko kapitanie Super Secret Service Joanno Shell! Prawdziwa Sonia zmarła dzień przed swą fikcyjną ucieczką na skutek przedawkowania narkotyków. Jej ojciec, a nasz szef, wykorzystał tę okazję, aby wprowadzić mnie do grona apokaliptyków, ku któremu ciążyła jego córka. Już wówczas obawiał się twoich pomysłów. Swoją drogą byłeś znakomitym konspiratorem, przez lata nie mogłam przejrzeć twej tajemnicy, dlatego nie udaremniliśmy wcześniej całej akcji… Jedyne co mogłam zrobić, to zmieniłam częstotliwość fal w twoim nadajniku detonatorów… Reakcja nie została uruchomiona… Końca świata nie będzie!
Twarz proroka sinieje. Potem purpurowieje, na koniec pokrywa się wysypką. Zaiste kameleon. Z jego ust wypada jedno słowo:
– Nakayama, zabij!
– Spokojnie, żółtku, jesteś na mojej muszce – słychać spokojny głos Tima. – A swoją drogą, szef SuSeSu mógł mnie wcześniej wtajemniczyć w całą sprawę. Nie krążyłbym po omacku.
– Musieliśmy zachować pełną konspirację – tłumaczy Piętaszka. – Sami wiecie, jak wysoka była stawka.
– Co stoicie jak pniaki! – wrzeszczy Jeremiasz do ogłupiałych absolwentów Studium O’Briena – brońcie mnie!
Nikt się nie rusza. Enklawę otacza tymczasem sznur policyjnych helikopterów. Z jednego z nich zeskakuje na wydmę szef SuSeSu. Wypoczęty i opalony po wczasach na Karaibach.
– Gratuluję, Joanno, brawo, Tim, moje uznanie dla Boba… Świat wiele wam zawdzięcza.
Kolejno ściska nam ręce, nie pomijając skamieniałego z rozpaczy pustelnika i ogłupiałego Nakayamy, a potem nagle gubi urzędowy uśmiech i mówi twardo:
– To dobra część informacji. Jest i zła. Stwarza ją konieczność zachowania tajemnicy. Pojemniki z zabójczą substancją nadal spoczywają w lodach i są nie do odnalezienia. Zawsze można je uaktywnić, toteż musimy zachować największą ostrożność.
– Zachowamy – wyrywa się Piętaszce.
– O to jestem spokojny. A my wam pomożemy – mówi szef. – Wszyscy, którzy znają sprawę, zostaną przetransportowani na odległy atol na środkowym Pacyfiku. Tam spędzą resztę życia… W pewnym stopniu powinno to pana usatysfakcjonować profesorze. Na pańską cześć wysepkę ochrzciliśmy mianem: Enklawa!
Minęło już pięć lat. Starzeję się. Tu we wspólnocie uważają mnie za dziwaka. A niech uważają. Czasami zastanawiam się, co jest prawdą, a co iluzją? Może świat rzeczywiście przestał istnieć. Poza rzadkimi przelotami odrzutowców nie mamy na jego istnienie żadnych dowodów.
Zresztą może i mnie już nie ma.
Baśnie dla bezsennych
„Baśnie dla bezsennych „pojawiły się na antenie Programu Pierwszego Polskiego Radia jesienią 1989, jako kontynuacja moich słuchowisk z czasów „60 minut na godzinę”. Myślałem wówczas, że w Wolnej Polsce zrezygnuję z działalności satyrycznej, ergo one właśnie staną się główną formą mojej radiowej aktywności. Ale rychło Trzecia Najjaśniejsza okazała się Trzecią Najśmieszniejszą, słuchowiska zdominował magazyn ZSYP, po dziesięciu l atach zresztą je wchłonął, a ja przeżyłem paroletni epizod telewizyjny pod nazwą „Polskie Zoo”.
Baśni tych, najczęściej z tradycyjną baśnią ani nawet „Antybaśnią”, niemających nic wspólnego, powstało przez przeszło 10 lat ponad 300, niektóre seriale stały się powieściami – np. „Śmieciarz” przeistoczył się w „Video pana Boga”, „Willa Transcendencja” w „Według św. Malachiasza”, zaś „Alterland” czy „Pies w studni” zaczęły nowe życie książkowe, często dalekie od radiowych pierwocin.
Jeśli idzie o słuchowiska „singlowe” większość spoczywa w radiowych archiwach, czekając na literackie przeistoczenie. Parę ukazało się w zbiorze „Baśnie dla bezsennych” wydanym w 1993, dziś po lekkich korektach weszły do tej części „Shortów”. Gwoli prawdy znalazły się tu także opowiadania oparte o słuchowiska dużo wcześniejsze: „Budka nr 7” i wydana jedynie na kasecie dźwiękowej „Jedna z lepiej przeprowadzonych akcji”.
