Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]
- Автор: Перес-Реверте Артуро
- Язык: польский
- Переводчик: Filip Lobodzinski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]». Краткое содержание книги:
Pérez-Reverte po raz kolejny dowodzi swojej pomysłowości i erudycji. Szachownica flamandzka to powieść detektywistyczna, w której dochodzenie prowadzone jest na kilku płaszczyznach; to jak rozwiązywanie łamigłówki wymagające dobrej znajomości sztuki, szachów i psychologii. Ale tym razem autor chyba przekombinował. Fabuła jest nazbyt wymyślna i skomplikowana, za to bohaterowie nie dość przekonujący, aby uwiarygodnić tę historię. Zainteresowały mnie dzieje obrazu i postaci na nim przedstawionych, ale jakoś nie potrafiłam się przejąć niebezpieczeństwem grożącym Julii i jej przyjaciołom.
Zatrzymała się na światłach. Czekając na zielone, szukała w mroku nocy innych zieleni i dostrzegła je na oddalających się taksówkach, w innych światłach migoczących w perspektywie alei, w dalekim neonie – obok błękitu i żółcień! – zamontowanym na szklanym wieżowcu, na którego ostatnim piętrze widać było w oświetlonych oknach kogoś, kto jeszcze sprząta albo pracuje. Wreszcie mogła przejść. Teraz szukała czerwieni, znacznie częstszych w dużym mieście. Zamiast czerwonego dostrzegła jednak niebieski odbłysk samochodu policyjnego, jadącego tak daleko, że nawet nie było słychać syreny. Jak obrazek z niemego filmu. Czerwień samochodu, zieleń światła na skrzyżowaniu, błękit neonu, błękit “koguta” policyjnego… Pomyślała, że taką właśnie gamą kolorystyczną należało oddać ten dziwny krajobraz, paletą niezbędną do namalowania obrazu pod tytułem Nokturn (co za ironia!), żeby wystawić go potem w galerii Roch, chociaż Menchu bez wątpienia kazałaby sobie objaśnić tytuł. W to wszystko zgrabnie wkomponowane różne odcienie czerni: czerń nocy, czerń mroku, czerń strachu, czerń samotności.
Naprawdę odczuwała strach? W innych okolicznościach temat ten mógłby być podstawą dyskusji akademickiej: w miłym towarzystwie kilkorga przyjaciół, w ciepłym, przytulnym pokoju, przy kominku, z częściowo już opróżnioną butelką. Strach jako czynnik niespodziewany, jako zatrważająca świadomość rzeczywistości odkrywanej dopiero w danym momencie, chociaż stale obecnej. Strach jako ostateczna siła niszcząca pokłady nieświadomości albo jako gwałtowny koniec stanu łaski. Strach jako grzech.
Jednak teraz, idąc pośród różnych barw nocy, Julia nie była w stanie potraktować tego, co odczuwała, jako problemu akademickiego. Jasne, już wcześniej doświadczała podobnych stanów, choć w mniejszym natężeniu. Jak wtedy, kiedy wskazówka szybkościomierza znacznie przekracza rozsądną prędkość, pejzaż umyka błyskawicznie po prawej i po lewej, a przerywana linia na asfalcie zaczyna przypominać serię pocisków żywcem z filmu wojennego, pożeranych przez zachłanne trzewia samochodu. Albo to uczucie pustki, niezgłębionej, błękitnej otchłani, kiedy rzucała się z pokładu łodzi do morza i pływała czując, jak woda omywa jej nagą skórę, i mając tę nieprzyjemną świadomość, że jakikolwiek stały ląd znajduje się stanowczo poza zasięgiem jej stóp. Albo choćby i owe bezkształtne lęki, które zadomawiają się w człowieku podczas snu i biorą udział w upartych potyczkach między wyobraźnią a rozumem, kiedy wystarcza akt woli, żeby zapędzić je do zakamarków wspomnień albo zapomnienia, otworzyć powieki i znaleźć się znowu pośród znajomych cieni własnej sypialni.
Ale ten, świeżo odkryty strach był inny. Nowy, niezwykły, dotąd nieznany, doprawiony cieniem Zła przez duże Z, pierwszej litery różnych źródeł cierpienia i bólu. Zła zdolnego odkręcić kran z wodą na twarz zamordowanego człowieka. Zła, które można namalować tylko czernią nocy,. czernią mroku, czernią samotności. Zła na Z jak zgroza. Na Z jak zabić.
Zabić. To tylko hipoteza – powtarzała w duchu, przyglądając się własnemu cieniowi na chodniku. Ludziom zdarza się pośliznąć pod natryskiem, spaść ze schodów, wbiec na czerwonym świetle i zginąć. Lekarze sądowi i policjanci też mogą czasami przekombinować na skutek zboczenia zawodowego. To wszystko jasne. Ale ktoś przecież wysłał jej raport Alvara w czasie, kiedy od jego śmierci zdążyła upłynąć doba. A to już nie była hipoteza: dokumenty leżały u niej w domu, w szufladzie. To niezbity fakt.
