Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]
- Автор: Силверберг Роберт
- Серия: Kroniki Majipooru #1
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-017-0
- Переводчик: Helena Michalska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]». Краткое содержание книги:
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
— O co się kłócicie? — spytał Valentine. — Może mógłbym was pogodzić?
Zalzan Karol spojrzał na niego spode łba.
— Nie twój interes, Valentine. Zabieraj się stąd!
— Lepiej będzie, jeśli zostanę, dopóki nie minie ci furia.
Oczy Zalzana Karola niebezpiecznie rozbłysły. Był już tak blisko, że Valentine mógł wyczuć jego przesiąknięty wściekłością zapach. Być może, pomyślał Valentine, rzuci nas obu o ścianę. Erfon i Gibor Haern obserwowali całą scenę z boku. Możliwe, że widzieli po raz pierwszy, by ktoś przeciwstawił się ich bratu. Zaległa cisza. Ręce Zalzana Karola zaciskały się konwulsyjnie; mimo to stał w miejscu. W końcu odezwał się:
— Ten Vroon to czarodziej Autifon Deliamber, którego wynająłem, aby przeprowadził nas przez kontynent i strzegł od podstępów Zmiennokształtnych. Przez cały tydzień zabawiał się w Pidruid za moje pieniądze, a kiedy nadszedł czas, żeby ruszyć w drogę, on mi mówi, bym poszukał sobie innego przewodnika, bo jego przestało interesować podróżowanie od miasteczka do miasteczka. Czy zawsze w ten sposób dotrzymujesz umów, czarodzieju?
— Jestem już stary i zmęczony — odpowiedział Vroon. — Moje czary nie maja tej mocy, co dawniej, i zdaje mi się, że mógłbym zabłądzić w drodze. Ale jeśli nadal tego sobie życzysz, będę ci towarzyszył jak dotychczas, Zalzanie Kavolu.
— Co takiego?
— Zmieniłem zdanie — powiedział z niewinną miną Autifon Deliamber. Oderwał się od nóg Valentine'a i zajął zwijaniem i rozwijaniem licznych pozbawionych kości gumowatych ramion, jakby chciał je uwolnić od napięcia i strachu. Odważnie popatrzył w górę na Skandara. — Dotrzymam umowy — oznajmił.
Zalzan Kavol był wyraźnie zdezorientowany.
— Przez półtorej godziny przysięgałeś, że za żadne skarby nie ruszysz z Pidruid, lekceważąc moje błagania i groźby, czym doprowadziłeś mnie do takiego gniewu, że gotów byłem rozgnieść cię na miazgę, tak na twoje, jak i na moje nieszczęście. Martwi czarodzieje na nic się zdadzą, a Król Snów mógłby mnie za taki czyn strasznie ukarać. Ty jednak trwałeś w uporze, każąc mi szukać innego przewodnika. A teraz, ni stąd, ni zowąd, odwołujesz to wszystko?
— Odwołuję.
— Czy byłbyś łaskaw powiedzieć mi dlaczego?
— Tak sobie, bez powodu — odrzekł Vroon. — Poza tym tylko, że spodobał mi się ten młody człowiek, że podziwiam jego odwagę, jego dobroć i ciepło płynące z jego duszy. Jeśli on idzie z tobą, pójdę i ja. Czy to zaspokaja twoją ciekawość, Zalzanie Kavolu?
Skandar burknął coś niechętnie, gestykulując gwałtownie zewnętrzną parą rąk, jakby chciał je uwolnić ze splątanych pnączy ptasiej winorośli. Jeszcze przez chwilę wszystkim się zdawało, że może znów wybuchnąć gniewem.
— Zejdź mi z oczu, czarodzieju — wydusił z siebie w końcu — bo mimo wszystko cisnę tobą o pierwszą lepszą ścianę. I niech opatrzność ma cię w swej opiece, jeśli nie wrócisz na godzinę odjazdu.
— Na drugą po południu — podpowiedział Autifon Deliamber grzecznie. — Będę punktualnie, Zalzanie Kavolu. — Zwrócił się jeszcze do Valentine'a: — Dziękuję za obronę. Jestem twoim dłużnikiem, ale wypłacę ci się szybciej, niż się spodziewasz. I już go nie było.
— Głupio postąpiłeś, mieszając się w nasze sprawy, Valentine — powiedział Skandar po chwili milczenia. — Wiesz chyba, że igrałeś z ogniem.
— Wiem.
— A gdybym wyrządził krzywdę wam obu?
— Czułem, że potrafisz powstrzymać swój gniew. Miałem rację?
Zalzan Kavol uśmiechnął się, jak zapewne sądził, choć w tym uśmiechu nie było odrobiny ciepła.
