Enklawa Wolski w shortach (2)
- Автор: Wolski Marcin
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Enklawa Wolski w shortach (2)». Краткое содержание книги:
Wedle prospektu, po zakończeniu pięcioletniego studium, gromadka absolwentów stanowić miała zespół ludzi wszechstronnie wykształconych, samowystarczalnych, którzy potrafiliby obsługiwać zarówno skomplikowaną maszynę jak i koło garncarskie.
Łóżko Hioba skrzypi na żwirowej ścieżce, dziewczyny, Patrickson i Tim podążają za nim w milczeniu.
Zbiórka wyznaczona jest na placu apelowym, owalnej polance otoczonej gęstą zielenią. Hiob i Tim pozostają obok w cienistej altance, jedynie przysłuchując się imprezie. Trzeba przyznać, towarzystwo jest rzeczywiście wyselekcjonowane w sposób wyjątkowo staranny. Obok słowiańskiej Zofii stoi lewantyńska Fatima, za nią, drobna i żywa paryżanka Lucille. Dalej w szeregu pręży się smukły Olaf, szeroki w barach Oleg, milcząca Sara o pokornych oczach i wąsaty Jorge… Jest ich czterdzieści czworo. A każde z innego zakątka globu. Każdy trzyma teczkę z własnymi danymi personalnymi, charakterystyką intelektualną i genetyczną, zobowiązaniem i życiorysem. Są tam też wspaniałe świadectwa lekarskie. Dla uproszczenia wszyscy wybrani mają grupę 0 RH+, a żaden nie jest krewnym drugiego aż do dziesiątego pokolenia.
Stoją piękni, szlachetni, skromni, wychowani w kulcie kolektywu i spartańskiej cnocie. O pieniądzach zdążyli zapomnieć. Wszyscy kochają (i co ważniejsze muszą kochać!) gimnastykę i muzykę klasyczną, trygonometrię i śpiew chóralny. Nikt nie karmił ich zbędną wiedzą z takich dziedzin jak historia, filozofia, ekonomia. Specyficzne wychowanie zabiło w nich dążenie do konkurencji, egoizm czy żądzę władzy. Umieją tylko słuchać i cieszyć się wykonywaniem poleceń. A teraz wpatrują się w Patricksona, emanując owym wewnętrznym zadowoleniem ludzi pod każdym względem zdrowych.
– Dziś nadszedł wielki dzień, młodzi przyjaciele. Godzina waszego egzaminu… – powiedział szef placówki. – Wybrano was dla wielkiego celu i temu celowi posłużycie. A zatem zbierajmy się!
– Dokąd jedziemy? – z szeregu wyrwał się czyjś nieśmiały głos.
– Chyba wiecie, że nie zadajemy pytań – huknął Bert. – Za pół godziny wyruszamy. Ewakuację mamy przetrenowaną, a sterowiec czeka w hangarze.
– Sterowiec? – inspektor ruszył do przodu, jakby chciał powstrzymać akcję.
– Stój! – usłyszał szept rannego. Obejrzał się. Oczy Hioba gorzały, a ręka mocno ściskała colta…
– Moja broń… – syknął Tim. – Ukradłeś mi broń!
– Zaraz ci ją zwrócę… Ale najpierw chwilę porozmawiajmy. Docenisz kiedyś wagę tej rozmowy. Tylko stój, nie ruszaj się – powtórzył. – Która godzina?
– 4.30.
– A więc pozostało półtorej godziny. – Do czego?!!!
– Do końca świata. Nie, nie ruszaj się… Nic nie możesz zrobić. Nawet jeśli zawiadomisz swego szefa z Super Service… świat został skazany już parę tygodni temu. I nic nie zatrzyma zagłady.
– Nie wierzę!
– Błogosławieni, którzy nie wierzą. Przynajmniej umierają w nieświadomości – ale dość dygresji, muszę się streszczać. Mam mało czasu, a dużo spraw.
– Co to będzie za kataklizm? – pyta Tim. Gardło ma suche, a grdyka drga mu nerwowo.
– Zobaczysz! A więc proszę, nawet jeśli umrę, nie wszczynaj alarmu. Lepiej żeby świat dowiedział się jak najpóźniej. To oszczędzi cierpień, a kres przyjdzie bardzo szybko.
– Ależ to czysty obłęd, jakaś przerażająca zbrodnicza paranoja!
