Sargassowa planeta [Sargasso of Space - pl]
- Автор: Нортон Андрэ
- Год: 1991
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 83-8520-212-9
- Переводчик: Urszula Zielinska
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Sargassowa planeta [Sargasso of Space - pl]». Краткое содержание книги:
Będąc najmłodszym członkiem załogi statku „Królowa Słońca”, Dan trafia na planetę z tajemniczą przeszłością by rozwiać mroki jej teraźniejszości.
Dłoń Dana zacisnęła się mocniej na linie. A jeśli?… Nie było żadnej gwarancji — mogli mieć tylko nadzieję…
Używając sznura za przewodnika wrócił pośpiesznie na rampę. Jeśli to, na co liczył, okaże się prawdą, to mają rozwiązanie problemu. Mogą znaleźć archeologów i zaskoczyć ich w obozie.
Rip czekał na niego. Musiał domyślić się na podstawie wyrazu twarzy kolegi, że ten odkrył coś istotnego, ale nie zadawał pytań, tylko ruszył za nim do wnętrza statku.
— Gdzie jest Van Ryck? I Kapitan?
— Jellico śpi, Tau go namówił — odpowiedział asystent astronawigatora. — A Van Ryck jest chyba w swojej kajucie.
Dan skierował się zatem do biura swego bezpośredniego szefa. Gdyby tylko miał rację!… Mieliby ogromne szczęście! Pierwszy raz od czasu aukcji na Naxos, która tyle im sprawiła kłopotu.
Szef Ładowni leżał na swej koi z rękami pod głową. Dan zawahał się, ale niebieskie oczy Van Rycka nie były zamknięte. Zdecydował się więc zadać pytanie pierwszy:
— Czy w ciągu ostatnich dwóch dni używał pan pełzacza?
— O ile wiem, nikt go nie używał. A dlaczego pytasz?
— A więc służył tutaj tylko jednemu celowi — ekscytował się Dan — czyli przewiezieniu materiałów doktora Richa do obozu.
Van Ryck usiadł. Przysunął nawet buty i zaczai je zakładać.
— I sądzisz, że pozostały w jego pamięci współrzędne tego miejsca? Może masz rację, synu, obyś miał rację!
Zwierzchnik nakładał już tunikę.
— Mamy więc przewodnika! — krzyknął radośnie Rip.
— Na razie jest to jedynie przypuszczenie — ostrzegł Van Ryck.
Tym razem to Szef Ładowni pierwszy przedzierał się przez mgłę w stronę zaparkowanego pełzacza. Pojazd stał dokładnie tak, jak zostawił go Dan: przytulony do stateczników Królowej, ze ściętym dziobem wysuwającym się poza to bezpieczne ogrodzenie i wystarczyło pół obrotu, by skierować go na zachód. Automatyczny namiar ciągle wskazywał współrzędne obozu. A więc pełzacz może poprowadzić ich prosto do doktora Richa, któremu dwa dni wstecz przewoził zapasy. Mają zatem szansę znaleźć Aliego.
Szef Ładowni bez słowa skierował się z powrotem na statek, a za nim ruszyli Rip i Dan, który zerkał jeszcze na pojazd stanowiący ich jedyną nadzieję.
— Gdybyśmy tak mieli chociaż jeden przenośny miotacz ognia — mruknął pod nosem, ale usłyszał go Rip.
— Bardziej odpowiedni byłby chyba grom akustyczny!
Dan przeraził się. Miotaczem można kogoś przestraszyć lub użyć go do przełamania ewentualnych fortyfikacji, a więc jego zastosowanie jest dość szerokie. Ale grom akustyczny to okrutna broń: fale dosłownie rozdzierają człowieka i nic nie jest w stanie go przed tym ochronić. Jeśli Rip dopuścił w myślach użycie tego urządzenia, to na pewno obawiał się poważnych kłopotów. Ponieważ jednak na Królowej przestrzegano prawa Federacji, dyskusja o sprzęcie tego rodzaju była czysto akademicka.
Van Ryck podążył w kierunku sterowni. Gdy zapukał do prywatnej kajuty Kapitana, usłyszeli wrzask Hoobata. Za chwilę w uchylonych drzwiach pojawiła się znużona twarz dowódcy. Zanim jednak przywitał Szefa Ładowni, uderzył klatkę, w której siedział stwór. Ale mimo gwałtownych obrotów, jakie to uderzenie wywołało, Hoobat nie przestawał wydobywać z gardła przeraźliwych pisków. Van Ryck obserwował szalonego pół-ptaka.
— Od jak dawna on się tak zachowuje, Kapitanie? Jellico spojrzał z wściekłością na więźnia i wyszedł na korytarz.
