Las Ma Wiele Oczu
- Автор: Сандему Маргит
- Язык: польский
- Жанр: Современные любовные романы
Электронная книга - «Las Ma Wiele Oczu». Краткое содержание книги:
– Masz rację. I ja wielokrotnie podejmowałem próby zmian, ale byłem sam. A wcale też nie chcę otwartej walki na tym zamkniętym terenie, jakim jest wyspa. To okropne, Irso, bo przecież oni są w gruncie rzeczy dla mnie mili, chcą mojego dobra i wiem, że ich ranię, ale ja się najczęściej czuję strasznie upokorzony tą ich opieką. Niekiedy ogarnia mnie trudne do opanowania pragnienie zerwania wszelkich tam, a wtedy krzyczę głośno w kompletnej bezradności. Po takich wybuchach oni poważnie się boją o stan mojego umysłu i mówią, że jestem niewdzięcznikiem. I pewnie rzeczywiście jestem, ale dlaczego oni niczego nie rozumieją?
– Rustan, ty nie jesteś niewdzięcznikiem i myślę, że twoje reakcje są jak najbardziej normalne. To oni nie potrafią zrozumieć twoich uczuć.
– Chyba tylko Viljo trochę rozumie, jak ja się czuję, chociaż z nim też nigdy o tym nie rozmawiałem – rzekł w zamyśleniu. – Ale on sam wpadł na ten pomysł, że jeśli chcemy doprowadzić do operacji, to musimy działać za plecami mojej rodziny, zamówić miejsce w szpitalu i tak dalej. Ale poza tym… Nigdy jakoś nie potrafiłem się do końca otworzyć przed Viljo, zwierzyć mu się ze wszystkiego… Wydaje mi się po prostu, że nie jest mną specjalnie zachwycony.
Rzeczywiście, Irsa dobrze wiedziała, co Viljo myśli na temat Rustana, powiedziała jednak tylko:
– On sam mówił, że bardzo cię lubi i chce tylko twojego dobra.
Rustan miał dosyć sceptyczną minę. Zamyślony pieścił policzek Irsy.
– Dziękuję, Irso, że mogłem cię spotkać. Że to akurat ty przyszłaś mnie uratować!
– Od samego początku, od chwili kiedy zobaczyłam twoją fotografię, wiedziałam, że potrafilibyśmy się nawzajem zrozumieć – odparła lekko ochrypłym głosem.
Nagle Rustan jakby się ocknął.
– Zapomniałem, że Edna chciała ze mną rozmawiać. Zostawię cię teraz samą, żebyś się trochę ogarnęła po podróży, a jak będziesz gotowa, to zejdź na dół. Mam nadzieję, że trafisz do salonu.
– Oczywiście, dziękuję za wszystko, Rustan!
Dopiero teraz, kiedy zobaczyła go w otoczeniu rodziny, naprawdę zrozumiała, jak bardzo oni oboje do siebie pasują.
Kiedy została sama, zabrała się do porządków. W szafie znalazła bieliznę pościelową i przygotowała sobie łóżko, potem wzięła prysznic i ubrała się bardzo starannie przekonana, że tego właśnie od niej się tu oczekuje.
Kiedy w kremowej, miękkiej sukience, dyskretnie pachnąca, schodziła po głuszących kroki dywanach, z salonu doleciały do niej podniesione głosy.
– Edna, daj mi szansę zdobycia wykształcenia! Czy ty nie rozumiesz, że bym chciał być kimś, mieć jakąś tożsamość? Czy myślisz, że można spędzić życie na kręceniu się po domu, pod opieką innych, jakbym w ogóle nie mógł być do niczego przydatny, jakby świat mnie odtrącił?
Biedny Rustan! Był jak opętany myślą, że powinien potwierdzić swoją wartość jako człowieka. Ale, mój Boże, czy można go nie rozumieć?
– Wykształcenia? – dał się słyszeć pusty głos Edny, jakby nie mogła czy nie chciała pojąć, o co tak naprawdę chodzi. – Czego oni cię mogą nauczyć? Wyplatania koszyków? Tego byś chciał?
Rustan prychnął niecierpliwie.
– Jesteś spóźniona co najmniej o piętnaście lat. Teraz niewidomy człowiek ma wiele różnych możliwości. Irsa uważa…
– Irsa? – krzyknęła Edna, a jej głos przypominał teraz wystrzał pistoletu. Natychmiast się jednak opanowała i ciągnęła dalej już z dawną macierzyńską troską: – Muszę ci powiedzieć, że twój wybór bardzo mnie rozczarował, Rustanie…
– Nie mów złego słowa na Irsę – powiedział groźnie, ale jakby zmęczony. – Nie życzę sobie tego słuchać, Irsa to wspaniała dziewczyna.
