Las Ma Wiele Oczu
- Автор: Сандему Маргит
- Язык: польский
- Жанр: Современные любовные романы
Электронная книга - «Las Ma Wiele Oczu». Краткое содержание книги:
W końcu udało mu się odetchnąć głęboko i wykrztusić:
– Naprawdę to chciałaś powiedzieć, Irso? Że mnie potrzebowałaś?
Mówił ostrym, niemal nieprzyjemnym głosem, by pokryć wzruszenie.
– Tak – szepnęła. – Przepraszam cię, ale to mnie krępuje.
Rustan zwrócił się ku niej gwałtownie, oczy jarzyły się tym dziwnym intensywnym światłem, jakby chciały pokonać przesłaniający je mrok.
– Nie przepraszaj mnie za to! – rzekł przez zaciśnięte zęby. – Czy ty nie rozumiesz, co to dla mnie znaczy? Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów ktoś mnie potrzebuje, ktoś czegoś chce od mojej nędznej osoby! Wszyscy zamęczają mnie opieką i pomocą, zostałem całkowicie ubezwłasnowolniony, usuwają mi wszystko spod rąk, każdą najdrobniejszą sprawę ktoś natychmiast za mnie załatwia! Czasami czuję się taki nieporadny, do niczego nieprzydatny, że chciałbym umrzeć! Nawet Viljo, który zachowuje się wobec mnie przyjaźnie i normalnie, widzi we mnie tylko obiekt badań, dla niego ważne są przede wszystkim moje nie widzące oczy. Irsa, po tym, co powiedziałaś, przepełnia mnie taka cudowna radość, że nie możesz sobie tego nawet wyobrazić! Naturalnie, bardzo dobrze wiem, że nic dla ciebie nie znaczę i że odczuwałabyś dokładnie to samo w stosunku do jakiegokolwiek innego mężczyzny w tej samej sytuacji, ale już to samo…
– Poczekaj no chwileczkę – przerwała mu ze złością. – Teraz mnie obrażasz. To wcale nie jest prawda. Rzeczywiście, od dłuższego czasu tęskniłam do przyjaciela mężczyzny, ale zapewniam cię, że nie każdemu pozwoliłabym się rozebrać! To fakt, że łączy nas tylko przyjaźń, ale cię naprawdę bardzo lubię, Rustan, i czułam się przy tobie taka bezpieczna. Przedtem bywałam wielokrotnie boleśnie raniona tylko dlatego, że zachowywałam się spontanicznie i okazywałam szczerze swoje uczucia, i zbyt łatwo wdawałam się w różne przygody, ale też gorzko tego żałowałam. Teraz niełatwo mnie wciągnąć do łóżka, jeśli nie spotkam kogoś, w kim będę naprawdę zakochana i na kim będę mogła polegać, kogoś, kto odbiera świat tak jak ja. Tamto wczoraj wieczorem, to było wydarzenie, którego nie można już powtórzyć. Zresztą ty i tak wkrótce będziesz w domu, a ja wrócę do siebie i wszystko zostanie za nami.
Nagle stwierdziła, że Rustan się uśmiecha.
– A dlaczego nie miałabym być? Ja cię do końca nie rozumiem, Rustan. Sprawiasz wrażenie kogoś bardzo biernego! Uskarżasz się na swój los, ale nie robisz nic, żeby go zmienić. Inni niewidomi tworzą sobie własne życie, ale ty twierdzisz, że od wszystkiego jesteś odizolowany, odsunięty. Myślę, że to niemożliwe. Człowiek może dokonać wielkich rzeczy, jeśli tylko chce!
Irsa nie zdawała sobie z tego sprawy, ale siedziała oto i prowokowała Rustana, by bronił się przed słowami Viljo, jakoby był nieporadny, zajęty tylko sobą, wymagający i niewdzięczny. Te słowa bowiem dotknęły ją do żywego i chciała usłyszeć, że to kłamstwo.
Rustan wcale się nie rozgniewał.
– Tak, początkowo ja również myślałem, że można z własnej inicjatywy wiele zrobić – oświadczył w tej swojej mocnej, śpiewnej, fińskiej odmianie szwedzkiego. – Najpierw byłem, rzecz jasna, jak sparaliżowany, że spotkał mnie taki okrutny los, ale potem stanowczo chciałem pokonać kalectwo. Chciałem coś znaczyć, być kimś w społeczeństwie, nie egzystować tylko jako zło konieczne, do którego inni muszą się dostosować, nad kim trzeba się użalać, okazywać mu współczucie, cierpliwość i prowadzić wszędzie za rękę. Ale… No cóż, sama zobaczysz, kiedy będziemy na miejscu. Wtedy zrozumiesz lepiej.
I rzeczywiście! Irsa miała okazję zrozumieć!
Zanim dzień dobiegł końca, pojęła, bliska szoku, jak rodzina ubezwłasnowolniła Rustana, jak kompletnie nie daje mu szans na choćby cień samodzielności, i zobaczyła, jak beznadziejna jest jego samotna walka.
