Enklawa Wolski w shortach (2)
- Автор: Wolski Marcin
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Enklawa Wolski w shortach (2)». Краткое содержание книги:
– Najświeższe wiadomości z Moskwy – nieomal zawołał spiker. Fala otuchy napłynęła do serca Grabca. Zobaczył Kreml i tłumy manifestujących ludzi. To go uspokoiło.
Wszystko w porządku, wszystko w porządku w ojczyźnie światowego komunizmu.
Tymczasem głos spikera zabrzmiał dziwnie wesoło.
– Prezydent Rosji, Borys Jelcyn, oficjalnie uznał niepodległość Litwy, Łotwy i Estonii. Ukraina ogłosiła suwerenność. Mer Sankt Petersburga obiecuje szybką prywatyzację. Zachodni komentatorzy uznają, że nie ma już Związku Radzieckiego.
– Nie, nie! – ryknął Grabiec i ukrył twarz w dłoniach. Jego ciałem zaczął wstrząsać dygot. – To kłamstwo, obrzydliwa prowokacja…
– Albo się pan uspokoi, albo opuści nasz lokal! – zawołał jakiś tęgawy gość, który zjawił się wraz z kelnerem.
– Poskarżę się na was waszym zwierzchnikom – wyszeptał Hilary. – Co wy tu puszczacie?
– Jakim zwierzchnikom? – obruszył się tęgawy. – Jestem właścicielem tego lokalu.
– Właś-ci-cie-lem?
Wyprowadzono go na ryneczek. W głowie mu szumiało. Mijający go policjant z orzełkiem w koronie na czapce popatrzył podejrzliwie na Hilarego. Grabiec uznał, że najlepiej zrobi, wtapiając się w tłum wychodzący z kościoła. Biły dzwony. Może to czyjś pogrzeb albo procesja?
Tłum niósł go, całkowicie ogłupiałego, jak potok niesie na swych falach ciśnięty korek. Po chwili zorientował się, że ciągle trzyma w ręku tamtą gazetę. Machinalnie schował ją do teczki. Później przeczyta. Zorientuje się, co jest grane.
Zatrzymano się na niedużym placyku obok budynku przypominającego szkołę.
– Co to będzie? – odważył się zapytać stojącego obok emeryta o drżących rękach i pobrużdżonej twarzy.
– Odsłonięcie tablicy pamiątkowej. O, na tym murze! – odparł emeryt.
Grabiec zbliżył się do ściany. Białoczerwony sztandar skrywał górę tablicy. Było widać tylko trzy ostatnie nazwiska. W tym… „Hilary Grabiec 1909-1952. Cześć ich pamięci!”
Znów poczuł uderzenie gromu.
Pielęgniarka przypominała nieco Beatę, ale w odróżnieniu od niej miała szarą zmęczoną twarz.
– Nareszcie się obudziliście, obywatelu Grabiec – powiedziała.
– Gdzie ja jestem? – poruszył się nerwowo na łóżku.
– W naszym powiatowym szpitalu – odparł lekarz. – Straciliście przytomność na polu. Udar słoneczny. Szczęśliwie znalazł was przechodzący tamtędy nasz ksiądz (słowo „nasz” powiedział wyraźnie ciszej). Teraz jest już z wami dobrze. Za parę dni będziecie mogli wrócić do swojego Stalinogrodu.
– Stalino… ach tak. A którego dziś mamy?
– 26 sierpnia. Byliście nieprzytomni dobę.
– A… czy mógłbym to zobaczyć w kalendarzu? – bał się wprost zapytać o rok. Spełnili jego prośbę. Odetchnął. Stało jak byk: 1952!
– Czy gadałem coś przez sen? – zapytał na wszelki wypadek.
– Spaliście jak zabity – oznajmiła pielęgniarka i dodała: – bardzo się tu wszyscy o was martwili, i Komitet, i… – urwała, ale cała trójka wiedziała, co ma na myśli.
Grabiec przymknął oczy. A więc to był tylko sen. Jakiś upiorny antypartyjny sen. Ale przecież sny nie biorą się z niczego! Czyżby w swej najgłębszej podświadomości on, Hilary Grabiec, był wrogiem ustroju? Marzył o restytucji kapitalizmu, upadku obozu pokoju i socjalizmu?