– Czy kiedy umiera ranne zwierzę, nie należy go dobić?! Podobnie jest z naszym światem. Toczył go nieuleczalny nowotwór złośliwy…
– Bzdura! Jednostronne spojrzenie!
Policjant chciał skoczyć ku umierającemu, ale w tym momencie rozległy się kroki i na zaplecze wszedł Patrickson.
– Wszystko gotowe, bracia. Sterowiec był już napełniony przedwczoraj, po waszym pierwszym sygnale. Kończymy załadunek, a za kilkadziesiąt minut osiągniemy cel!
– Ty zostaniesz!
Gospodarz stanął jak zamurowany. Szczęka mu opadła, a twarz zrobiła się kredowobiała. Dopiero teraz zauważył na wprost siebie ciemny wylot lufy…
– Jak… jak to?
– W nowym lepszym świecie nie ma dla ciebie miejsca, Patryku O’Brien – powiedział Hiob.
Teraz zdumienie ogarnęło Tima… A więc ów filantrop Bert Patrickson był osławionym szefem apokaliptyków, który tak znakomicie ukrył się przed laty… Czyżby pieniądze, które posłużyły na fundację, stanowiły mienie samobójców?!!
– Ale… przecież… tyle dla was zrobiłem! – jęknął dyrektor Studium.
– To zaledwie część pokuty! Byłeś tylko paznokciem na palcu Opatrzności, łajdaku – chrypi apokaliptyk. – Kiedy odnaleźliśmy twą kryjówkę, morderco swoich współbraci, miałeś już nasz wyrok. Jeremy pozwolił na odroczenie go. Uczynił cię swym narzędziem, najpewniejszym, bo ślepym. Pracując w Studium oddałeś nam pewne usługi, które oby choć w części zmazały twe łajdactwo. Teraz pozwolimy ci umrzeć.
– Nie… nie… jesteście takimi samymi zbrodniarzami jak ja… Większymi, w końcu wydaliście wyrok na sześć miliardów ludzi… Nie! – tu skoczył ku Hiobowi, ten był jednak szybszy.
Pierwszy strzał rzucił O’Briena w tył, drugi zgiął na dwoje, trzeci wyprostował, a czwarty dobił.
Tim wyrwał pistolet z dłoni Hioba… Ten nie opierał się wcale…
– Biegnij do sterowca… zabierz się z nimi… na Enklawę! – jęknął tylko.
– A ty?
– Ja tu zostanę, poczekam! Moja rola została zakończona – mimo bólu, na twarzy umierającego pojawił się zagadkowy uśmiech.
Inspektor nie pobiegł jednak do hangaru. Szybko odnalazł swój samochód. Wywołał centralę i poprosił o połączenie. Podał zastrzeżony numer szefa. Czekał.
– Wyjechał na weekend… wyjechał na weekend… wyjechał na weekend – odezwała się automatyczna sekretarka.
– Przekleństwo!
Tim nerwowo przypominał sobie wszystkie znane telefony. Policja? Nie, przecież z policji go wyrzucono. Gubernator – nawet go nie wysłucha. Wydzwonił wreszcie swego starego kumpla z „Depressian News”.
– Halo, tu Tim…
Rozespany dziennikarz sklął go jak szewc.
– O co chodzi? Budzisz ludzi w środku nocy…
– Słuchaj, Ralf, musisz mi pomóc! Nadchodzi koniec świata…
– Zadzwoń jutro…
– Kiedy to już dziś, za godzinę!
– Słuchaj Tim, nic mnie to nie obchodzi. Pracuję w dziale miejskim, dałbym ci telefon Staną z działu ciekawostek przyrodniczych, ale właśnie jest na urlopie…
– Hallo, brat nie leci z nami? – przed ciężarówką stała Maria, piękna Włoszka przypominająca swą urodą najlepsze czasy Giny Lollobrigidy…
– Ja… ja… – nie potrafił wykrztusić nic rozsądnego.
– Wszyscy jesteśmy już w sterowcu. Brakuje tylko brata, ojca Berta i Hioba… Nie wie brat, gdzie oni mogą być?
Przez moment chciał powiedzieć prawdę, zmienił jednak zamiar. Popatrzył na biust niemal rozsadzający podkoszulek i wielkie, sarnie oczy Marii.
– Dolecą do was później, siostro – rzekł spokojnie. – Zostało im parę spraw do załatwienia.
– W takim razie kto zadecyduje o odlocie… Może brat… jak bratu na imię?