— Powstrzymałem swój gniew, to prawda, ale tylko dlatego, że twoja zuchwałość zaskoczyła mnie. A poza tym — czy Deliamber musiał mi się sprzeciwiać?
— W końcu zgodził się dotrzymać umowy — zauważył Valentine.
— No tak, zgodził się. I dlatego chyba i ja jestem twoim dłużnikiem. Wynajęcie nowego przewodnika mogłoby nam zająć kilka dni. Dziękuję ci, Valentine — powiedział Zalzan Karol, siląc się na uprzejmość.
— Czy naprawdę uważasz, że masz wobec mnie dług?
— Co masz na myśli? — spytał Skandar podejrzliwie. — Potrzebuję odrobinę twojej przychylności. Jeśli wyświadczyłem ci przysługę, czy mogę prosić o rewanż?
— Mów dalej. — Głos Zalzana Karola był lodowaty. Valentine zaczerpnął powietrza.
— Ten chłopiec, Shanamir, pochodzi z Falkyiikip. Zanim ruszy z nami w drogę, ma tam do załatwienia sprawę nie cierpiącą zwłoki. Chodzi o honor jego rodziny.
— Niech więc idzie do Falkynkip, a potem gdzieś do nas dołączy. — Ale on się boi, że już nas nie odnajdzie.
— O co zatem prosisz, Valentine?
— Zaplanuj naszą podróż w ten sposób, byśmy znaleźli się o kilka godzin drogi od domu chłopca.
Zalzan Kavol popatrzył na Valentine'a wzrokiem, który nie wróżył niczego dobrego. Zaczął cedzić słowa:
— Najpierw słyszę od przewodnika, że nasza umowa nie jest ważna, potem miesza się do awantury terminujący żongler i wreszcie jestem proszony o to, bym planował podróż kierując się honorem rodzinnym stajennego. To za dużo jak na jeden dzień. Valentine.
— Jeśli nie jesteś związany pilnym kontraktem gdzie indziej — nie ustępował Valentine — to do Falkynkip mamy tylko dwa dni drogi. A chłopiec…
— Ani słowa więcej! — ryknął Zalzan Kavol. — Niech będzie Falkynkip. I żadnych więcej ustępstw. Zostaw mnie teraz. Erfonie! Haernie! Czy wóz jest gotowy do drogi?
Rozdział 11
Wóz Zalzana Karola był tak samo wspaniały z zewnątrz, jak i wewnątrz. Wypolerowana na najwyższy połysk ciemna podłoga została wykonana z desek z drzewa nocnokwietnego, połączonych ze sobą w sposób niezwykle wyszukany. Z tyłu, w kabinie dla podróżnych, z owalnej powały zwisały sznury suszonych nasion i różnych wisiorków, a bogato rzeźbione mozaikowe ściany pokrywały futra i zasłonki z delikatnych jak pajęczyna tkanin. Było tu może niezbyt przestronnie, ale starczało miejsca dla pięciorga, sześciorga osobników rozmiarów Skandara. Środkowa kabina służyła do przechowywania kufrów, pakunków i sprzętu do żonglowania, całego dobytku trupy, a z przodu, na podwyższonej, odkrytej platformie znajdowało się siedzenie dla woźnicy, wystarczająco szerokie, aby zmieścić dwóch Skandarów albo troje ludzi.
Ogromny i z przepychem urządzony wóz, jakiego nie powstydziłby się książę albo i sam Koronal, był na tyle lekki, że mógł unosić się na poduszce ciepłego powietrza wytwarzanego przez magnetyczne wirniki umieszczone w jego kadłubie. Jak długo Majipoor obracał się wokół osi, tak długo mogły obracać się wirniki, a wóz mógł płynąć kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią, bez trudu ciągnięty przez zaprzęg rumaków.
Późnym rankiem skończono załadunek i wszyscy poszli do gospody, aby się posilić przed podróżą. Valentine był zaskoczony, widząc Hjorta Vinorkisa o pomarańczowych bokobrodach właśnie sadowiącego się u boku Zalzana Kavola. Skandar uderzył w stół, by zwrócić na siebie uwagę, i huknął:
— Poznajcie Vinorkisa, nowego zarządcę. Zatrudniłem go na czas podróży. Będzie mi pomagał w robieniu rachunków, będzie doglądał naszego gospodarstwa i przejmie na siebie te wszystkie obowiązki, które do tej pory były na mojej głowie!
— O, nie — jęknęła Carabella pod nosem. — On zatrudnił Hjorta? Tego okropnego, który obserwował nas przez cały tydzień?
Vinorkis uśmiechnął się przerażającym uśmiechem Hjortów, pokazując trzy rzędy gumowych przeżuwaczy, i rozejrzał się po wszystkich wybałuszonymi oczami.