Dwa dni myślał o swoim majaku. Analizował każdy szczegół snu. Przez wychodzące na ryneczek okno konfrontował obraz, przypominając sobie z fotograficzną dokładnością każdy szczegół, każdy element. Tę procesję, tę telewizję. Jak równie precyzyjnie mógł wyśnić ryneczek, który oglądał teraz pierwszy raz w życiu?
Idąc do toalety, podsłuchał na korytarzu rozmowę dwóch kobiet…
– I wtedy, proszę pani – szeptała jedna drugiej – ta zakonnica powiedziała mi, że pół wieku nie minie, a zaczną się cuda. Polak zostanie papieżem, ruskie stąd odejdą, a rząd z Londynu przyjedzie oddać władzę wreszcie prawdziwemu w Warszawie.
– Cicho! O takich rzeczach nie wolno nawet myśleć. To niemożliwe. A zresztą my i tak tego nie dożyjemy.
– Co prawda, to prawda.
Następnego dnia zabrali go do miejscowej delegatury Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego.
– Przejmie was Warszawa – powiedział miejscowy podporucznik o smolistym wąsie. – To za duży kaliber dla nas. Ale prywatnie powiem, zaskoczyliście mnie Grabiec.
– Czym?
– Czym! – funkcjonariusz podniósł głos. – Tym! – Zamachał mu przed nosem egzemplarzem „Życia Warszawy” z 25 sierpnia 1991 roku.
– Skąd panowie to mają?
– My? Z twojej teczki, kanalio! Gadaj, skąd to masz? Przecież to mistrzowskie fałszerstwo. I do tego wykonane za granicą.
– Za granicą…?
– Nie ma u nas maszyn, które potrafią tak drukować – dodał drugi, starszy, wyraźnie nie miejscowy.
– Ale będą! – za późno ugryzł się w język.
– Będą? Co chcecie powiedzieć? No! Gadaj – starszy potrząsnął nim jak workiem kartofli. – Do jakiej siatki należysz?
– Ja nie należę… ja… – jąkał się beznadziejnie, nieudolnie. – Ja tylko miałem sen.
– Sen? A cóż wam się śniło?
– Że jestem w 1991 roku… że… – Zaczął opowiadać. Zrazu zacinając się, nieskładnie, potem, gdy poddał się już narracji, coraz bardziej ekspresyjnie. Słuchali w milczeniu. Palili papierosy. Wreszcie starszy przerwał.
– Sen mówicie. Jak w takim razie wytłumaczycie, że gazeta, która się wam przyśniła została znaleziona w waszej teczce?
– Nie potrafię sobie tego wyobrazić, chyba…
– Chyba? Co?…
– Chyba, że to wcale nie był sen. Do pokoju zajrzała jakaś kobieta.
– Towarzyszu majorze, Warszawa.
Starszy wstał i wyszedł. Młodszy został sam na sam z Grabcem. Patrzył bardzo uważnie na zatrzymanego.
– Więc mówisz, że widziałeś na własne oczy to, co piszą w twej antypaństwowej fantazji.
Skinął głową.
– To jesteś durniem, że o tym mówisz. Bo to jest najbardziej niebezpieczna rzecz, o jakiej słyszałem. Dla wszystkich. Jeśli tam na górze dowiedzą się, jak ma wyglądać jutro, to wiesz co zrobią?…
Grabiec nie wiedział.
– Zrobią wszystko, aby uniemożliwić realizację tej wizji. Wszystko! I to dopiero będzie straszne.
Znów jechali znajomą drogą, tyle, że w przeciwnym kierunku. Ubecki gazik, major, porucznik i kierowca. Nie skuli nawet Grabcowi rąk. Zresztą, jak miałby uciec. I dokąd?
Droga była piaszczysta, pełna wybojów.
– Za czterdzieści lat będzie tu asfalt – pomyślał Hilary, walcząc z rosnącym parciem na pęcherz. W oddali zamajaczyło wielkie drzewo. Wyglądało dokładnie tak samo jak tamtego dnia. Też był skwar i nadciągała burzowa chmura…
– Chyba nie wytrzymam – wyjąkał nagle.
– Co?
– Muszę się załatwić.
Wysiedli. Nie spuszczali z niego oka.
– Mogę pod tym drzewem? – zaskomlał błagalnie.
Wzruszyli ramionami. Chmura była tuż, tuż.
– Czy cud może zdarzyć się dwa razy?
I nagle Hilary ku swemu zdumieniu pomyślał o Bogu. O tym groźnym Jahwe swego ojca. I tym drugim, jego synu…