Wzdrygnęła się, nim zerknęła za siebie, żeby sprawdzić, czy jest śledzona. I chociaż nie spodziewała się zobaczyć nikogo, kogoś jednak zobaczyła. Trudno było ocenić, czy ją śledził, czy nie, ale w każdym razie jakieś pięćdziesiąt metrów z tyłu szła za nią jakaś postać, oświetlana co chwila przez reflektory sprzed muzeum, które omiatając korony drzew tworzyły ruchome strefy światła.
Julia odwróciła się przed siebie, idąc dalej. Wszystkie jej mięśnie gotowe były do natychmiastowego biegu, jak w dzieciństwie, kiedy przechodziła przez mroczną bramę domu, by skokami pokonać schody i zadzwonić do drzwi. Teraz powstrzymywała ją logika nakazująca normalnie podejść do rzeczywistości. Gdyby zaczęła biec tylko z tego powodu, że ktoś pięćdziesiąt metrów z tyłu idzie w tym samym kierunku, byłoby to zachowanie nie dość, że nieuzasadnione, ale wręcz śmieszne. Ale – pomyślała – idzie spokojnie słabo oświetloną ulicą, z domniemanym, choćby i mocno hipotetycznym mordercą za plecami, a to było zachowanie nie dość, że nieuzasadnione, ale wręcz samobójcze. Walka tych dwóch myśli trwała dłuższą chwilę, Julia zdążyła przez ten czas odsunąć strach na zdecydowanie drugi plan i uznać, że wyobraźnia płata jej paskudne figle. Westchnęła głęboko, drwiąc z samej siebie zerknęła do tyłu – i spostrzegła, że odległość między nią a nieznajomym zmniejszyła się do kilku metrów. Strach powrócił. Może naprawdę ktoś zamordował Alvara i później wysłał jej raport na temat obrazu. Między Partią szachów, Alvarem, Julią a hipotetycznym, domniemanym – czy diabli wiedzą, jak go nazwać – zabójcą rodził się związek. Wdepnęłaś w to po szyję – pomyślała i nie znalazła już żadnych podstaw, żeby naśmiewać się z własnych obaw. Rozejrzała się w poszukiwaniu kogoś, kogo mogłaby poprosić o pomoc albo przynajmniej uczepić się jego ramienia i błagać, żeby odprowadził ją kawałek dalej. Mogła też wrócić na komisariat, lecz tu powstawała pewna komplikacja: nieznajomy znalazłby się na jej drodze. Może taksówka… Ale w zasięgu wzroku nie widać było żadnego zielonego “koguta”. Żadnej nadziei. Usta miała tak suche, że język dosłownie przylgnął jej do podniebienia. Spokój – powiedziała. – Zachowaj spokój, głupia, albo naprawdę będzie krucho. – W końcu udało jej się odzyskać spokój na tyle, żeby rzucić się do ucieczki.
Rozdzierająca i samotna skarga trąbki. Miles Davis na gramofonie i pokój w półmroku, rozjaśniony tylko małym halogenem skierowanym z podłogi na obraz. Tik-tak zegara ściennego i metaliczny poblask za każdym razem, gdy wahadło osiąga najdalszy punkt. Dymiąca popielniczka, szklanka z resztką lodu i butelka wódki na dywanie koło sofy. A na sofie Julia, podkulone nogi obejmuje ramionami, kosmyk włosów opada jej na twarz. Oczy z powiększonymi źrenicami patrzą na wprost, w obraz, ale nie widzą go, wzrok sięga dalej, ku jakiemuś punktowi idealnemu znajdującemu się między powierzchnią malowidła a krajobrazem w głębi, gdzieś w połowie drogi, dalej niż szachiści, a bliżej niż dama siedząca przy oknie.
Nie wiedziała, od jak dawna tak siedzi bez ruchu, wsłuchana w muzykę, która delikatnie krąży po jej mózgu razem z oparami wódki, czując ramionami ciepło własnych ud i chłód kolan. Bywało, że jakiś dźwięk trąbki wynurzał się z ciemności z większą siłą. Wtedy powoli poruszała głową z prawa na lewo w rytm muzyki. Kocham cię, trąbko. Dziś w nocy jesteś moją jedyną towarzyszką, przygaszoną, nostalgiczną jak smutek, który spowił moją duszę. Nuta przemykała przez ciemny pokój, a także przez ten drugi, oświetlony – gdzie dwóch graczy dalej toczyło partię – by wreszcie umknąć przez okno ku jasnym latarniom, oświetlającym ulicę na dole. Tam, gdzie może ktoś ukryty w cieniu drzewa albo bramy patrzy w górę i słucha muzyki, a ta płynie przez drugie okno, namalowane na obrazie, ku pejzażowi złożonemu z subtelnych odcieni zieleni i ochry, wśród których majaczy, ledwie zaznaczona cieniutkim końcem pędzla, drobniutka szara igiełka dalekiej dzwonnicy.
V. Tajemnica czarnej damy
W tym momencie wiedziałem już, że trafiłem
na złowrogi teren, ale nie znałem jeszcze reguł walki.
Garri Kasparow, Autobiografia