– Gdyby wszyscy ludzie byli wobec mnie tacy szczerzy jak ty, moje życie byłoby znośne.
Resztki gniewu wciąż się tliły w duszy Irsy.
ROZDZIAŁ VII
Kiedy wylądowali w mieście Rustana, czekała już na nich zamówiona przez rodzinę taksówka. Rustan poprosił szofera, by ich zawiózł najpierw do banku, chciał bowiem zwrócić Irsie zaciągniętą pożyczkę. Gdy została sama w aucie, z pewnym rozbawieniem przyglądała się ulicy, a zwłaszcza hotelowi, w którym mieszkała ubiegłego lata. Ponownie też mogła oglądać duży neon z napisem: „Rustan Garp. Elektronika”. Nigdy by jej do głowy nie przyszło, że jeszcze kiedyś się tu znajdzie, i to w dodatku w takich okolicznościach!
Nie tutaj jednak mieli wysiąść. Gdy Rustan wrócił, pojechali dalej przez miasto aż na przedmieścia, gdzie oczom Irsy ukazało się duże, spokojne teraz jezioro, i taksówka podjechała do nabrzeża. Czekała tam na nich motorówka.
W dali pośrodku jeziora znajdowała się rozległa wyspa z dużymi zabudowaniami.
– Tam pojedziemy? – zapytała Irsa zdumiona.
– Tak – potwierdził krótko Rustan.
Chciał zapłacić za taksówkę, ale szofer poinformował, że nie trzeba, wszystko zostało już uregulowane.
Rustan posmutniał, znowu nie wolno mu było zrobić nic samemu.
Człowiek w motorówce powitał go po ojcowsku, jak małe dziecko.
– Hej, Rustan! Świetnie jest znowu cię widzieć! Witamy, panienko!
– Dzień dobry, Klemensie – odpowiedział Rustan matowym głosem.
Tamten pomagał, kiedy Rustan wchodził do łodzi, i usadził go troskliwie. Irsa, która musiała radzić sobie sama, zobaczyła na twarzy Rustana rozczarowanie; zwrócił się do niej z wyciągniętą ręką w rozpaczliwej próbie zachowania się po rycersku. I chociaż nie było jej to potrzebne, Irsa przyjęła pomoc, wsparła się na nim i serdecznie podziękowała.
Klemens posłał jej spojrzenie zdziwione i pełne podejrzliwości, jakby…
Irsa była zaskoczona. Nie tylko dlatego, że trzeba się przeprawiać na wyspę, lecz przede wszystkim dlatego, że Klemens nosił pistolet u pasa. Co to właściwie wszystko znaczy?
Gdyby Rustan na własną rękę chciał się przedostać na stały ląd, to by tam wpław nie dopłynął. W żadnym razie!
W końcu dotarli na miejsce. Łódź zatrzymała się przy nabrzeżu, przypominającym keję dużego portu, i Klemens pomógł Rustanowi wysiąść, a uczynił to z taką samą mieszaniną uległości i lekceważenia jak poprzednio. Irsa zwróciła uwagę, że przy nabrzeżu cumuje spory stateczek pasażerski i kilka mniejszych motorówek, te ostatnie starannie zamknięte na kłódki. Przystań była patrolowana przez kilku mężczyzn w mundurach. Wszyscy nosili broń.
Z dłonią w ręce Rustana, jakby szukała u niego pomocy, Irsa poszła za Klemensem w stronę dużych zabudowań fabrycznych. Zatrzymali się przed wysokim ogrodzeniem. Klemens otworzył wielkim kluczem bramę i znaleźli się znowu w naturalnym otoczeniu.
– Całkiem tego nie rozumiem – oświadczyła nieoczekiwanie dla samej siebie agresywnie. – Dlaczego wyspa jest strzeżona?
Odpowiedział Klemens:
– Czy Rustan pani nie mówił? Zakłady Elektroniczne Garpa realizują zamówienia państwowe. Produkujemy rzeczy objęte tajemnicą.
– Nie wiedziałam – bąknęła Irsa.
– Rustan Garp senior był prawdziwym geniuszem, jeśli chodzi o wynalazki elektroniczne.
To otwierało nową perspektywę. Czy uprowadzenie Rustana nie było zwyczajnym kidnapingiem? Tylko że przecież nikt nie zażądał okupu…
Irsa zwróciła uwagę, jak swobodnie Rustan się porusza po przejściu przez bramę. Chodził tędy z pewnością wielokrotnie i znał tu każdy metr kwadratowy.
Nagle znaleźli się nad niewielką, osłoniętą zatoczką. Ponad nią na dość wysokim wzniesieniu stał wielki dom, niezwykle piękna, biała willa z mansardowym dachem, otoczona cudownym ogrodem, w którym właśnie kwitły tulipany o bajecznych kolorach.