— Właściwie przez całą noc. Myślę, że zwariował.
Zamknął drzwi i to odrobinę stłumiło wrzaski.
— Zupełnie nie wiem, dlaczego wpada w szał.
— On odbiera również fale naddźwiękowe, prawda? — indagował dalej Szef Ładowni.
— Tak. Cztery punkty. Ale co… — Kapitan przerwał nagle. — Te przeklęte zakłócenia! Myślisz, że to fale akustyczne?
— Niewykluczone. Czy Hoobat wyje, gdy to się kończy?
— Można sprawdzić — Jellico ruszył do kajuty, lecz Van Ryck powstrzymał go.
— Mamy teraz coś ważniejszego do załatwienia, Kapitanie.
— Co na przykład?
— Znaleźliśmy przewodnika, który może nas zabrać do obozu Richa.
Van Ryck opowiedział wszystko o pełzaczu. Jellico oparł się o ścianę korytarza. Jego twarz nie wyrażała niczego. Równie dobrze mógł słuchać sprawozdania o rozkładzie ładunku.
— Może się uda — to był jedyny komentarz, na jaki się zdobył, ale nie spieszył się wcale do rozpoczęcia akcji.
Załoga zebrała się znowu w mesie — nie było tylko Tanga, który dyżurował przy interkomie. Gdy wszedł Jellico, wszyscy zauważyli srebrny pręt, przyczepiony za pomocą łańcucha do jego pasa.
— Odkryliśmy — zaczął bez wstępów — że pełzacz towarowy ma ciągle w pamięci współrzędne obozu Richa. Może więc służyć za przewodnika.
Odpowiedział mu szmer, przez który przedarły się pojedyncze głosy, domagające się ustalenia terminu rozpoczęcia akcji. Wszyscy jednak ucichli, gdy Jellico uderzył prętem w stół prosząc o uwagę.
— Losy — powiedział krótko. Mura miał je już przygotowane. Wrzucił wszystkie do jednej czary i wymieszał.
— Tang musi zostać przy komputerze — przypomniał Jellico. — Pozostaje więc nas dziesięciu: idą ci, którzy wylosują krótką słomkę.
Steward podchodził do wszystkich, trzymając czarę nad głowami siedzących mężczyzn. Dan zauważył, że każdy z nich miął w dłoni swój los i dopiero, gdy Mura zakończył obchód, wszyscy na raz sprawdzili swoje przeznaczenie.
Krótka słomka! Dan zadrżał — trochę z radosnego podniecenia, trochę ze strachu. Rozejrzał się szukając towarzyszy wyprawy. Rip! Słomka Ripa też była krótka! Miał taką również Kosti w swoich zabrudzonych smarem palcach. Steen Wilcox miał następną, a piąta była w rękach Mury.
Wilcox będzie dowodził — to dobrze. Dan darzył małomównego astronawigatora ogromnym zaufaniem. A los tak dziwnie zrządził, że ci, którzy wyruszą, byli najmniej niezbędni na Królowej. Jeśli nastąpiłaby katastrofa, statek mógłby spokojnie opuścić Otchłań. Dan próbował jednak nie myśleć o takiej możliwości.
Jellico westchnął rozczarowany, zobaczywszy długi los. Wstał i podszedł do prawej ściany mesy. Włożył pręt w jakiś otwór i otworzył niewidoczne dotychczas drzwi. Rozległ się zgrzyt, jakby nikt przez długi czas ich nie otwierał.
Oczom załogi ukazał się regał zapełniony podręcznymi miotaczami nuklearnymi. Pod nimi wisiały na hakach pasy i kabury oraz połyskiwały złowrogo zapasowe wkłady. Był to arsenał Królowej, który otwierano tylko wówczas, gdy Kapitan uznał sytuację za skrajnie niebezpieczną.
Jellico brał po kolei miotacze i podawał je Stotzowi. Ten przeglądał je dokładnie, sprawdzał zamki i kładł na stole. Wkrótce było już na nim pięć miotaczy z zapasowymi magazynkami. Wydawało się, że Jellico przewidywał wojnę.
Kapitan zasunął pokrywę i zamknął ją wzorcowym srebrnym prętem, który zgodnie z prawem Federacji był jedynie jemu przypisany. Podszedł do stołu, spojrzał na tych pięciu wybranych i wskazał na broń. Z zajęć w Syndykacie pamiętali, jak posługiwać się miotaczami, ale zazwyczaj Pośrednikowi dane było użyć tego śmiercionośnego urządzenia tylko raz w życiu.
— Wszystkie są wasze, chłopcy — powiedział dowódca. Te słowa wystarczyły, by zrozumieli, jak trudne czekało ich zadanie.