– Och, drogie dziecko, ty przecież nie możesz jej widzieć, nie możesz wiedzieć… Jest niezgrabna, brzydka i nudna. Oczywiście, bardzo dobrze rozumiem, że uczepiła się właśnie niewidomego, bo to właściwie jej jedyna szansa. Ale co tam wygląd, można na to machnąć ręką, bo przecież człowiek za to nie odpowiada. Żeby tylko ona nie była taka wulgarna! To dziewczyna uliczna najgorszego gatunku!
– Milcz! – krzyknął Rustan zrozpaczony. – To nieprawda! Irsa to bardzo kulturalna osoba, a poza tym z pewnością nie dostałaby pracy w międzynarodowej agencji prasowej, gdyby choć w części była taka, jak mówisz!
Głos Edny stał się skrzekliwy.
– Agencja prasowa? Czyś ty całkiem zwariował, Rustanie? Sprowadzasz tutaj dziennikarkę? Nie zastanowiłeś się, co władze na to powiedzą. Ona musi zaraz stąd wyjechać! natychmiast!
– Co, teraz już zrezygnowałaś z możliwie najszybszego pozbycia się ulicznej dziewczyny? Nowy pretekst wydaje ci się lepszy? – mówił Rustan z pogardą i ze złością. -Irsa nie jest dziennikarką, ona tam pracuje w biurze.
– To na jedno wychodzi. Nie może tutaj zostać. Wyjedzie dzisiaj wieczorem.
– W takim razie ja wyjadę z nią.
– Zamknę twoje ubrania.
– Czy nie posuwasz się trochę za daleko? Mam przecież trzydzieści dwa lata, a na dodatek w czasie kiedy naprawdę potrzebowałem twojej opieki, ty miałaś kogo innego.
– Rustan! – krzyknęła. – To wstrętne, co mówisz! Jak możesz być aż tak bardzo pozbawiony serca? – Edna zmieniła ton. – Ja przecież chcę tylko twojego dobra, mój ukochany synku. Bardzo dobrze rozumiem, że mogłeś się zachwycić pierwszą lepszą spotkaną dziewczyną, ale…
Irsa uznała, że najlepiej będzie, jeśli teraz już przerwie tę kłótnię, i zapukała ostrożnie.
Głosy momentalnie umilkły, a po chwili Rustan powiedział:
– Proszę!
Weszła na uginających się nogach z okropnym samopoczuciem po wybuchu Edny Garp-Howard.
– Kłaniam się – rzekła z nieśmiałym uśmiechem. – Wydawało mi się, że słyszę stąd jakieś głosy, ale czy nie przeszkadzam?
Zanim Edna zdążyła odpowiedzieć, Rustan podszedł do drzwi i wyprowadził Irsę z pokoju. Był bardzo wzburzony.
– Ten przeklęty dom – klął cicho, kiedy szli na taras. – Irso, ja go kiedyś tak kochałem. Kochałem dom, wyspę i wodę, kiedy mieszkaliśmy tu sami z ojcem. Ale teraz nie marzę o niczym innym, tylko żeby się stąd wyrwać. Ja nie mogę już tutaj żyć!
W jego głosie brzmiała rozpacz.
– Musiałeś tu wrócić – westchnęła Irsa. – Nie miałeś przy sobie nic, wszystkie twoje rzeczy zostały tutaj. I przepraszam cię, że to mówię, ale to jest dużo bardziej twój dom niż twojej rodziny.
– Teraz już nie. Ja wszystko przepisałem na nich tylko pod tym warunkiem, że zapewnią mi byt i opiekę do końca życia. O mój Boże!
– Jak mogłeś coś takiego zrobić? W ten sposób sam się ubezwłasnowolniłeś!
– Naprawdę nie wiem, jak do tego doszło, Irso. W zakładzie dla niewidomych tęskniłem do domu, wierzyłem, że wszystko będzie znowu dobrze, jeśli tylko wrócę do domu. Edna jest przecież moją matką, no i po prostu mnie zagadali! Poza tym oni dużo lepiej prowadzą interesy firmy. Ja jestem niczym.
– Przestań mówić takie rzeczy! – przerwała mu Irsa ostro.
Rustan najpierw się żachnął, ale potem się roześmiał.
– Kiedy mówisz coś takiego, ja ci wierzę, wierzę, że chcesz mojego dobra. A o swojej rodzinie nie mógłbym tego powiedzieć.
Irsa wahała się przez chwilę.
– Rustan, czy myślisz, że mogłabym teraz posłuchać trochę twojej powieści? Jeśli, oczywiście sobie życzysz.
– Naprawdę byś chciała? – zawołał uszczęśliwiony. – Och, ja tak strasznie chciałem, żeby ktoś to ocenił, a wiem, że ty będziesz szczera. To dla mnie bardzo ważne! Chodź na górę, nie traćmy czasu!