Omdlenie
Hilary Grabiec przeklinał drogę na skróty. Przeklinał soczyście, po proletariacku, jak zwykli przeklinać budowniczowie wielkich budów, wrzucając dla podkreślenia internacjonalistycznego charakteru tych klątw, wielkoruskie „job twoju mat’!” Żar lał się z nieba, które kolorem upodobniło się do łanów dojrzewających zbóż. A jednocześnie było naelektryzowane wielką energią, duszną i parną.
Oczywiście drogę tę pokazał mu wróg klasowy. Cała podróż była od początku najeżona trudnościami. Na stacji dowiedział się, że z miasteczka nie przyślą podwody i żeby próbował zabrać się okazją. Później ciężarówka pełna rozśpiewanej młodzieży zetempowskiej podwiozła go wprawdzie, za co zrewanżował się gratisową pogadanką o Korei, szelkach Trumana i bezeceństwach „marszałka zdrajców” – Tity, ale czy młodzieży nie przypadła w smak gawęda, czy też kierowca, człek wystarczająco dorosły, żeby pamiętać okres przedwojenny, miał inne poglądy polityczne, dość, że wysadzono go na rozstaju, twierdząc, że do miasteczka jest ledwie pół kilometra z hakiem. Uszedł te pół kilometra i jeszcze ze dwa haki, a dookoła widział tylko pola fałdziste, małe grzebyki lasów, przysiadłe jak gąsienice na wzniesieniach. Przy krzyżu natknął się na babę. Baba, jak to baba. Na widok mężczyzny w garniturze z teczką poczęła ostentacyjnie zawiązywać sznurowadło u trzewika, żeby nawet najbardziej dociekliwy ateista nie mógł nic zarzucić jej pozycji klęczącej.
– Czy dobrze idę, towarzyszko? – rzucił Hilary z oszczędnym uśmiechem, aby nie zdradzać swych ubytków zębowych. Później żałował słowa „towarzyszko”. Mógł przecież zagaić naturalnym „dzień dobry” albo nawet prowokacyjnym „pochwalony”, na co miał dyspensę z komitetu.
Kobiecina wskazała mu dość gorliwie skróconą drogę: „Miedzą, miedzą, bez mostek, kole laska, potem ino smentarzyk i już miasteczko”. Dopiero po przemaszerowaniu następnego kilometra zorientował się, że padł ofiarą dezinformacji.
Miał rację genialny Józef Stalin – wróg czaił się wszędzie. Nawet wśród ludzi prostych, predysponowanych do roli surowca, z którego w marksistowskim tyglu miał wytopić się Nowy Człowiek.
– Ile jeszcze walki przed nami? – westchnął Grabiec. Otarł pot skraplający się na łysinie i mocniej ścisnął rączkę teczki wypełnionej najświeższymi broszurami agitacyjnymi.
Pegeerowskie pole wydawało się nie mieć końca. Próżno szukał jakiegoś punktu orientacyjnego. Przez moment zachwiało się jego niezłomne poparcie dla idei kolektywizacji.
A potem dostrzegł drzewo. Wielkie, baobabiaste, usytuowane na niewielkim wzniesieniu, o konarach poskręcanych jak członki bohaterów barokowych rzeźb sakralnych (których zdecydowanie nie lubił).
– Stamtąd się rozejrzę. A może nawet odpocznę w cieniu? Jak każdy mieszczuch rodem z łódzkiego podwórka, Grabiec nie lubił plenerów. Kojarzyły się z paniczną ucieczką w 39 roku, potem z bezkresnymi rubieżami Kraju Rad, gdzie zaniosło go aż do Karagandy. Miał zresztą szczęście w nieszczęściu. Wiek i stan zdrowia uniemożliwiły mu służbę wojskową, a rodzinne umiejętności (pochodził z wielodzietnej familii krawca Grabenmanna) pozwoliły znaleźć pracę w szwalni mundurów. A potem, już po powrocie do kraju, jakiś kuzyn, Wiśniewski, Kwaśniewski czy Nowak (miał wielu kuzynów i duże trudności z zapamiętaniem ich nowych nazwisk) wyciągnął go z odcinka „kroju i szycia” i przeniósł na odcinek pracy ideologicznej. Grabiec miał tylko małą maturę i niejakie trudności z wypowiadaniem się na piśmie, toteż po krótkim redagowaniu gazety (później skrytykowanej za odchylenia prawicowo-nacjonalistyczne) skierowano go w teren. Bo gadał świetnie. Jego kuzyn (Wiśniewski albo Kwiatkowski), który wpadł raz na szkolenie prowadzone przez Grabca i wysłuchał jego popisowego referatu pt. „Boga nie ma”, stwierdził żartobliwie, że gdyby Bóg to usłyszał, to sam straciłby wiarę w siebie.